Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

192. prawdziwe problemy



Rozmawiam ze znajomą, która od jakiegoś już czasu nie używa alkoholu i opowiada o swoich spostrzeżeniach w tej nowej rzeczywistości. Pada zdanie: w zasadzie wszystko jest w porządku, problemy nie pochodzą z zewnątrz, chyba je wymyślam, właściwie chyba ich tak naprawdę nie ma. Zawieszam się na tym zdaniu, bo… przecież to kwintesencja naszego chorego postrzegania, opisana w książce Anonimowi Alkoholicy: w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problem, butelka była i jest tylko ich symbolem.
To zdanie jest znacznie bardziej uniwersalne, niż się mojej znajomej wydaje. I mogłoby być rewolucyjne, gdyby tylko ktoś chciał przeniknąć je i potraktować poważnie. Gdybym ja chciała… Bo co, jeśli problemów naprawdę nie ma? Co, jeśli moje niezadowolenie, naburmuszenie, niepokój są odpowiedzią na niewłaściwą/błędną interpretację faktów? A co, jeśli nawet tych faktów nie ma? 
Lecz gdybym miała przyjąć taką ewentualność, musiałabym się rozstać z całym dotychczasowym systemem postrzegania, analizowania, reagowania. Kim bym wówczas była? Kim się stała? Czy mogę sobie pozwolić na takie ryzyko? 

Kilka dni później trafiam na spikerkę amerykańskiego weterana. Gościa, który nie pije ponad 40 lat i zdecydowanie wie, o czym mówi.




Może pora potrenować nowe patrzenie? Ja w to wchodzę. Weszłam już jakiś czas temu, możliwe, że mało świadomie, ale efekty i tak były i są widoczne w mojej codzienności. Mnóstwem spraw nie zaprzątam sobie głowy, one naprawdę zostały usunięte, nie istnieją. Są jeszcze te większe, może dla mnie za trudne, ale nawet wobec tych mam pewność – nie one są problemem. Tylko mój brak akceptacji. Nieumiejętność spojrzenia na nie z innej perspektywy. 


piątek, 28 stycznia 2011

052. wszystkie drogi do duchowości


Jakiś czas temu trafiłam na wywiad, który mnie wciągnął, po prostu zaczarował. Ale oprócz treści zaintrygowało jeszcze coś. Jak zawsze, gdy dostrzegam elementy Programu AA – jak mi się wydaje – w miejscach, wypowiedziach, źródłach, w których Programu nikt nie zna. I dociera do mnie, że to nie jest po prostu program dla alkoholików, program na wyzdrowienie z alkoholizmu (o ile o czymś takim w ogóle można mówić), tylko program stawania się człowiekiem, program rozwoju duchowego. Natykam się na to w różnych miejscach i zawsze cieszę – bo wyobrażam sobie, jaki wspaniały będzie świat, gdy duchowych ludzi będzie więcej (tak, tak, wiem, że świat jest taki, jaki być powinien i że wszyscy ludzie są duchowi, wiem dobrze, ale też obserwuję i widzę, a moja perspektywa jest dokładnie taka, do jakiej na ten moment dorosłam).
*
Poddanie oznacza akceptację tego momentu, w którym jesteś, tej sytuacji, takiej, jaka jest. Ale nie będziesz w stanie poddać się, jeśli nie będziesz miał już dość cierpienia. I na jakimś poziomie rozpoznasz, że większość twojego cierpienia jest stworzona przez ciebie. Jest stworzona z oporu, przeciwko temu, co jest. Jest stworzona z interpretacji czegoś, co jest. To pochodzi z myśli. Z interpretacji, nie z sytuacji.
Cierpienie to wspaniały nauczyciel. Dla większości ludzi jest jedynym duchowym nauczycielem. Cierpienie pogłębia cię. Stopniowo usuwa stworzone przez umysł poczucie siebie – ego. Dla niektórych ludzi nadchodzi moment, kiedy uświadamiają sobie: „wycierpiałem wystarczająco”.
I pamiętaj, że to myśli, twoje myśli (bardziej niż cokolwiek) sprawiają, że cierpisz. Zazwyczaj to nie sytuacja, ale twoja interpretacja sytuacji „jak straszne to wszystko jest”.
Chodzi o akceptację, ale akceptacja nie przyjdzie, jeśli nie osiągnąłeś tego wewnętrznego punktu gotowości. Jeśli wycierpiałeś wystarczająco, wtedy jesteś gotowy. Wtedy widzisz, że jest inny sposób życia, w którym nie spieram się już dłużej mentalnie z tym, co jest. A to jest koniec samo-zadawanego cierpienia.

wtorek, 11 stycznia 2011

049. akceptacja


Poza kilkoma pierwszymi tygodniami od „diagnozy”, kiedy potwornie wstydziłam się tej mojej przypadłości (tak, że nie byłam w stanie powiedzieć o tym prawie nikomu) i nie mogłam pogodzić się z wyrokiem (dlaczego ja?), pamiętam tylko dwa momenty, kiedy moja akceptacja tego stanu rzeczy mocno się zachwiała. Bo generalnie akceptowałam, przyjmowałam, specjalnie mi ten brak nie przeszkadzał, nie utrudniał mi życia, bo żeby przeżyć w moim środowisku nie musiałam stykać się z alkoholem, miałam po prostu komfort trzeźwienia. Ograniczony udział w kiedyś jakże częstych pijackich imprezach również nie kosztował mnie wiele (choć na początku wydawało mi się, że to wielkie wyrzeczenie, że tracę wszystko), szybko się okazało, że najwartościowsze relacje nie muszą być podlewane wódą. Tylko jedna sytuacja najpierw niepokoiła, a potem bolała – odkrycie, że moje niepicie (a także pewne obostrzenia w obecności alkoholu w życiu/domu moim i w jakimś sensie mojej rodziny) – wycina mnie z pewnej sfery życia.
Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy oglądałam jakiś film i scenę w nim, kominkową, gdzie para, trzymając w dłoniach kieliszki wina przechodziła właśnie na kolejny etap zażyłości. I wtedy spadło na mnie jak grom: nie dla ciebie takie sceny, już nigdy tak nie będziesz… Szybko przyszło otrzeźwienie z nostalgii i żalu, bo pamięć była jeszcze świeża i podsunęła, jak takie obrazki kończyły się u mnie: nie kieliszkiem, tylko butelką czy dwiema, i umówmy się, że w pewnym momencie ani ogień w kominku, ani atmosfera, ani zapowiedź czułego migdalenia, ani wreszcie ten drugi człowiek nie były dla mnie pierwszoplanowe. Pomyślałam więc, że jakoś uniosę ten ewentualny brak – w razie gdyby cień tego kominka, tej skóry wilczej czy niedźwiedziej, tego przystojnego faceta majaczył na horyzoncie.
Drugi raz zderzyłam się z całkowitym brakiem zrozumienia. Ten człowiek, co to miał być kimś ważnym, nie tylko średnio kojarzył, dlaczego właściwie miałby przy mnie się powstrzymywać – przecież to ja nie piję i to moja sprawa – ale wręcz nie zamierzał tego robić. Chyba nie umiał. I zrozumiałam, że spotkanie kogoś takiego, kto przyjmie cię z wszelkimi ograniczeniami, kto się temu podporządkuje (nie będzie się upierał przy trzymaniu w waszym domu alkoholu, przy organizowaniu pijackich imprez, przy piciu w twoim towarzystwie, afirmowaniu picia, jeśli naprawdę to lubi – bo może się zdarzyć, że zwyczajnie będzie to lubił), zakrawa chyba na cud. Kiedyś, gdy odważyłam się rozmawiać na te tematy z kolegami z AA, jeden z nich powiedział: jeśli ktoś cię naprawdę pokocha, zrobi to dla ciebie. Nawet jeśli nie będzie do końca rozumiał, że obecność alkoholu jest dla ciebie realnym zagrożeniem. Zrobi to z miłości. Tylko dlatego, żebyś się dobrze czuła.
*
A potem spotkałam kogoś takiego. Byłam ogromnie wdzięczna za to poświęcenie (nie znoszę aroganckich wypowiedzi alkoholików czy alkoholiczek na temat ich żon czy mężów: jakie poświęcenie, łachy nie robi! Otóż robi, bo rezygnuje z ważnego kawałka, który jemu przynosił być może tylko przyjemne rzeczy). Później, gdy okazało się, że jednak nic z tej miłości nie będzie, to (mimo że powodów mogło być mnóstwo, i zapewne tak było) gdzieś tam z tyłu głowy powstała zła myśl – to dlatego! Chciał, ale po prostu tego nie uniósł? Wyrzeczenie podjęte tak szlachetnie okazało się za duże? Moja wdzięczność nieumiejętnie okazywana? Ta myśl lubi czasem powracać, wwiercać się i ranić. I w takich chwilach cholernie trudno mi o akceptację mojego alkoholizmu.

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

piątek, 26 lutego 2010

019. zakaz smutku


W takim stanie cichej rozpaczy i miejscami beznadziei trafiłam na ostry dyżur do mojej terapeutki. Nie pamiętam dokładnie, co mówiła (mam taki defekt, że im bardziej jestem rozstrojona na dany temat, tym mniej z niego łapię, niby rozumiem poszczególne słowa, ale ich wspólnego sensu już nie chwytam, i najczęściej gubię gdzieś najważniejszą część, po prostu nie jestem w stanie jej zapamiętać), ale jedno mogę zidentyfikować – że wyszłam od niej z pozwoleniem na mój stan i paradoksalnie to właśnie pozwolenie mnie uwolniło. Ona, nie nazywając nawet tego wprost, pokazując mi tylko alternatywne rozwiązania, dała mi prawo do smutku. Ja usłyszałam, że mogę być przygnębiona, że mogę być byle jaka, nie muszę na siłę się z tego podnosić. Poczułam się jakbym wróciła do domu po długiej podróży, jakbym wróciła do swojego ciała. Dlaczego? Bo, uświadomiłam to sobie dopiero wtedy, wcześniej, przez całe moje życie nikt, łącznie ze mną, a może nawet ze mną na czele, nie dawał mi takiego prawa.
To ciekawe, ale dwa dni przed tą wizytą spędziłam weekend z moją mamą. Rozmawiałyśmy sporo i dość głęboko, jak na nasze stosunki. Parę razy powtarzała, jakim byłam radosnym, żywym, zawsze uśmiechniętym dzieckiem – istną gwiazdeczką, iskierką. Fajnie, mnie ten opis bardzo się podoba i robi na mnie wrażenie, tyle że… na wszystkich zdjęciach z dzieciństwa jestem taka smutna… I w moich wspomnieniach jakoś też niewiele śmiechu. A potem zrozumiałam, że nie wolno mi było płakać i się złościć, że grzeczne dzieci, które kochają swoje mamusie i muszą im pomagać (bo one mają strasznie ciężkie życie), nie mogą być smutne i rozmazane, nie mogą swoją osobą, a już na pewno nie szlaczkami łez na brudnej buzi, drżącą podkówką z ustek, opuszczoną główką obciążać i tak umęczonych mamuś, nie powinny czuć, ani mieć potrzeb i oczekiwań, bo inne potrzeby i oczekiwania dłużej czekają w tej niemożliwej kolejce.
Smutku – to było już dużo później – szczególnie nienawidził mój ojciec. Dla niego musiałam przebierać go we wściekłość. Wtedy mógł mnie chociaż zbić – miał prawo, przecież byłam nieposłuszna i krnąbrna.
Ale najgorsze, że żalu i rozmemłania, nieposkładania i oczekiwań i potrzeb zakazałam sobie sama! Gdy już się uwolniłam od moich kochanych rodziców sama wzięłam się za siebie, za wychowanie tej niegrzecznej dziewczyny, która śmie miewać gorsze dni. Która śmie mieć te uczucia. Niby – ostatnio, gdy miałam już jako taką świadomość istnienia małego dziecka, tej Malutkiej we mnie – robiłam to łagodniej, powiedzmy że delikatniej, że z troską, ale to nieprawda. Zakaz to zakaz. Nie masz prawa źle się czuć! Masz? O, wiesz przecież, że to będzie cię kosztować. Weź się lepiej w garść, zrób coś, nie łaź tak, nie rycz, no, dobrze, nie płacz już, Malutka, nie płacz, nie ma za czym. Nic się nie stało przecież, czego buczysz. No już, skończ z tym.
Nie lubiłam siebie takiej niewyraźnej. Na siłę starałam się wyciągać za uszy. Ciężko mi szło. Więc dowalałam sobie jeszcze bardziej. Że sama sobie to robię, że jestem nieszczęśliwa na własne życzenie, że nie potrafię się cieszyć życiem, nie widzę tego, co dobre, skupiam się na brakach, mało tego, pewnie sama je sobie organizuję. Fajną sobą, niby taką prawdziwą, byłam tylko jako energiczna, wesoła i błyskotliwa ja.
Potem odkryłam kolejne osoby, które wspierają ten zakaz smutku. To przyjaciele, moi bliscy, którzy – wiem, robią to nieumyślnie, chcą dobrze, myślą, że chcą – na moją skargę, że zostałam tak żałośnie, bez klasy porzucona mówią: powinnaś się cieszyć, masz to z głowy, co za dupek, skoro cię nie chciał; daj spokój, to nie problem, zaraz minie, zapomnisz, zajmij się czymś fajniejszym. Kiedyś przełykałam ten dodatkowy ból: podstawowy – porzucenia i ten drugi, kto wie, czy nie gorszy – podważenia wagi moich uczuć. Dziś już się na to nie godzę. Zaczęłam mówić. Najpierw do mamy, która tak chciała pocieszyć, potem do wszystkich innych: może palant, może to dobrze, ale teraz mnie bardzo boli, uszanuj to i pociesz. Działa! Po chwilowej konsternacji, ale działa doskonale.
*
A więc mogę być przygnębiona, mogę być byle jaka, w dole, w kryzysie. Cóż za ulga! Jakby jakaś część ciała mogła wreszcie po latach wrócić na miejsce. Zaakceptowana, przytulona, uprawomocniona, ukochana. Mogę przytulić smutną Malutką. Bo mam pozwolenie na smutek. A skoro mam prawo być przygnębiona to, nawet pomyślałam, że od czasu do czasu wcale nie muszę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...