W życiu nałogowca wychodzącego z uzależnienia nie ma nic pewnego, zwłaszcza gdy sam zaczyna czuć się zbyt pewnie. Czarne konie zawodzą, a sprawdza się ktoś, na kogo nikt by nie postawił grosza. Ale... to właśnie istota dzielenia się: dziś ty pomożesz mi, jutro ja uratuję ciebie. „Dziękuję, że mi pomogłaś”, „Dziękuję, że dałeś mi możliwość bycia użyteczną”
– to równoprawne kwestie i nie ma w nich grama fałszu czy pustej kurtuazji.
Wysmakowany, designerski loft na Manhattanie, a w nim asceta. Bardzo przystojny, pociągający asceta. Przy dźwiękach klawesynu Bacha (to i wiele innych sygnałów wskazuje, że mamy do czynienia z prawdziwym koneserem) żarliwie się modli, je skromne, ale ekologiczne, czyli fit, śniadanie. Przed nim, na stalowym blacie w równym rzędzie: zegarek, telefon, portfel – insygnia mężczyzny sukcesu. Dba o każdy szczegół – markową bez dwóch zdań koszulę zakłada tuż przed wyjściem z domu. W pięknym apartamencie zostaje tylko samotny welonek w kulistym akwarium. Poznajcie Adama, czystego od 5 lat seksoholika. Te 5 lat to najważniejsza rzecz w jego życiu, zdobyta kosztem ogromnych wyrzeczeń, podszytych strachem.
Neil – misiowaty żartowniś, lekarz na ostrym dyżurze, nowicjusz na grupie SLAA (anonimowych uzależnionych od seksu i miłości). Jeszcze próbuje grać ważniaka, choć kawałek po kawałku wali mu się cały świat, ale on ma własną wersję wydarzeń – zdecydowanie daleką od rzeczywistości.
Mike – „weteran”, od 15 lat na programie AA. Sponsor (czyli opiekun w trzeźwieniu, przewodnik po Programie 12 Kroków) Adama. Bardzo aktywnie pomaga alkoholikom i seksoholikom. Na każdą sytuację ma w zanadrzu slogan (zna je z setek mityngów), niektóre naprawdę celne: Emocje są jak dzieci – nie sadzasz ich za kierownicą, ale też nie chowasz do bagażnika; Martwienie się jest medytacją o gównie; Wiesz, jak poznać, że nałogowiec kłamie? Otwiera usta.
Trzech bohaterów, których na pierwszy rzut oka nic nie łączy. A jednak przechodzą wspólnie przez pole walki, i choć każdy toczy własną bitwę, to zwyciężyć (lub choć wyjść cało z opresji) może tylko dzięki wsparciu i pomocy pozostałych.
*

Niestety, nie umiem wyłączyć części mózgu i oglądać tego filmu jak laik. I nie chodzi o analizę dzieła filmowego, a o problematykę. Jestem w stanie oglądać wyłącznie od środka – znam problem, mam problem, choć niekoniecznie dokładnie ten, o którym film bezpośrednio opowiada.
*
Pierwsza moja refleksja: nie widziałam jeszcze tak prawdziwego i sensownego filmu o życiu trzeźwiejących ludzi. A wiem, że nie jest łatwo pokazać rzeczywistość leczenia i wychodzenia z uzależnienia bez popadania w tani dydaktyzm, ckliwy kicz lub groteskę (przykładów jest sporo w polskiej kinematografii). Jak podać lekko i uczciwie? Moim zdaniem autorom udało się to doskonale.
Przykłady jak z mojego podwórka. W życiu osób leczących się z uzależnienia (dla ułatwienia nazwałabym ich tak jak i w filmie – trzeźwiejącymi, mimo że nie wszyscy mają problem z alkoholem czy narkotykami), ważne miejsce zajmują spotkania grupy innych trzeźwiejących lub chcących, próbujących trzeźwieć – mityngi. W ciągu godziny, dwóch można na takim mityngu zaprezentować się jak najlepiej, zagrać każdą rolę. Jasne, granie zbyt ewidentne, charakterystyczne szczególnie dla nowicjuszy, jest łatwo wyczuwalne, zwłaszcza dla doświadczonych uczestników grupy, ale wystarczy pobyć trochę w grupie i w abstynencji, żeby zorientować się jak mówić, żeby wyszło ładnie, żeby było co podziwiać i czego zazdrościć. Nikt tego nie zweryfikuje. Można mówić, że jest świetnie, choć wcale nie jest. Że jest się cudownym ojcem i mężem, a także szefem (lub współpracownikiem), przyjacielem, człowiekiem. Kto to sprawdzi? Kto zajrzy do domu czy pracy gawędziarza? I nie trzeba wcale złej woli. Po prostu... samo jakoś się tak przedstawia. A rzeczywistość pozamityngowa (czyli jakieś 22 godziny w ciągu dnia)? Nieco się różni od malowanych laurek.
*
W wiarygodny i przystępny sposób film pokazuje istotę i cel wspólnoty (w tym wypadku SLAA), i rozwiązanie, jakim ta wspólnota dysponuje. Bez krygowania i metafor mówi się o: Programie i realizacji Kroków, sponsorze, który coś każe i wymaga, o zasadach czy czynnościach, które trzeba wykonać: modlitwie, codziennych telefonach do sponsora, 90 mityngach w 90 dni, zbieraniu numerów telefonów do ludzi z grupy i wzajemnym wspieraniu się, o medytacji. Świetnie odmalowany jest sposób pracy sponsora ze sponsorowanym (pod tym względem film poleciłabym trzeźwiejącym nałogowcom, którzy chcieliby skorzystać z rozwiązania, a nie są pewni, czy to tak właśnie ma wyglądać). Historia z czasowym zakazem jazdy metrem (Neil ma wyrok sądowy za froteryzm, który uprawiał głównie w metrze właśnie), czy rezygnacja z korzystania z TV i notebooka przypomniała mi bardzo praktyczną maksymę: Kto chce szuka sposobów, kto nie chce – powodów.
*
Pewną konsternację wywołuje polski tytuł filmu, przetłumaczony jako: Między nami seksoholikami (film reklamowany jest jako komedia romantyczna, co jeszcze bardziej konfunduje, choć jest w nim wiele momentów, które wywołują śmiech). Nie dziwi mnie specjalnie zmiana tytułu, bo amerykańskie „thanks for sharing” nie ma polskiego odpowiednika. Nie ma słowa, bo nie ma desygnatu, czyli zachowania, które to słowo określa. „Thanks for sharing” to formułka, która pada w ściśle określonym miejscu – na mityngu grup działających według 12-stopniowych programów, inspirowanych Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików – i sytuacji – po wypowiedziach poszczególnych uczestników spotkania. Uzależnieni ludzie spotykają się, by dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją – że można wyzdrowieć i że jest rozwiązanie. Tytułowe „share” to właśnie owo dzielenie się. Jednak te słowa są raczej charakterystyczne dla anglojęzycznych spotkań nałogowców, na polskim mityngu nigdy ich nie słyszałam. Zatem nie tylko przeciętny polski widz, ale nawet polski nałogowiec, nie mieliby jednoznacznego skojarzenia. A szkoda, bo tytuł, podobnie jak finałowa piosenka, są wielce znaczące, sprowadzają odbiór filmu na głębszy poziom.
Dzielenie się jest czymś, co określa i buduje wspólnotę. Lecznicza, dobroczynna moc wspólnoty nie jest wymysłem anonimowych alkoholików, oni po prostu doskonale tę wiedzę wykorzystali, przykroili do własnych potrzeb – potrzeby przetrwania, przeżycia, wydźwignięcia się z upadku i podniesienia z dna, wzrostu i przemiany w ludzi, którymi być może nigdy wcześniej nie byli.
Tekst po raz pierwszy opublikowany w biuletynie ArkA (zima 2015/2016)