Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2014

114. konspira czy pokora?

Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami. Tradycja Dwunasta AA

A w wersji dłuższej: My, Anonimowi Alkoholicy, głęboko ufamy, że zasada anonimowości ma olbrzymie znaczenie duchowe. Przypomina nam o pierwszeństwie zasad AA przed osobistymi ambicjami oraz o potrzebie stosowania prawdziwej pokory w życiu. Potrzebujemy jej po to, by zesłane nam dobrodziejstwa nigdy nas nie zepsuły i byśmy nigdy nie przestali myśleć z wdzięcznością o Nim, który miłościwie panuje nad nami wszystkimi.

Oglądam z mamą film i niemal w ostatniej chwili gryzę się w język. Prawie już ją uszczęśliwiłam jakże cenną i z pewnością niezbędną informacją, że ten gość z filmu jest „od nas”? Od nas, czyli z AA. Innym razem w przerwie mityngu słyszę słowa skierowane do nowicjusza, które mają go, jak rozumiem, zachęcić do przyjścia na mityng innej grupy: Iksiński (znany aktor) i Zet (muzyk i kompozytor) przychodzą tam często. Nie jestem pewna czy obydwaj aktorzy oraz muzyk (a także wielu innych mniej lub bardziej znanych członków Wspólnoty AA) mieliby ochotę, by ich nazwiska pojawiały się w takim kontekście. Nigdy ich nie spytałam (dlatego też milczę, choć ta informacja z pewnością przyniosłaby mi jakieś krótkotrwałe profity, na przykład chwilowe zainteresowanie moją osobą), dostałam za to mocną lekcję osobistej anonimowości dawno temu, w pierwszych miesiącach mojego uczestnictwa w AA. Przyjaciółka z pracy zapytała, skąd znam inną koleżankę, którą poleciłam. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że z terapii. Gdy przyznałam się tej, której sprawa dotyczyła (czyżby jednak jakieś ukłucie sumienia?), dostałam burę i stanowczy komunikat, że ona sobie tego nie życzy. Choć wtedy uważałam, że przesadza (wstyd się przyznać, ale roiłam sobie, że wiem lepiej, co jest dla niej dobre, jak ma się czuć i czego chcieć, życzyć sobie albo nie), nigdy więcej nie popełniłam tego błędu. Nawet jeśli i teraz czasem zdarza mi się uważać, że ktoś z tą osobistą anonimowością – swoją i w ogóle –  przesadza (co, sąsiedzi nie widzieli niby jak wężykiem wracał co wieczór do domu, jak na czworakach wdrapywała się po schodach?), to nie dyskutuję, bo to nie o mój wizerunek toczy się bój. Ja mogę dysponować swoimi danymi osobowymi – z zachowaniem Tradycji Jedenastej – dane innych ludzi są ich własnością. Pamiętam przecież moje przerażenie, nie przesadzam, gdy przy wejściu na mityng spotkałam człowieka znanego mi z pracy. Albo gdy na otwartym mityngu w grupie studentów psychologii zobaczyłam córkę znajomych. Moje bezpieczeństwo stanęło nad przepaścią! Jak się szybko okazało, na szczęście wyłącznie w mojej głowie.
Tak, ten podstawowy rodzaj anonimowości jest potrzebny nowicjuszom. Ale raczej nie jest wskazane zatrzymywanie się na tym poziomie po kilku, a nawet kilkunastu latach bytności w AA. Zwłaszcza wtedy, gdy osobista anonimowość (co w praktyce często oznacza: własna wygoda) staje się ważniejsza niż nasz główny cel, czyli zdrowie i życie cierpiącego alkoholika. Co bowiem mogę powiedzieć o sobie, mojej postawie, stopniu przebudzenia duchowego, jeśli obok mnie przez alkohol rujnuje swoje zdrowie i życie sąsiadka, kuzynka, córka znajomej z pracy albo i sama znajoma, a ja siedzę cicho, pary z ust nie puszczam, że jest rozwiązanie, że można nie pić, można tak nie cierpieć, bo ważniejsze jest dla mnie, żeby się nie wydało, że ja… ważniejsze jest moje samopoczucie, mój wizerunek, moja laurka?

*

Anonimowość, choć jako jedyna wymieniona w tej Tradycji, nie jest najprawdopodobniej jedyną zasadą, która ma mieć pierwszeństwo przed osobistymi ambicjami. Jakie są pozostałe? Mam kilka pomysłów na ten temat, choć prawdopodobnie żadna z teorii nie jest do całkowitego potwierdzenia. Może chodzić o wszystkie Tradycje i wynikające z nich pryncypia (Tradycja Pierwsza – poświęcenie, Druga – współpraca, Tradycja Trzecia – równość, etc), może chodzić o Kroki albo wręcz zasady grup oksfordzkich, stanowiące bazę programu AA zanim powstało 12 Kroków. Niewykluczone też, że anonimowość w rozumieniu duchowym, jako kolejny stopień pokory, jest tak szeroka, że ta jedyna zasada zawiera w sobie wszystko, co jest niezbędne zarówno do sprawnego i zdrowego funkcjonowania grup AA, jak i pojedynczych alkoholików.
W moim odczuciu to właśnie jest kierunek poszukiwań, a wspomniane w Dwunastej Tradycji zasady nie mają wiele wspólnego z zasadami, odczytywanymi na większości mityngów, którymi pojedyncze grupy dyscyplinują swoich członków. Zdecydowanie nie chodzi o uparte trzymanie się rytuałów i regulaminów, wykluczanie „trudnych” (np. chorych psychicznie lub nieprzyjemnie pachnących) członków, utrzymywanie za wszelką cenę „zamkniętych” mityngów i wypraszanie z nich osób, które jeszcze nie są pewne swojego uzależnienia albo szukają pomocy dla kogoś bliskiego. Zasady przed osobistymi ambicjami – tak, jak najbardziej, ale przecież nie przed dobrem (zdrowiem, życiem) drugiego człowieka.

*

Od pewnego czasu widzę w Tradycjach AA narzędzie pogłębiania mojego zdrowia duchowego, pogłębiania tego, co zapoczątkowały Kroki AA, czyli temperowanie i rozpuszczanie mojego egoizmu, egocentryzmu i koncentracji na samej sobie. Wszystkie Tradycje temu służą, ale wydaje się, że Dwunasta szczególnie. No, bo jak to, mam się schować do szeregu, nie kierować, nie rządzić, nie przypominać, że to ja właśnie wymyśliłam, zorganizowałam, napisałam? W filmie Nazywam się Bill W. jest scena, w której Bill z Lois przyjeżdżają na mityng do Kalifornii i nikt nie rozpoznaje w Billu założyciela AA, nawet mimo jego „naprowadzania”. Jest rozczarowany, ale… nie staje na mównicy i nie przywołuje wszystkich do porządku mówiąc: Hej, to ja! To ja stworzyłem ten cały interes! Ostatnio przypomniała mi się ta scena w sytuacji dość luźno związanej z AA. Pewien mój znajomy opowiadając coś, zasugerował, że nie mam na omawiany temat większego pojęcia. Miałam, a jednak przemilczałam uwagę i już to było czymś dla mnie nowym. Wystarczyła mi sama świadomość, że ja wiem. Wiem, że wiem. Kiedyś zawsze się bałam, że inni odkryją mój brak kompetencji, nawet jeśli te kompetencje posiadałam. Jeśli ktoś na gruncie zawodowym pomylił moje stanowisko, zawsze prostowałam (niech sobie nie myślą, że mają do czynienia z byle kim!). Jeśli ktoś w AA wziął mnie za nowicjuszkę, w pierwszej możliwej wypowiedzi dawałam taki popis aowskiej elokwencji, że nie można było mieć już wątpliwości kim jestem i na co mnie stać! Coś się zmieniło. Powoli – jeszcze powoli i jeszcze nie za każdym razem – udaje mi się stanąć i stać w szeregu. W tym właśnie dostrzegam ogromny duchowy potencjał anonimowości. Pozostajemy bowiem anonimowi nie tylko dlatego, by chronić się przed społeczeństwem, ale też by chronić nas samych, a może i innych, normalnych ludzi, przed naszym własnym ego.
Nie muszę stale przypominać mojej młodszej siostrze, że jestem mądrzejsza i mam rozleglejszą wiedzę. Nie muszę, bo tego rodzaju władza czy przewaga nie są mi już potrzebne. Nie muszę i nie chcę, bo okazywanie jej mojej wyższości raniło ją i przekreślało szansę na dobrą relację. Miałam chwilowe poczucie mocy, chwilową dość tanią satysfakcję, ale nie miałam siostry. I co równie ważne, moja siostra nie miała siostry.
O stosowaniu prawdziwej pokory w życiu przypominają mi spotkania z podopiecznymi – dość szybko zrozumiałam i poczułam, że to nie ja „leczę”, że ja jestem tylko przekaźnikiem i prawdopodobnie najmniejsza część procesu zdrowienia podopiecznej zależy, o ile w ogóle, ode mnie. I za te trudne lekcje jestem wdzięczna, bo pamiętam dokąd prowadziły mnie kiedyś rojenia o własnej wielkości. Teraz jest łatwiej, bo wiem, że sama z siebie mogę bardzo mało, kto Inny czyni dzieła. To daje mi jeszcze jedną korzyść – jeśli wiem, że pewne rzeczy nie są moją zasługą, nie domagam się od innych, nie wymuszam na nich dowodów uznania i wdzięczności. Nie mam nierealistycznych oczekiwań, które zawsze skutkowały frustracją i rozgoryczeniem. To dodatkowe profity realizacji Programu AA, wartość dodana. Kiedyś Program traktowałam jako lekarstwo na moje bolączki, bo widziałam tylko moje cierpienie (wiadomo, egoistka i egocentryczka). Potem okazało się, że to tak jak z nikotynizmem – mój ból nie rujnował tylko moich płuc, zatruwał powietrze i uprzykrzał życie, a nawet niszczył zdrowie także innym. Może zabrzmi to bombastycznie, ale zdrowiejąc – również w sensie duchowym – przestaję być wreszcie wrzodem na społeczeństwie.

piątek, 28 stycznia 2011

052. wszystkie drogi do duchowości


Jakiś czas temu trafiłam na wywiad, który mnie wciągnął, po prostu zaczarował. Ale oprócz treści zaintrygowało jeszcze coś. Jak zawsze, gdy dostrzegam elementy Programu AA – jak mi się wydaje – w miejscach, wypowiedziach, źródłach, w których Programu nikt nie zna. I dociera do mnie, że to nie jest po prostu program dla alkoholików, program na wyzdrowienie z alkoholizmu (o ile o czymś takim w ogóle można mówić), tylko program stawania się człowiekiem, program rozwoju duchowego. Natykam się na to w różnych miejscach i zawsze cieszę – bo wyobrażam sobie, jaki wspaniały będzie świat, gdy duchowych ludzi będzie więcej (tak, tak, wiem, że świat jest taki, jaki być powinien i że wszyscy ludzie są duchowi, wiem dobrze, ale też obserwuję i widzę, a moja perspektywa jest dokładnie taka, do jakiej na ten moment dorosłam).
*
Poddanie oznacza akceptację tego momentu, w którym jesteś, tej sytuacji, takiej, jaka jest. Ale nie będziesz w stanie poddać się, jeśli nie będziesz miał już dość cierpienia. I na jakimś poziomie rozpoznasz, że większość twojego cierpienia jest stworzona przez ciebie. Jest stworzona z oporu, przeciwko temu, co jest. Jest stworzona z interpretacji czegoś, co jest. To pochodzi z myśli. Z interpretacji, nie z sytuacji.
Cierpienie to wspaniały nauczyciel. Dla większości ludzi jest jedynym duchowym nauczycielem. Cierpienie pogłębia cię. Stopniowo usuwa stworzone przez umysł poczucie siebie – ego. Dla niektórych ludzi nadchodzi moment, kiedy uświadamiają sobie: „wycierpiałem wystarczająco”.
I pamiętaj, że to myśli, twoje myśli (bardziej niż cokolwiek) sprawiają, że cierpisz. Zazwyczaj to nie sytuacja, ale twoja interpretacja sytuacji „jak straszne to wszystko jest”.
Chodzi o akceptację, ale akceptacja nie przyjdzie, jeśli nie osiągnąłeś tego wewnętrznego punktu gotowości. Jeśli wycierpiałeś wystarczająco, wtedy jesteś gotowy. Wtedy widzisz, że jest inny sposób życia, w którym nie spieram się już dłużej mentalnie z tym, co jest. A to jest koniec samo-zadawanego cierpienia.

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

wtorek, 23 marca 2010

022. krok za krokiem


Przez pierwsze kilka lat niepicia Kroki AA były dla mnie czymś zamglonym, nie do dotknięcia, czymś na później. Zawsze na później. Słyszałam, gdy czytali, sama czytałam, ale przepływały przeze mnie nic nie zostawiając, albo tyle, co woda czerpana sitem – ledwie mokry ślad minionej obecności. Nigdy nie pracowałam nad nimi solidnie i systemowo – nie winię się, systematyczność to po prostu nie mój styl – ale przychodziły chwile, że złapane gdzieś w locie Kroki wpasowywały się idealnie w mój aktualny fragment życia, odpowiadały i prowadziły. Czasem wzajemnie się przenikały, przepływały, przechodziły jedne w drugie, uzupełniały się i tworzyły coś tak oczywistego i jednocześnie tak nowego.
Kroki trzeci, szósty i siódmy.
Powierzenie woli, zauważenie i nazwanie wady, pokorna prośba o jej usunięcie. Takie proste, a tak wiele pułapek po drodze. Definiujesz wadę i prosisz. I nic się nie dzieje. Dlaczego? Czy Bóg ma to gdzieś? Możesz tak prosić i prosić, ale póki nie upadniesz tak naprawdę na kolana, póki nie dotkniesz prawdziwej pokory – nic się nie stanie. Prawdziwa pokora. Co ja mogę o niej wiedzieć… Otarłam się o nią zaledwie kilka razy. Prawdziwa pokora jest wtedy, gdy widzę i dogłębnie, do bólu odczuwam, że ja nic tu nie zdziałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie dam rady. Sama nie podołam. Nie wiem nawet od czego zacząć. Albo może i mam jakieś pomysły, lecz tylko kręcę się w kółko, bo nic nie działa, nic się nie zmienia. Próbuję i staram się (nie wystarczy po prostu chcieć: „chciałabym nie ranić ludzi” to zbyt ogólnikowe), ale nic się nie zmienia. I dopiero wtedy, umęczona i zrezygnowana, oddaję. Może nawet, nim oddam, przez krótką chwilę, godzę się na siebie taką. Taką, czyli nie-doskonałą. O, to już prawdziwy wyczyn, porzucić marzenie o wielkości, o pomniku.
Dobrze, przecież nie chodzi tylko o to, że jestem złośliwa, że sprawiam przykrość innym. To wierzchołek. To skutek. A co pod tym? (Zazdroszczę ludziom, którzy w prostocie oddają, nie zagłębiając się szczególnie w co, i dlaczego, i po co. Ale chyba mogłabym zaakceptować, że ja mam inaczej, że mimo przesadzonego rozrostu procesu myślowego mam szansę na uzdrowienie). Dlaczego tak się zachowuję, czego się boję, co chcę zyskać, jaką się pokazać? Bo chyba o takie rzeczy chodzi. To do nich ma dobrać się mój Bóg, to je uzdrowić. A ja mam tylko pozwolić i ufać, że On to zrobi.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

015. licytacja trwa

Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.
W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.

*

Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.
Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się zachować twarz zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...