wtorek, 26 października 2010

043. na oścież


Pojawiło się nie wiadomo skąd. Dziwne takie. Niespodziewane. Nie wiadomo jak do tego podejść, co myśleć. Pragnienie prawdziwej bliskości. Nie, że przytulić się. Nie, że czyjaś obecność. Pragnienie czegoś, co dawno, dawno temu, w szczenięctwie mogło być prawie naturalne, potem nie sprawiało jeszcze takiego wielkiego kłopotu, a później, przez lata wydawało się niemożliwe i przede wszystkim niepotrzebne. Powiedzieć o sobie wszystko, pokazać się całkowicie, bez masek, osłonek, przebrań, makijażów. Mieć kogoś takiego, jedną osobę, której to wszystko… Te straszne rzeczy, „okropne” tajemnice, całe dzieciństwo, życiorys cały pogmatwany, wszystkie ciotki, dziadki, zajadłości, choroby dziedziczne, szpitale, cmentarze… Wszystkie głupotki, młodzieńcze miłostki, szkolne zachwyty, pierwsze sanki i sasanki, kolonie, harcerskie obozy, bunty i sny znaczące. Myśli wszystkie, poczucia, wartości, cele i marzenia, strachy i wstydy. I to najgorsze, zawsze pogardzane: te zwykłe, banalne, te flaki z olejem, co to lepiej, żeby ich nie było, bo tak zamulają, tak szarańczą życie, codzienną już i tak codzienność. Wywalić siebie całą. Odkryć się do cna. Nie bać się. Nie wstydzić. Że głupia, że śmieszna, że nudna. I żeby ten ktoś to wszystko przyjął. Tak zwyczajnie, jakby nic się nie stało. Jakby to było coś najnormalniejszego na świecie.
Tak zamarzyłam. Pierwszy raz w życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz