środa, 19 maja 2010

029. przedpokój


To uczucie znam od czasu, kiedy jego obecność nie była aż tak dojmująco deprymująca, kiedy jeszcze można je było jakoś przemycić przed surowym, wszystkowidzącym okiem rozsądku, wytłumaczyć młodym wiekiem, niedojrzałością, trudnym dzieciństwem czy zbyt wczesnym i bezpardonowym wpadnięciem w pułapkę dorosłości. Mimo że nawet wtedy sprawiało kłopot i było niczym zabiedzone czteroletnie dziecko sąsiadów przychodzące w odwiedziny zawsze w porze deseru – bez względu na rozmiar czasowych uników, niezależnie od zmiany czasu podawania pucharka lodów, kubka, znad którego unosi się słodka, kakaowa para, puszystej bezy czy truskawek ukrytych pod śnieżnobiałą powłoczką – wlepiające czarne, iskrzące w niemiłosiernie brudnej buzi oczęta w poobiedni przysmak i przełykające głośno ślinę. Choćbyś był największym skurwielem na świecie nie jesteś w stanie wyrzucić go z domu. Ale o kosztowaniu ulubionych łakoci możesz zapomnieć – gwarantuję, że nie przejdą ci przez gardło.
Było. Pojawiało się w najmniej odpowiedniej chwili. Wgryzało się w najbardziej niewygodny sposób w twoją codzienność. I w żaden sposób nie można było się go pozbyć. Kiedy masz siedemnaście lat i myślisz o swoim przyszłym życiu jak o wielkim worku pełnym bożonarodzeniowych prezentów, z których każdy ci się należy, bo to oczywiste, że na niego zasłużyłeś pracą, wytrwałością albo tym tylko, że istniejesz i ktoś chce sprawić ci przyjemność, to znaczy, że jesteś szczęśliwym młodym człowiekiem, wyposażonym przez los i rodziców we wszystko, co potrzebne, by sięgać po gwiazdy, wiszące na niebie bonusów do zgarnięcia dla tych, którzy zawsze, nawet bez wysiłku, osiągają to, co chcą. Może być też tak, że w ogóle nie myślisz o przyszłości albo widzisz ją tak czarną, że nie masz ochoty tam zaglądać. Cóż, nie zazdroszczę, bo i nie ma czego. Ale możesz, tak jak ja, być zwykłym na wpół dorosłym dzieciakiem, który myśli, że prawdziwe życie zacznie się dopiero za jakiś czas. Że teraz wciąż jeszcze trwa próba generalna. Że można pozwolić sobie na skuchy i błędy, bo to nie dzieje się naprawdę. Gorzej, gdy to samo odczucie nawiedza cię w dniu twoich dwudziestych piątych urodzin. Ale prawdziwy problem masz wtedy, gdy jako trzydziestoparolatek wciąż widzisz siebie w przedsionku, w jakimś pieprzonym przedpokoju życia. Co jakiś czas przyłapuję się na tym, że znowu tam tkwię, choć wiele miesięcy wcześniej wydawało mi się, że przekroczyłam już próg prawdziwego istnienia. Widocznie co jakiś czas dostaję silnego zawrotu głowy, który jednym zgrabnym kopniakiem powala mnie na kolana, przeczołguje po podłodze i podstępnie zamienia mi kierunki. I znów ląduję tam, skąd raptem przed chwilą ruszyłam. Znam już na pamięć wytartą bordową wykładzinę, która strzępi się żałośnie wyrwana spod listwy, obnażając brudnoróżowe płytki PCV. Poznaję enerdowską winylową tapetę w tandetne perłowe kwiaty, ozdobioną w rogu efektownym zaciekiem w kształcie atomowego grzyba. I drzwi jak do gabinetu dyrektora państwowego przedsiębiorstwa, obite napuchniętym wyciszającą gąbką brudnawym, matowym skajem. I koniecznie sztuczna trzykrotka smętnie zwisająca z drewnianej drabinki przymocowanej do ściany. Tadam! Witam w moim przedpokojowym królestwie.
*
Coraz częściej pojawia się ponaglająca myśl: nie mam już tyle czasu, co kiedyś; za chwilę może być już za późno na to, na czym mi najbardziej zależy. I co wtedy? Wystawić się na konfrontację z największym rozczarowaniem życia? Zawsze najbardziej bałam się tego, że coś mi przepadnie z mojej winy. Ta myśl, że oto właśnie przegapiam ten moment, była nieznośna. Dręczyła mnie do dna. Że oto ocknę się kiedyś w przyszłości-starości i zobaczę, że wszystko mi przepadło. Napięcie było tak duże, że nie byłam w stanie – choć chciałam przecież, bo dobrze wiedziałam, czym to grozi – zabrać się do roboty. Byłam sparaliżowana. Być może tym, że nie wiedziałam właściwie, czego chcę. Ale dziś myślę, że również brakiem akceptacji – że mogę czegoś nie osiągnąć. Dziś wiele rzeczy odpuściłam, już nie dręczą, już wiem, że nie muszę, że to nie było tak istotne, że niekoniecznie dla mnie. Są jednak jeszcze takie (chyba to szczęście, że są, to znaczy, że mam wciąż jakieś marzenia i ambicje), które nie dają spokojnie zapaść się w fotel. Dziś znowu spotkałam się z jedną z takich rzeczy, których pragnę, ale nie mam dość siły (odwagi, determinacji, wiary), żeby zacząć realizować, robię tylko jakieś śmieszne podchody, mamię nimi głównie samą siebie. Ale jak długo można się oszukiwać? Trochę za bardzo zaczęłam się szanować, żeby ciągnąć tę maskaradę. Poprosiłam więc o Boską interwencję – skoro sama nie daję rady, On musi pomóc. Jeśli tylko to ma sens, jeśli tylko to, czego chcę jest pragnieniem na moją miarę, a przecież On to wie, niech tak zorganizuje rzeczywistość, niech tak ją ułoży, żeby zaczęło się dziać. Ja sama już chyba nic nie jestem w stanie zrobić, mogę tylko czekać i obserwować. Cicho i uważnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz