niedziela, 9 maja 2010

026. rozmowa


Ostatni mityng i temat: czy pomaga mi rozmowa z innym alkoholikiem? Odpowiedz jest dla mnie tak oczywista, że nawet nie rozważam mówienia o tym. Bo co powiedzieć? Że gdy jest źle wystarczy jeden telefon do M. i nawet mityng lepiej tego nie załatwi?
Nie muszę o tym mówić, nie muszę się nawet specjalnie zastanawiać nad siłą rozmowy, a po mityngu mam realne potwierdzenie. Zaczyna się niepozornie, od jakiegoś pytania czy stwierdzenia, że to bliskie, a kończy… po prawie dwóch godzinach żarliwej wymiany doświadczeń. Co to daje? Hm, na przykład odpowiedź na wcale nie postawione pytanie (nie zadane w tej rozmowie, ale sobie samej stawiane od lat). Rozmawiasz z kimś – ja wiem, że to wcale nie musi być alkoholik, tym razem nie był – kto ma taką samą albo podobną bazę: przeżyć, przemyśleń, wrażliwości, cierpienia, pragnienia rozwoju, może nawet duchowości, i już ta baza wystarczy, żeby zaiskrzyło, żeby nie trzeba było najpierw testować, a potem naprowadzać na właściwe tory. Tu wszystko wiadomo, można operować skrótami, można darować sobie szczegóły, nie silić się na eufemizmy. Ale najlepsze jest to, że można usłyszeć coś, co być może już słyszane (bo na pewno w takiej czy innej formie było mówione), lecz dopiero teraz, właśnie teraz, kiedy jest najbardziej potrzebne, dociera.
Na przykład, skąd się bierze ten mdlący lęk przed zranieniem, oszukaniem, nielojalnością? Że więcej w nim kontroli, chęci załatwienia sobie spokoju, ale też nie brania odpowiedzialności za swoje życie, niż realnych podstaw. Tak jakby obsesyjne myślenie o możliwości bycia zdradzoną  (na jakiejkolwiek płaszczyźnie) miało uchronić przed tym faktem, jakby miało przerzucić odpowiedzialność ze zdradzającego na mnie, czyli dać mi jakąś moc do zapanowania nad zdradą. Ale też uchronić mnie od jedynej odpowiedzialności, jaka do mnie należy – za siebie. Bo na czyjąś nielojalność nie mam wpływu (zaklęcie: „on/ona nie ma prawa tak mnie traktować” jest niepoważne, jest… właśnie zaklęciem), jedyne co mogę, a nawet mam obowiązek, to zareagować. I dlatego robiłam wszystko, by uciec od odpowiedzialności, bo nie wierzyłam, że potrafię się obronić, zatroszczyć o siebie, powiedzieć nie.
Ale jest jeszcze coś – obraz mnie nieporadnej, zbyt słabej na działanie jest, po pierwsze, zafałszowany, po drugie, nieaktualny, i to dobre kilka lat. A jednak funkcjonował i to z sukcesem przez ten czas. Tylko dlatego, że nie zdobyłam się na wysiłek, by przyjrzeć się temu wcześniej (choć możliwe, że wcześniej i tak niewiele bym zobaczyła).
Niespełna dwie godziny i już więcej nie muszę się bać. Tylko przypomnieć to sobie, zobaczyć fakty, gdy lęk starym zwyczajem zadławi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz