Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anonimowi Alkoholicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anonimowi Alkoholicy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

107. eskimosi

Przyszła dziś na oddział jakaś dama, aby się zająć duchową stroną naszego życia. Przedstawicielka Ruchu Anonimowych Alkoholików, a może innego podobnego stowarzyszenia. Chciała wzmocnić nas psychicznie i w tym celu opowiedziała kilka naprawdę świetnych historii. Po pierwsze, wyjaśniła, dlaczego ludzi, którzy wprowadzają innych do grup Anonimowych Alkoholików, nazywa się Eskimosami. Prawdopodobnie wszystko zaczęło się od pewnego faceta, który miał na imię Harvey. Otóż kiedy ten Harvey siedział sobie w barze gdzieś na Alasce, wszedł tam jeszcze inny facet, Tony, i zaczął rozmawiać z barmanem o Bogu. Harvey zapytał Tony’ego: „Wierzysz w te rzeczy?”. „Tak, wierzę” – odparł Tony. Wtedy Harvey powiedział: „Eee tam. Osobiście to sprawdziłem. Kupa bzdur, nic więcej”. Zaciekawiło to Tony’ego. „Co masz na myśli? Co się właściwie stało?”. Harvey zaczął więc swoją opowieść: „Zdarzyło się to podczas strasznej, naprawdę strasznej śnieżycy. Zgubiłem się i przez kilka dni nie udało mi się odnaleźć właściwej drogi. Byłem bliski śmierci. Ogarnęła mnie rozpacz. Całkowicie bezradny, padłem w końcu na kolana i zacząłem się modlić: Boże, jeśli jesteś gdzieś tam wysoko, proszę, wydostań mnie stąd, ocal mnie”. Harvey zamilkł na chwilę, więc Tony zaczął go ponaglać: „No i co się wtedy stało?”. A Harvey na to lekceważąco: „Nic takiego. Pojawił się jakiś Eskimos i pomógł mi się stamtąd wydostać”.
 Carrie Fisher, Pocztówki znad krawędzi

niedziela, 8 stycznia 2012

070. nowy rzeczy porządek

Będąc Wszechmocną Potęgą, zaspokajał nasze potrzeby, pod warunkiem, że pozostawaliśmy w bliskiej z Nim łączności i wypełnialiśmy właściwie nasze obowiązki wobec Niego.
(Anonimowi Alkoholicy, str. 53)
Kiedy czytałam to po raz pierwszy, uważnie, ze zrozumieniem, strasznie się jeżyłam i buntowałam. Znowu jakieś obowiązki? Czyli że co, stworzył mnie po to, żeby mieć robotnika, kukłę jakąś? To ja już nie mam tu nic do powiedzenia? I co, dostanę marchewkę dopiero gdy zrobię co mi każe?! To ja nie potrzebuję! (Tekst „nie potrzebuję” towarzyszy mi od dziecka i jest jednym z największych kłamstw, jakim posługuję się – choć teraz już coraz rzadziej – niemal dla siebie niezauważenie, prawie na co dzień.)
A teraz, zaledwie kilka miesięcy później od tej lektury, ale po odpowiednim nastawieniu i przestawieniu (nie będę udawać, że stało się to „samo z siebie”, zrobił to pewien człowiek, któremu ufam, wcale nie bezinwazyjnie, raczej metodą kręgarza nastawiającego pogięty kręgosłup) myślę – a skąd pomysł, że jestem na tym świecie za darmo? Skąd pomysł, że jestem tylko dla siebie, najważniejsza i to cały świat ma mi się podporządkować. Bo ja jestem. Bo JA jestem! Nie wspomnę, ile w tym pychy (nie ma potrzeby komentować), ale… jaka byłam (ciągle jestem, a tych miejsc do zmiany, do nastawienie pokrzywionych kosteczek jest jeszcze mnóstwo) w tym podejściu śmieszna. Tragicznie śmieszna. Przecież prowadziło mnie to do ruiny, a na pewno do pogłębiającej się frustracji. Bo jak tu być zadowoloną, spełnioną, szczęśliwą, gdy okoliczności wcale nie układają się według reguł – moich reguł. Reguł, które uznałam za najświętsze, za pierwotne i wcale nie miałam zamiaru im się przyjrzeć, przewietrzyć, może podważyć. Jasne, było mi z tym wygodnie – litować się nad sobą, wierzgać i kopać, że Los/Bóg/Opatrzność tak niesprawiedliwie ze mną postępuje. Miałam realne korzyści. I ciągle jeszcze mam – z całą masą innych przekonań, które służą utrzymywaniu mnie w złudnym poczuciu bycia pępkiem świata.
*
Przez całe życie byłam dzieckiem. Bycie wszystkim, centrum, jest dla dziecięctwa stanem normalnym. W moim życiu nie było naturalnego etapu dorastania, wychodzenia z tego mitu. Nikt mnie nie nauczył, nie pokazał – nie było czasu i możliwości. Ale teraz, zamiast grać bezbronną ofiarę niedojrzałych rodziców i niesprzyjających okoliczności, mogę i muszę wreszcie sama się tym zająć. Wyjść z emocjonalnego niemowlęctwa. Jestem dorosłą kobietą. Mam rozum, i to całkiem sprawny (choć jeszcze nie całkiem zdrowy). Mam też wolę, którą wiem, że mogę ustawić w korzystnym dla mojego rozwoju kierunku. Nie mam już za to wytłumaczenia dla mojej bierności i dla pozostawania w stanie nieświadomego rozkosznego gaworzenia. Bo świadomość też już mam.

sobota, 3 grudnia 2011

068. człowiek w zagrożeniu

Od kilku dni budzę się rano przerażona. Słowo „przygnębienie” już dawno straciło aktualność. Jeszcze z zamkniętymi oczyma wymacuję ręką rzeczywistość. I zastanawiam się: dlaczego właściwie jest mi tak podle. I czego tak się boję. W ciągu godziny, dwóch udaje mi się jakoś stanąć na nogi, choć panika i bezradność rzucają się na mnie jeszcze kilkakrotnie w ciągu dnia. Między atakami działam, zmuszam się do tego, może dlatego całkiem nie wariuję (tym razem to nie metafora), choć wolę nie myśleć, że taka choroba jest w zasięgu ręki (kto bierze pod uwagę, że rak płuc przydarzy się właśnie jemu, przecież palą miliony?).

*
Czytam Wielką Księgę (napisaną w 1939 roku przez współzałożyciela AA Billa Wilsona książkę o zdrowieniu z alkoholizmu; jej tytuł – Anonimowi Alkoholicy – posłużył za nazwę całego ruchu) i nie mogę się nadziwić, że opis totalnego bankructwa na każdym, ale najbardziej na duchowym i emocjonalnym poziomie, człowieka w czasie największego alkoholicznego kryzysu (tuż przed końcem picia – bo musi już przestać, inaczej umrze, zwariuje albo stoczy się na dno den – i tuż po zaprzestaniu) tak dokładnie pasuje do mojego stanu. Mojego stanu po ponad 12 latach od ostatniego kieliszka.

*
Rano pragnienie ulgi jest przepotężne. Nie żeby wycinający z rzeczywistości płyn, nie, dla mnie to już  za mało (na szczęście; podobnie myślę o innych odcinających czucie i myślenie substancjach i czynnościach). Ale żeby tak wdrapać się komuś na kolana, Tatusiowi jakiemuś, Bogu Staremu, którego tak właśnie kiedyś sobie wyobrażałam i traktowałam, wtulić się i zniknąć w bezpiecznych rodzicielskich ramionach, na jakiś czas się rozpłynąć… To też szybko mija – już wiem, że tymczasowa ulga nic nie zmieni. Może dlatego nie trwonię czasu i sił na poszukiwanie tanich rozwiązań. Tylko co teraz?
No więc czytam tę Wielką Księgę i co jakiś czas trafiam na zdanie, które daje mi nadzieję. I to wystarczy. Bo tam jest o tym wszystkim, co ja teraz czuję. I jak z tego wyjść. A ja muszę, bo inaczej… bo inaczej to wszytko nie ma sensu.

sobota, 15 stycznia 2011

050. sponsor


Odkąd zaczęłam trochę bardziej świadomie uczestniczyć w życiu Wspólnoty (na początku nie przywiązywałam się, przez długi czas sądziłam, że trochę pochodzę, wyleczę się, jakoś zmienię, bo chyba do końca życia nie będę musiała łazić do tego całego AA) poważniej zainteresowały mnie takie narzędzia, jak Kroki, Program, sponsor… No właśnie, sponsor. Dopiero po kilku latach niepicia, kiedy już uporałam się wewnętrznie z niezręcznością tego sformułowania (czy nie lepszy byłby chociażby przewodnik? Sponsor kojarzył się jakoś dwuznacznie, nie wcale nie z cielesno-finansową wymianą, raczej z amerykańskimi firmami trudniącymi się sprzedażą bezpośrednią i budową jakichś łańcuchów ludzkich, co dla mnie było równie nieciekawe – czepiałam się, jak mogłam) byłam w stanie przyjąć do wiadomości, że i mnie przydałby się kontakt z kimś takim. Ale wtedy zaczęły się schody – no bo kto? Niestety, nie byłam już nowicjuszką (na początku byłoby mi zapewne dużo łatwiej, bo każda informacja, każda sugestia były na wagę złota), obrosłam trochę w piórka i zaczęłam kręcić nosem: ta za stara, ta za mało ciekawa, ta ma inny charakter, a ta inny światopogląd. Kiedy już, już byłam bliska poproszenia którejś z kobiet z AA o sponsorowanie, ta, jakby na złość, robiła coś, wyłącznie w moich oczach, karygodnego, mówiła jakąś rzecz, która ją dyskwalifikowała. A lista kandydatek nie była przecież przesadnie długa. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to nie sklep i że nie obowiązuje zasada klient nasz pan, a przede wszystkim, że to ja jestem petentem, czyli to ja czegoś potrzebuję.
W którymś momencie odpuściłam. Pogodziłam się z tym, że nie ma – póki co – w AA kobiety sponsora dla mnie. W nagłych wypadkach ratowałam się radą, sugestią, rozmową czy choćby obecnością któregoś z wypróbowanych przyjaciół z AA, którzy z uwagi na płeć ze sponsorowania mnie zostali wykluczeni. Dziś widzę, że podobnie jak wielu uczestników AA dałam się wpędzić w pułapkę perfekcjonizmu, który zakłada że sponsor to ktoś niezwykły, wszystkowiedzący, chodzący ideał. Siłę tej pułapki odczułam drugi raz, kiedy to mnie poproszono o sponsorowanie. Nic z tego nie wyszło, bo… uważałam się za zbyt niedoskonałą. A może, żeby zamaskować to odczucie, stałam się zbyt „doskonała”? Zbyt wymagająca, ortodoksyjna, mądralińska?
*
Od niedawna jestem sponsorką. Szybko dałam sobie spokój z niepewnością ruchów, zachowań, słów (przecież nikt tego ze mną wcześniej nie przerobił), postanowiłam, że będę mówić tylko prawdę o sobie, o moich doświadczeniach – tym nie zrobię nikomu krzywdy. Radzę sobie bez problemu z pełnymi zdziwienia pytaniami: jak to, sponsorujesz, a nie przerobiłaś Programu z własną sponsorką? Mówię: pracuję na programie teraz, razem z „podopieczną” (znowu – trochę niezgrabne słowo). Sprawia mi to sporą radość, nie tylko dlatego, że wreszcie muszę coś robić – do tej pory byłam zbyt leniwa, by z własnej woli systematycznie pracować nad Programem. Po prostu widzę zachodzące zmiany – w niej i we mnie.
Mało tego, idea dzielenia się tak bardzo we mnie odżyła, że coraz częściej podchodzę w przerwie lub po mityngu do młodszych ode mnie przyjaciół, którzy opowiadają o swoich problemach, z którymi i ja się borykałam lub borykam. Coś się we mnie przekręciło i zapragnęłam być użyteczna.

środa, 27 stycznia 2010

016. brać czy dawać

Od lat mam w AA kolegę, przyjaciela chyba jednak, z którym ścieramy się strasznie w jednym punkcie (prawdę mówiąc, w kilku, ale w tym chyba najmocniej). Do tej pory jego stanowisko widziałam tak: tylko metoda AA, program 12 Kroków są dobre, one prowadzą do zdrowienia. Terapia jest wręcz szkodliwa. Na to ja burzyłam się strasznie, bo jak można coś takiego mówić, do tego publicznie, na mityngach, przecież terapia niesamowicie pomaga ogarnąć się w tym całym zapitym do tej pory bałaganie, pokazuje prawdę, ustawia, daje konkretne techniczne wskazówki, jak sobie radzić, jak unikać niebezpieczeństwa; a dla tych, którzy nie są w stanie przełknąć – przynajmniej na początku – duchowej podstawy Programu jest właściwie jedynym ratunkiem; nie można ludziom tego odbierać.
Potem M. mówił: Program ci mówi, że masz dawać, za darmo, nie oczekiwać żadnej zapłaty, nawet tej w formie skorzystania z twojej rady (co może wbijać cię w poczucie bycia kimś ważnym); program mówi o poświęceniu; psychologia jest nastawiona na ”ja”;  ja jest w centrum, wszystko mu się należy; psychologia uczy cię, jak masz się dobrze ustawić, drugi to ten, który ci szkodzi albo ten, z którego masz korzyść. Pierwszych musisz unikać, a drugimi się otaczać. Znów się burzyłam, że przesadza, wyolbrzymia, że to bardzo jednostronne spojrzenie.
A dziś rano… zobaczyłam, ile w tym racji i jak łatwo dałam się znowu nabrać.
Dałam się nabrać, bo jako niecierpliwa osoba, która jednak wcale nie ma zamiaru oddać kontroli, która wierzy, że sama coś może, własnymi siłami, tylko trzeba jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, robić, biegać, jak ta mróweczka krzątać się wokół własnego popieprzenia, weszłam w tę szamotaninę. Od medytacji po terapię, ciągle jakieś książki, nowe pomysły, nowe teorie i wciąż włączone myślenie, wciąż racjonalizowanie, psychologizowanie. Koszmar, męka, ale mysz w młynku nie wie przecież, że się kręci, że może się tak zakręcić na śmierć.
Pierwsze, co zauważyłam, to że kiedy cierpię, jestem tak skupiona na sobie, że w ogóle nie zauważam ludzi, nawet tych bliskich, a może zwłaszcza tych bliskich. Jestem po prostu, jestem swoim bólem, czerpię z nich jak jakiś jamochłon, jemioła podczepiona, wysysam, ale bez refleksji, że ktoś pomaga mi przeżyć ten trudny czas. Biorę, jakby to było najnormalniejsze, jakby mi się należało! Sięgam, jak w sklepie, a gdy już zużyję, odstawiam, bo przecież mi niepotrzebne. Prawda zabolała. Że jednak taka jestem.
Drugie, dotyczyło ludzi obcych, świata. Jakby moje cierpienie uprawomocniło mnie do bycia suką, do traktowania innych z góry, z pogardą, agresją, pretensją.
To też zabolało.
Trzecie, co zobaczyłam, to że ta postawa konsumencka ma się nijak do tego, co kształtowałam w sobie przez ostatnie lata, co, wierzę, miałam od dziecka w zarodku, trochę przytłumione bolesnymi doświadczeniami, ale wciąż żywe, choć skarlałe, do postawy bezinteresownej miłości. Ten zgrzyt mnie obudził.
Terapia, którą właśnie skończyłam, kilka lektur, które wchłonęłam (szczególnie jedna, którą nazywałam swoją nową biblią – amerykański poradnik o tym, jak radzić sobie z mężczyznami) nakierowały mnie na nowy sposób działania – to ja mam być najważniejsza, mam odszukać i określić swoje potrzeby i robić tak, żeby były realizowane. Najpierw zobaczyć, czy dostaję, potem dopiero się rewanżować. Zabrzmiało dla mnie fantastycznie! Wreszcie nie będę miała poczucia, że się podkładam, że jestem notorycznie wykorzystywana, używana – tym gorzej, że na własne życzenie. Zabrałam się ostro do wprowadzania zmian. Byłam zachwycona. Tyle że po trzech miesiącach widzę, jak mnie to zniszczyło, jak wypaliło i spłaszczyło moje życie. Bo ja chcę dawać, jestem właśnie po to, by dawać siebie innym, tylko w tym jest mój sens.
Może źle odczytałam terapię, skupiłam się nie na tym, co ważne. Może źle dawałam, nieumiejętnie, bez prawdziwej otwartości, bez prawdziwej bezinteresowności. Ale nawet niedoskonale wolę dawać, niż dalej wyjaławiać się braniem i roszczeniami. Chcę na nowo odkryć słowa poświęcenie i dbanie o siebie.

wtorek, 29 grudnia 2009

007. wspólnota szczerości

Nie sądziłam, że po dziesięciu latach we Wspólnocie coś mnie zaskoczy. Prawdę mówiąc, nie myślałam nawet w takich kategoriach, nie oczekiwałam fajerwerków. Nie w AA. Tymczasem dzisiejszy mityng… Może dlatego, że tuż po świętach, a te, wiadomo, są trudnym czasem dla alkoholików. A może z powodu nowej osoby – to zawsze kieruje mityng na trochę wspominkowe tory, na dzielenie się doświadczeniem, jak to było na początku z każdym z nas. A może było w tym to coś nieuchwytnego, niewidzialnego, ta energia, o której czasem mówi się Siła Większa. Nagle stało się magicznie, głęboko, szczerze i wzniośle, ale tak bardzo po ludzku, i to od tej najniższej, najnędzniejszej strony. Pięknie po prostu.
Sens mityngów AA jest między innymi w tym, że każdy oddzielny uczestnik może się utożsamić – z problemem, doświadczeniem, uczuciem, trudnością, rozwiązaniem. Na początku to bardzo ważne, bo pomaga zawiązać wspólnotę i zacieśnić więź. Potem uczy, jak rozwiązywać konkretne sytuacje i problemy. Ale po 10 latach coraz rzadziej mi się to włącza. A dziś się włączyło.
Jakiś stary facet, mówiąc o sobie, opowiedział o mnie. O moich najskrytszych lękach, obawach, wstydach. Nie ogólnie, że mam podobnie. On mówił o mnie! Że zawsze bałam się odsłonić, bo to, co we mnie, w środku uważałam za tak nędzne, że nie śmiałam wystawić tego na widok publiczny. Nie widziałam w sobie żadnej wartości, a z tym lepiej się nie wychylać. Jeśli się nie przyznam może nie zauważą. I broń Boże nie mówić, co myślę, sądzę, czuję. To dopiero byłby wstyd. Tak mówił ten facet, a ja zobaczyłam w nim małego chłopca, który, może po raz pierwszy, przezwycięża ten wstyd i odkrywa się całkiem. I jest to przepiękne odkrycie.
Miałam kilka razy (no, może kilka to przesada, ale ze dwa) pomysł, żeby mówić o tym, co czuję. Wprost. Pojawiła się nawet wizja, że to nie takie straszne, mało tego, że to nawet może być podniecające. I co? Nic. Znałam w tym czasie kogoś, z kim werbalnie nie schodziłam z poziomu „jak tam w pracy”, choć emocjonalnie gryzłam ściany. A dziś znowu chciałabym mówić. I tylko ode mnie zależy, czy to zrobię. Mam już wiedzę i doświadczenie, że to może być wspaniałe, a na pewno nie upokarzające. Zresztą, mojemu ego przyda się lekcja, bo to ono podnosi alarm, gdy tylko chcę się odsłonić. Chcę się odsłonić! I na pewno o tym napiszę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...