Rozmawiam ze znajomą, która od jakiegoś już czasu nie używa alkoholu i opowiada o swoich spostrzeżeniach w tej nowej rzeczywistości. Pada zdanie: w zasadzie wszystko jest w porządku, problemy nie pochodzą z zewnątrz, chyba je wymyślam, właściwie chyba ich tak naprawdę nie ma. Zawieszam się na tym zdaniu, bo… przecież to kwintesencja naszego chorego postrzegania, opisana w książce Anonimowi Alkoholicy: w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problem, butelka była i jest tylko ich symbolem.
To zdanie jest znacznie bardziej uniwersalne, niż się mojej znajomej wydaje. I mogłoby być rewolucyjne, gdyby tylko ktoś chciał przeniknąć je i potraktować poważnie. Gdybym ja chciała… Bo co, jeśli problemów naprawdę nie ma? Co, jeśli moje niezadowolenie, naburmuszenie, niepokój są odpowiedzią na niewłaściwą/błędną interpretację faktów? A co, jeśli nawet tych faktów nie ma?
Lecz gdybym miała przyjąć taką ewentualność, musiałabym się rozstać z całym dotychczasowym systemem postrzegania, analizowania, reagowania. Kim bym wówczas była? Kim się stała? Czy mogę sobie pozwolić na takie ryzyko?
Kilka dni później trafiam na spikerkę amerykańskiego weterana. Gościa, który nie pije ponad 40 lat i zdecydowanie wie, o czym mówi.
Może pora potrenować nowe patrzenie? Ja w to wchodzę. Weszłam już jakiś czas temu, możliwe, że mało świadomie, ale efekty i tak były i są widoczne w mojej codzienności. Mnóstwem spraw nie zaprzątam sobie głowy, one naprawdę zostały usunięte, nie istnieją. Są jeszcze te większe, może dla mnie za trudne, ale nawet wobec tych mam pewność – nie one są problemem. Tylko mój brak akceptacji. Nieumiejętność spojrzenia na nie z innej perspektywy.

