Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krok 9 AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krok 9 AA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2016

173. padanie na kolana

Jest wrzesień, a więc na spotkaniach AA pojawia się temat 9 Kroku i dość kontrowersyjnej (na szczęście nieszczególnie popularnej) metody jego realizacji. Tu i ówdzie daje się bowiem słyszeć opowieści o padaniu przed skrzywdzonymi przez alkoholika osobami na kolana i proszeniu o wybaczenie. 

Jestem przekonana, że Krok 9: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych, jest przeznaczony właśnie dla poszkodowanych, nie dla krzywdzących. Przyswoiłam sobie skutecznie – i szykując się do tego zadania powtarzałam raz po raz, żeby na pewno nie dać plamy – że w akcie zadośćuczynienia i podczas rozmowy 9 Kroku, pierwszoplanowe są uczucia mojego rozmówcy. Jasne, ja swój efekt duchowy też najprawdopodobniej uzyskam (takie jest wszak założenie Programu AA), ale nie ten efekt ma być na pierwszym miejscu (zresztą, skąd ja mam wiedzieć, jaki on będzie? Przecież podobno wyzbywam się roli wszystkowiedzącego Boga). Pamiętam z lektury Wielkiej Księgi (książki Anonimowi Alkoholicy), że do realizacji szczególnie tego Kroku potrzebne są rozsądek, takt, rozwaga i pokora (12x12 wspomina jeszcze o umiejętności wyczucia chwili, odwadze i ostrożności), właśnie po to, by kogoś nie skrzywdzić, po raz kolejny, zresztą. Czemu to podkreślam? Ano dlatego, że wymuszanie na kimś wybaczenia wydaje mi się – mówiąc najdelikatniej – sporym nadużyciem. Przy okazji wymaganiem rzeczy niekiedy niemożliwej (nie da się wyczarować wybaczenia na pstryknięcie palcami), nakłanianiem do kłamstwa – jeśli osoba skrzywdzona nie bardzo umie poradzić sobie z presją i dla świętego spokoju, żeby już było po wszystkim, po prostu przytaknie. Jest wreszcie manifestacją egoizmu. Bo oto idę do kogoś, kogo skrzywdziłam, jakoby zupełnie inna już, odmieniona, lepsza i chcę od tej osoby, żeby mi załatwiła moją sprawę: to ona ma mi dać dobre samopoczucie, zmniejszyć moje wyrzuty sumienia, ofiarując mi wybaczenie. 

A te nieszczęsne kolana? Jakoś dziwnie kojarzą mi się z pijackimi przeprosinami i (zwykle pustymi) obietnicami, że to było ostatni raz i nigdy już więcej. I gdyby kiedykolwiek spotkało mnie coś takiego z alkoholikiem pijanym, to z trzeźwym podobnej sceny naprawdę przeżywać bym nie chciała. Jest zresztą w Wielkiej Księdze mowa również o tym, że mamy zachować godność, pełzanie przed kimkolwiek godnym zachowaniem trudno nazwać. 

Ale może jest jakiś sens w tym przepraszaniu na kolanach? Jeśli ktoś wie jaki, byłabym wdzięczna za podzielenie się ze mną tą wiedzą. Bo chciałabym zrozumieć. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

158. dwanaście kroków instant – 6



Średni z tego wyszedł instant, ale może kiedyś odparuję bardziej…

*

Dawno temu, jeszcze po pijaku (a nawet jeśli bez alko, to z pijanym myśleniem, więc jakby po pijaku) trudne sprawy załatwiałam w specyficzny sposób. Na przykład, gdy kogoś ewidentnie skrzywdziłam. Tak skrzywdziłam, że nie dało się już udawać, wyprodukować jakiejś urazy, zracjonalizować albo w ogóle uznać, że on/ona skrzywdzili mnie bardziej, więc właściwie ten mój postępek, to prawie nic. Robiłam wtedy coś, do czego bardzo wstyd mi się dzisiaj przyznać, ale wierzę, że moje doświadczenie może się komuś przydać – może nie będzie musiał popełniać moich błędów. Mój egoistyczny i egocentryczny (dodałabym z łatwością jeszcze ze dwie, trzy wady) modus operandi polegał na tym, że kiedy już wykonałam akt krzywdy, chwilę (godzinę, dzień, miesiąc) później zrozumiałam, że konsekwencji nie da się uniknąć, że bardzo prawdopodobnie wstrętna prawda o moim postępku wyjdzie na jaw, stawiałam się przed skrzywdzoną przeze mnie osobą i… przyznawałam się! Ze łzami, z autentycznym przejęciem i żalem, z miną zbitego psa, który wie, że pogryzł najlepszego buta swojej pani. To był nie lada gest odwagi! Tak mogło by się wydawać. Ale prawda jest zupełnie inna. Nie dość, że nie kierowała mną odwaga, tylko jej negatyw – ordynarne tchórzostwo – to jeszcze ta skrucha była obliczona na konkretny efekt. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno – naprawdę nie robiłam tego na zimno i z wyrachowania, zacierając tłuste łapki, że moja ofiara się nabierze. Nic z tych rzeczy. Nie byłam do końca świadoma moich intencji i motywów. Było to, jak mówią, działanie celowe, lecz nieświadome. Robiłam to, bo miałam potworne wyrzuty sumienia, bo faktycznie bardzo się bałam – że się wyda, że konsekwencje będą, nie wiem jakie, ale może właśnie to było najgorsze, lepiej już pójść na czołówkę, byle nie czekać w niecierpliwym strachu na moją kolej w sądzie.
Dlatego przyznałam się przyjaciółce, że po pijaku wygadałam jej sekret innej przyjaciółce (rozważania na temat jakości mojej ówczesnej „przyjaźni” może litościwie odłożę na inny raz), bo wolałam nie czekać na moment, w którym dowie się tego z całkiem innych, może obcych i niechętnych ust.
A moje poruszenie, łzy, skrucha? Na pewno ich nie odgrywałam jak w teatrze, to były prawdziwe emocje. Tyle że… Będę teraz bezlitośnie (wobec siebie) uczciwa – te emocje dotyczyły czegoś całkiem innego. Ja nie płakałam nad krzywdą poszkodowanych przeze mnie osób. Ja płakałam nad sobą! A jaki efekt osiągałam? Moja przyjaciółka (jej przyjaźń była najprawdopodobniej znacznie wyższej próby niż moja) przejęła się mną! Zamiast się wściec, powiedzieć parę mocnych słów, może i ograniczyć naszą relację – co mi się przecież należało i na co zasłużyłam na sto procent – zaczęła mnie pocieszać, minimalizować krzywdę, wmawiać nam obu, że to nie moja wina, zabijać własne poczucie krzywdy (realne, nie urojone!).
Ten przydługo – jak na wstęp – malowany obrazek był mi potrzebny do zilustrowania jednej ważnej rzeczy: jako alkoholiczka i wytrawna manipulantka umiałam „przepraszać”. 9 Krok zaś nie może z takim czymś mieć nic wspólnego! Próba takich „zadośćuczynień” jest kolejną krzywdą! Wiem, co mówię, bo i takie pomysły mam niestety na swoim koncie, gdy próbowałam robić Program po swojemu, na własną rękę i pijaną wciąż, mimo że bez alkoholu, głowę.

Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.



Krok 9 jest dla ofiar, nie dla katów. To osoby z mojej listy mają poczuć się lepiej, a nie ja. Moja ulga jest sprawą drugorzędną, efektem ubocznym. Jeśli głównym motywem moich działań jest pragnienie ulgi, pozbycia się wyrzutów sumienia – warto raz jeszcze się zastanowić, czy mam właściwe nastawienie i prawdziwą gotowość.
Gotowość – z 8 Kroku – oznacza, że wiem co, jak i kiedy zrobić. Mimo że większość rozmów i tak przebiegnie inaczej, niż się spodziewam, warto się do nich przygotować, bo samo stanięcie przed kimś, kogo najprawdopodobniej unikałam, a na pewno nie poruszałam tych drażliwych tematów, jest trudne i wywołuje silne emocje, mogę się „zaciąć” albo w ogóle stwierdzić, że nie tym razem… To, co może się znaleźć w takiej rozmowie, to: wiem, co ci zrobiłam(to i to); nie zasłużyłeś na to, to nie była twoja wina; to się więcej nie powtórzy (jeśli nie mam stałego kontaktu z tą osobą albo rzecz dotyczy spraw niepowtarzalnych, pomijam oczywiście tę kwestię); jak mogę naprawić wyrządzone szkody
Zadośćuczynienie to nie są przeprosiny! Przeprosić mogę kogoś, komu wylałam kompot na obrus. Ale Wielka Księga radzi też unikania drugiej skrajności. Ja osobiście nie klękam i nie próbuję wymusić wybaczenia – obydwie te czynności uważam za co najmniej szantaż emocjonalny, a do tego coś, co stawia osobę, która przecież ma lepiej się poczuć w kłopotliwym położeniu. A przecież przyszłam naprawić krzywdy, a nie dodać kolejne! 
Zadośćuczyniać mam osobiście, a więc twarzą w twarz, bez pośredników. List czy telefon to wyjątkowe rozwiązania w bardzo wyjątkowych sytuacjach (np. osoba z listy mieszka na drugim końcu świata). Nie robię też działań zamiennych – jeśli nie mogę komuś oddać 100 zł, to wrzucenie ich do puszki na ofiary nie rozwiązuje sprawy; jeśli nie mogę się spotkać się ze zgwałconą kobietą to symboliczne przeproszenie jakichś innych kobiet jest, moim zdaniem, nieporozumieniem. Dlaczego? Wystarczy postawić pytanie: dla kogo to było? Przecież człowiek, któremu ukradłam lub nie oddałam 100 zł nadal nie ma tych pieniędzy, nie mówiąc o wyjaśnieniu, przeprosinach, zgwałcona kobieta nadal nosi w sobie ból, strach, upokorzenie! A więc to nie było dla ofiary, tylko dla mojego lepszego samopoczucia, dla poprawienia sobie bilansu emocjonalnego.
Nie jestem w stanie zadośćuczynić osobom nieznanym i nieżyjącym – nie spotkam ich. 
Pewnych krzywd nie da się w ogóle zadośćuczynić. I muszę z nimi żyć, nieść ciężar ich konsekwencji. To nie oznacza, że jestem „zwolniona” ze spotkania i konfrontacji z osobą, którą skrzywdziłam. Ja tylko nigdy nie będę w stanie tego naprawić. I o tym też mam powiedzieć. 



* Jak przy wszystkich poprzednich Krokach instant oraz pozostałych wpisach dotyczących Programu AA - prezentuję wyłącznie moje przemyślenia, oparte o własne doświadczenia podczas realizacji Programu ze sponsorem, a nie oficjalną wykładnię AA.

wtorek, 9 września 2014

127. bezkrwawe zbrodnie

– Dopiero w Szwecji uświadomiłem sobie, że byłem chory na ironię, i to bardzo mi się nie podoba u tego młodego człowieka, którym byłem. Może to zresztą była choroba pokolenia. Kocham Herberta, ale jego afirmacje ironii potraktowałem chyba niedojrzale. W Polsce za komuny trzeba było być ironicznym, by nie zwariować, a że jeszcze dopatrywałem się w tej postawie wysublimowanej inteligencji, więc ironii nadużywałem. A od ironii bardzo blisko do oschłości serca i dalej do cynizmu.



Ironia jest, moim zdaniem, konieczna. 



– Ale nie bez przerwy. Człowiek tak ironiczny jak ja wtedy niczego nie mówi wprost. Niczego nie komunikuje, tworzy wokół siebie otoczkę względności i nie można do niego dotrzeć, ucieka od drugiego człowieka. Z osobą zawsze ironiczną nie ma kontaktu.
 

*


Gdy robię przegląd moich lat picia, przypominam sobie wielu ludzi, którzy tylko okazjonalnie otarli się o moje życie, ale których dni zakłóciłem swoją złością i sarkazmem. 
Codzienne Refleksje, s. 301.



Pamiętam pewną rozmowę sprzed wielu lat. Nie piłam już dłuższy czas, jakoś już sobie, myślałam, że nawet nieźle, radziłam w zwykłych relacjach, z normalnymi ludźmi (jeszcze wtedy dzieliłam ludzi na normalnych i alkoholików). Moja znajoma z obszaru zawodowego, z którą – to akurat wiedziałam i czułam – naprawdę się lubiłyśmy, powiedziała nagle: Boję się z tobą rozmawiać, bo nigdy nie wiem, co mnie spotka, czy odpowiesz poważnie czy złośliwie mnie wyśmiejesz. Lubiłam ją, nie czułam żadnego zagrożenia, nie musiałam się bronić, nie sądziłam, że sprawiam jej przykrość. A jednak… Wiem, że siałam to bezmyślnie, bez opamiętania i zastanowienia. Odruchowo. Ot tak, po prostu. Wiem, że skrzywdziłam w taki sposób znacznie więcej osób, niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiem, od pewnego czasu bardzo dobrze, że już nie chcę nikogo w taki sposób traktować. Bo nikt na to nie zasługuje. Zwłaszcza gdy ironia niebezpiecznie ociera się o pogardę.

piątek, 1 października 2010

040. zadość uczynić


Na początku września ruszył temat dziewiątego kroku. Aż dymiło. Kłębiło się i kłębiło, gdzieś tak do połowy miesiąca, a potem nagle ucichło, jak nożem odciął. A ja dalej myślałam, aż wymyśliłam. Coś nowego we mnie. W samą porę, bo wrzesień już się kończy. Najpierw było mi trochę nieswojo, bo od lat nie wracałam do tych spraw, nie odgrzebywałam na nowo niechlubnej przeszłości – przed sobą ani przed nikim. Zdaje się, że gdzieś w okolicach drugiego czy trzeciego roku niepicia wpadłam nagle w ciąg zadośćuczyniania (w moim ówczesnym pojęciu), wyjaśniania i przepraszania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci próba rozmowy z byłym mężem. Nieudana, bo nie chciał rozmawiać (dziś się z tego cieszę, bo nie mam pojęcia, jak jeszcze bardziej mogłam go skrzywdzić moją tyradą i wyjaśnieniami). Na jednym z niedawnych mityngów kręciłam się niespokojnie, bo moje nic na ten temat nie dawało mi spokoju. Wtedy spojrzałam na tablice z krokami. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, o ile nie zraniłoby to ich lub innych. Ani słowa o przepraszaniu. Ani słowa o mówieniu czegokolwiek, o wracaniu do tego (zwłaszcza, gdy mogłoby zranić). Tam jest o działaniu. O naprawieniu szkód. Jeśli zrujnowałam komuś opinię, rozpowiadając, że jest niesolidny, to moje zadośćuczynienie nie będzie polegało na tym, że do niego pójdę i mu powiem: słuchaj, to ja o tobie gadałam, przepraszam. Mogę z nim w ogóle nie rozmawiać (jeśli on nie ma pojęcia, czyja to sprawka), tylko zacząć odkręcać – jeśli już się przyznawać, to tylko tym, na których zdanie wpłynęłam, którzy przez moje pomówienie zaczęli go gorzej traktować, zacząć o nim dobrze (prawdziwie) mówić, bronić go, gdy ktoś powtarza fałszywe (moje dawne) opinie. Jeśli zaniedbywałam chorą matkę/dziecko/rodzinę to mam poświęcać jej teraz czas, dbać o nią, być. Bez wykrętów i „słusznych” wymówek.
Słyszałam wiele razy, że dziewiąty krok to jest rodzaj techniki poprawiania nastroju: wyznam komuś swoje przewiny i zrobi mi się lżej; że to dla mnie to całe przepraszanie, więc warto podjąć trud, skonfrontować się ze wstydem, strachem, pychą. Jest dokładnie odwrotnie! Zadośćuczynienie jest dla tego, kogo skrzywdziłam! To on ma się lepiej poczuć, nie ja. Dlatego – o czym dobitnie piszą w 12/12 – lepiej na siłę nie oświecać niczego nieświadomej osoby w kwestii dokonanych na niej podłości.
Miałam ostatnio okazję usłyszeć to od kogoś z drugiej strony. Od mojej mądrej i kochanej M., na której ktoś (chyba bliski) wykonał swój dziewiąty krok. Jak zostawił ją, oszołomioną, z tym całym gównem, o którym nie miała pojęcia, że jest jego autorstwa. Zadbał o siebie – pozbył się ciężaru poczucia winy. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się wcześniej, jak z tą wiedzą będzie teraz żyć M. Dorzucił do pierwszej rany kolejną, może gorszą (poczucie bycia oszukaną przez przyjaciela, zawiedzione zaufanie, może pomysł, żeby już nigdy nikomu nie wierzyć).
*
Są takie sytuacje, gdy „przepraszam” jest zadośćuczynieniem. Telefon mojej mamy i to słowo. Bo to było jej pierwsze w życiu przepraszam, po latach wypierania, że cokolwiek nam zrobiła, pierwszy raz, gdy wzięła odpowiedzialność i przyznała, że nie wszystko jej wyszło. To mi wystarczyło (tyle, że ona i tak swoim życiem odpłaca, a jej „przepraszam” było jak wisienka na torcie).

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...