Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2015

141. jeszcze o medytacji i szybkiej forsie*


* Przepraszam za zmyłkę (już na wstępie, więc może mi będzie odpuszczone). O forsie nie będzie ani słowa, ale jakoś tak mi pasowało, na ucho. Coś mocnego, spektakularnego, wyskokowego. Do wyboru był jeszcze szybki seks, szybkie samochody i szybka kariera. Żadne nie jest w moim posiadaniu, może dlatego mi się roi i włazi do gotowego już tekstu na zupełnie inny temat. Może uwzględnię je przy następnych postach. Tyle tytułem wyjaśnienia. A teraz do rzeczy.

*

Nie okażę się zapewne wyjątkiem ani też wyrzutkiem, jeśli przyznam, że interesuje mnie szybki sukces. Najprawdopodobniej to całkiem naturalne pragnienie. Szybki sukces jest fajny. Szybki sukces jest miły i podniecający. Szybki sukces się opłaca. Opłaca się podejmować działania, które taki szybki sukces gwarantują. Bo jaki sens łapać się za sprawy z góry skazane na porażkę? Niektórzy tak bardzo są na to nastawieni (wręcz uzależnieni od haju, jaki wywołuje sukces), że do przedsięwzięć wymagających dłuższych nakładów czasu i energii, większych starań, nawet nie podchodzą. Zlecają je podwładnym. Bo szybki sukces to coś, co szybko karmi. Wprawdzie brzuch robi się pusty równie szybko, ale… od czego jest kolejny gwarantowany sukces?
Rozpisałam się wcale nie dlatego, że uważam to podejście za niewłaściwe i naganne (że trochę niedojrzałe i ograniczające, to inna sprawa), a raczej, żeby samą siebie przekonać, że nie ma w nim niczego nienormalnego i nie muszę się samej sobie dziwić, że chciałabym coś na szybko i na przyjemnie – po prostu dobrze się poczuć. Dostać nagrodę za mój trud i starania.
Wokół kilka osób komunikuje o swoich przyjemnych i niezwyczajnych doznaniach (w ogóle o jakichś doznaniach!) podczas medytacji, a ja obserwuję u siebie całkowity odwrót czegokolwiek. Cicho, pusto i do dupy… To znaczy, nie nurtuje mnie to aż tak bardzo, nie odbiera chęci i sił do dalszych starań, tylko… po prostu się zastanawiam, jak to jest. I: może coś robię nie tak? Za mało się staram? I chociaż się nie przejmuję za bardzo, to może właśnie źle, że się nie przejmuję, może powinnam?! W takich chwilach zdarza mi się wpaść przypadkiem na coś, co jest akurat przydatne (takie tam małe serendipity).

Czytałem kiedyś o pewnym buddyjskim mnichu z Wietnamu, wygłaszającym prelekcję na którymś z amerykańskich uniwersytetów. Gdy skończył, jeden ze studentów zapytał go: „Czy możemy dowiedzieć się, jakiej metody medytacji uczy się nowicjuszy, którzy zgłaszają się do waszego klasztoru?”. Odpowiedź brzmiała: „Przez pierwsze trzy lata nowicjusze parzą herbatę dla starszych mnichów”.
John Main, Ścieżka medytacji

I o to właśnie mi szło, tego potrzebowałam. Informacji, że nie ma się co spodziewać spektakularnych sukcesów, bo to tak nie działa (nie zamierzam bynajmniej podważać duchowych sukcesów tych, którzy naprawdę je odnoszą, po prostu próbuję uratować resztki mojego poczucia wartości i sensu). Mam święty spokój, przez najbliższy rok, dwa, co najmniej, nie muszę się zajmować i niepokoić postępami i osiągnięciami, bo może ich po prostu nie być! Co za ulga! Jaka oszczędność energii! Mogę na luzie siadać sobie do tych medytacji i już nie próbować wyciskać z siebie duchowych siódmych potów. Mogę po prostu być. Mogę. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

138. eksperyment „M” – raport końcowy

Minęło 31 dni. 62 medytacje. 1240 minut (minus 10 urwane po drodze), czyli jakieś 20 i pół godziny. *

*


Im bliżej było końca, tym łatwiej (to dość mało zaskakujące, już mi się obiło o uszy, że trening czyni mistrza, czy jakoś tak). Zabawne było obserwować siebie w medytacjach po 31 grudnia, czyli po zakończeniu eksperymentu. Bo wtedy się nagle okazało, że jest… miło i przyjemnie. Teraz to ja mogę! W każdym razie, że moje ciało i umysł znoszą ten wysiłek zdecydowanie lepiej i cierpliwiej niż w czasie eksperymentu „M”. Czyżby stara dobra znajoma, przekora?

Ciało się powoli dostosowuje, coraz łatwiej wytrzymuję 20 minut, choć miałam pokusę, żeby się tak nie katować, żeby legalnie skrócić medytację do powiedzmy kwadransa (skoro tak strasznie nie daję rady…) i powoli dochodzić do tych 20 minut. Ale chyba z lenistwa nie wprowadziłam tego w życie, a potem się okazało, że już nie trzeba. O ile przez większość miesiąca, mniej więcej koło 10-12 minuty zaczynałam się wewnętrznie wiercić i marudzić, że już, że nie dotrwam, o tyle teraz jęczeć zaczynam jakieś dwie minuty przed końcem.

Po raz kolejny padło pytanie o cel tej mojej medytacji, tego całego eksperymentu. Celem medytacji jest lepszy kontakt z Bogiem. Po prostu. Nie wiem na razie jak to moje siedzenie, często wewnętrzne jęczenie, czasem mimochodne kiwanie się, na którym się przyłapuję, zmaganie z ciałem, z nieustępliwie brzęczącym umysłem przekłada się na jakość kontaktu z Siłą Wyższą. Bo muszę się przyznać, że odkąd pożegnałam się z efekciarskimi i ekstrawaganckimi wizjami i opisami moich doznań, z fantazjami na temat poziomu mojej duchowości, nie czuję specjalnie wiele. Może jestem zbyt zamknięta, zablokowana, nieuważna. To dość prawdopodobne. Nie czuję specjalnej różnicy. Ale też niespecjalnie się przyłożyłam do jej tropienia. Może wystarczy mi to, co mam – spokojne, ciche, tak różne od dawnych religijnych fanfar i uświęconej pewności siebie, zbyt wyraźnie zakrawającej o arogancję? A może zwyczajnie się boję, żeby tam zajrzeć, żeby zobaczyć więcej i bardziej… Medytuję, bo wierzę w to, co napisali w WK (zbyt wiele opisanych tam rzeczy okazało się prawdą, by nierozważnie ignorować tę książkę). Że to dobre narzędzie do budowania świadomej więzi z Bogiem. A ta jest mi niezbędna do dobrego życia, którego już zaznałam i nie chciałabym stracić. Nie chciałabym wracać do przeszłości.

Ktoś zapytał: co konkretnie mi daje ta cała medytacja. Bardzo sensowne pytanie. Jeśli już brać się za coś, co sporo kosztuje (a medytacja naprawdę sporo kosztuje, nie tylko wtedy, gdy patrzy się na nią z pierwszego brzegu, kiedy się jeszcze nawet nie zaczęło albo utrzymanie jako takiej koncentracji udaje się przez dwie sekundy, a dziesięć minut w ciszy i spokoju jest na oko wyczynem nieosiągalnym), jeśli podejmować wysiłek, to tylko gdy się opłaca. Warto wiedzieć: co ja z tego będę mieć! W jednej książce przeczytałam, że medytacja daje integralność i spokój, czyli harmonię i poczucie bezpieczeństwa (które wiele mają wspólnego z mitycznym niemal tworem – pogodą ducha). Integralność wewnętrzna, osobista, którą czasem nazywam „jednią”. Ale też jedność (integralność) ze światem. Czy to mam? No, nie są te stany mi obce. Miewałam je wcześniej, więc nie wiem, czy to miarodajne. Szczególnie, że jedno i drugie jest stopniowalne, ale zmierzyć tego nie umiem. Chyba za blisko jeszcze jestem, żeby zobaczyć i stwierdzić, co mam dzięki medytacji (choć w takich chwilach, zwłaszcza w zwątpieniu, że nie działa, przypomina mi się zdanie przyjaciela: A skąd wiesz, jak by było bez tego…). A może zwyczajnie za leniwa jestem, żeby się przyglądać. Zresztą, ten eksperyment nie miał takiego celu. Chciałam sprawdzić czy dam radę – dwa razy dziennie przez miesiąc znieść siebie w kompletnej ciszy i bezruchu. I tyle.


* Liczenie jakoś zawsze dodawało mi otuchy. Tak, wiem, że to zakrawa o natręctwo :-)

niedziela, 28 grudnia 2014

137. eksperyment „M” – tydzień 4

Chęć wywiązania się ze zobowiązania doprowadza czasem do sytuacji absurdalnych. Żeby się wyrobić muszę gnać do medytacji, a i sama medytacja powinna być sprawniej i najlepiej szybciej przeprowadzona niż w spokojniejszych momentach. Mogę się tylko z pobłażaniem pochylić nad własnym – okresowym – pogubieniem. Dzięki rozmiarowi absurdu mogę też zobaczyć, że odhaczanie czy zaliczanie medytacji to grube nieporozumienie. I trochę poprawić. Dopiero teraz zaczynam rozumieć zdanie, które wielokrotnie słyszałam i za nic nie mogłam przyswoić: Zacznij, a potem tylko poprawiaj. Dawniej nawet nie tykałam rzeczy/sprawy, jeśli sukces nie był gwarantowany. Dlatego miałam na koncie wyłącznie sukcesy łatwe i tanie albo wybitnie przypadkowe. Teraz mogę zacząć jakkolwiek, nawet niedoskonale (prawdę mówiąc, zwykle tak jest, choć w moim mniemaniu wciąż bywam świetna i niedościgniona, a niezgrabny ruch nowicjusza wprawia mnie w zdumienie i zawstydza, trochę pod publiczkę, jeśli już zdecydowałam się na szczerość).

*

Po czterech tygodniach jest łatwiej. Zmieniłam nieco kolejność porannych czynności – medytacja jest trzecia albo i czwarta w kolejce ważnych spraw. Dzięki temu nie zasypiam w trakcie, nie zsuwam się z mojej ławeczki ani nie męczę się i nie marudzę, że już dłużej nie wytrzymam. Dwa razy zdarzyło mi się skrócić medytację poranną o 5 minut (pozwoliłam sobie zaspać, za długo się guzdrałam, a kolejny, nieodwołalny punkt wypadał tak, że albo kwadrans medytacji albo… można by mówić wyłącznie o medytacji późno popołudniowej.


Proponowana w książce, którą czytam przy okazji eksperymentu „M”, i której fragment już tu cytowałam, mantra Maranatha, bywa dla mnie kłopotliwa. Czasami. Niektórzy zachwalali ją, podając jako główny argument fakt, że brzmienie tego słowa nie budzi w nich żadnych konotacji, że ono dla nich nic polskiego nie znaczy, po prostu jest. Dla mnie to akurat główny argument przeciwko. Szczególnie gdy mój sprawny i bardzo akuratny umysł potrzebuje wyprostować, wyjaśnić i uporządkować cały świat i zamienia mi mantrę Ma-ra-na-tha w marynatę. Nie jest łatwo nawiązać kontakt z marynatą, nie jest wcale łatwo skupić się na tym i tego pragnąć. Gdy słyszę marynatę wiem, że odleciałam za daleko i całkiem nie w tym, co powinnam kierunku. Niekiedy za mantrę przyjmuję bardziej swojskie i naznaczone boskim w moim odczuciu klimatem słowo. I wtedy działa. 

środa, 17 grudnia 2014

135. eksperyment „M” – tydzień 2 i ½

Podekscytowanie nieco osłabło. Codzienne siadanie do medytacji spowszedniało. No to siup, poprzeczka wyżej. Nieprzewidziane sytuacje: wyjście na imprezę i powrót późną nocą, goście w domu – wieczorem i rano. Trzeba ogarnąć i się wywiązać. Późno-, naprawdę późnonocne medytacje wychodzą lepiej, niż te tylko okołopółnocne. Przede mną jeszcze poważniejsze wyzwania – wyjazd i nocleg gościnny. I organizacja przedsięwzięcia w warunkach mało intymnych, bez oddzielnego pokoju, z maluchami-skowronkami. Może być ciekawie…

*


Ktoś zapytał, jak ja to robię. Prawie tak*:

Na podstawie mojego doświadczenia wiem, że wygospodarowanie pół godziny rano i wieczorem, każdego dnia, stanowi to minimum potrzebne do tego, by medytację potraktować poważnie. Podczas tej półgodziny, codziennie rano i wieczorem, trzymaj się tej samej praktyki. Choć nigdy nie jest tak samo. Wybierz zaciszne miejsce i usiądź wygodnie. Jedyną ważną zasadą jest to, aby siedzieć z wyprostowanym kręgosłupem. Możesz siedzieć na podłodze, na poduszce, na krześle, wybierając taki sposób, który jest dla ciebie najwygodniejszy, pozwalający na to, aby każdy mięsień twojego ciała, łącznie z mięśniami twarzy, w pełni się rozluźnił. Następnie zacznij powtarzać swoje słowo modlitwy (mantry), łagodnie, cicho, spokojnie, ale nieustannie. Jeśli będziesz cierpliwy i wierny (a medytacja nauczy cię zarówno cierpliwości, jak i wierności), medytacja poprowadzi cię w coraz głębsze obszary ciszy.
John Main, Ścieżka medytacji

Tyle przepisu i pobożnych życzeń. Bo moje mięśnie nie są rozluźnione, te na twarzy prawdopodobnie szczególnie. A moja głowa jest metalową puszką i potrzeba niezłego otwieracza, żeby się do niej dobrać. Ja nim nie dysponuję. Wierzę, że jest Ktoś, kto sobie z tym poradzi. Nawet z moją oporną puszką. Książka, z której pochodzi powyższy fragment (choć w całości mnie nie powala, a miejscami irytuje bombastycznym stylem pustych zdań, bo przecież, halo, ja potrzebuję konkretów, a nie bujania w obłokach!), mówi też, w rzadkich momentach bardzo konkretnie, żeby się nie nastawiać, nie oczekiwać, żeby po prostu to robić i być. Uwierzyłam, że to ma sens. Tym bardziej, że na konkretne efekty medytacji nastawiałam się przez długie miesiące, a nawet lata, i mało co z tego wychodziło. Poza rozczarowaniem i zniechęceniem, a czasem żalem. Gdy się wreszcie zorientowałam, co robię – że próbuję dyktować, jak ma przebiegać ten proces, próbuję kontrolować medytację! – nawet się uśmiechnęłam nad własnym… brakiem kontaktu z rzeczywistością.

*


*Prawie, bo: medytuję 20 minut, a nie pół godziny. Mantrę powtarzam w myślach. Mam przymknięte oczy, bo tak radzili.

PS. Dłonie nadal puchną, choć trochę mniej. A może po prostu się przyzwyczaiłam?


poniedziałek, 8 grudnia 2014

134. eksperyment „M” – tydzień 1

Postanowiłam przeprowadzić pewne doświadczenie. Nazwałam je eksperymentem, żeby się nie przestraszyć za bardzo, że to już na zawsze, że już przepadło i mus. Eksperyment to coś zamkniętego, ma ramy czasowe. Zbiegiem okoliczności dzień pierwszy przypadł na pierwszego grudnia, wygodne to, będzie łatwiej liczyć. A że do końca roku został miesiąc, eksperyment ma trwać miesiąc. Tyle wytrzymam. 31 dni. Dam radę. Każdy da. Tylko miesiąc. A skoro już się uspokoiłam tymi tłumaczeniami i wyjaśnieniami, mogłam oddać się przedmiotowi doświadczenia. 
Eksperyment „M” polega na 31 dniach porannej i wieczornej medytacji. Po 20 minut każda. 
Dlaczego w ogóle wpadłam na taki pomysł? Jak zwykle, zlepek kilku wydarzeń, przypadkowych rozmów, lektur, i pewnego doświadczenia, czy też refleksji po wyjściu z uciążliwego stanu ducha (a właściwie również materii, bo duch mój jest mocno sprzęgnięty z ciałem i dość szybko mnie informuje w ten sposób, że źle się dzieje w naszym państwie). 
Medytacja to czynność i narzędzie, którego wagę już znam i to nie tylko teoretycznie i na wiarę. Wiem, że jest dla mojego zdrowia psychicznego i duchowego nawet nie tyle pożyteczne, co niezbędne. Zdarzało się jednak, zbyt często, że mimo tej wiedzy i przekonania, zwyczajnie pomijałam medytację w moim rozkładzie dnia. Nawet nie celowo, po prostu, jakoś tak się działo… W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni nadziewałam się na informacje o tej medytacji, co ciekawe, głównie poza branżowym (AA-owskim) środowiskiem. Potem zdarzyła się historia z bardzo nieprzyjemnym stanem i moja intuicyjna reakcja (jak trwoga to wiadomo gdzie – ech, nic co ludzkie…): codzienna medytacja, już bez uników; codzienna i dwukrotna. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Taka jest mniej więcej geneza mojego eksperymentu „M”

*

A teraz konkrety:
O ile wieczorna jest ulgą i niemal nagrodą, to poranna jest koszmarem. Ledwie wytrzymuję. Mniej więcej w połowie (po 10-12 minucie) zaczyna się najgorsze – walka z ciałem, z myślami, pomysłami, że nie dam już razy, że zaraz się przewrócę, teraz natychmiast muszę skończyć i się położyć. Nie kończę, wytrzymuję, choć to ogromny wysiłek. Tak oto mit doskonałej mnie, która świetnie sobie radzi z życiem duchowym i zarządza nawet komunikacją Bóg–ja, legł w gruzach. Z hukiem legł. 
Wszystko mi przeszkadza, swędzi, boli, drętwieje. Kręgosłup daje mi w kość (czy w co tam może dawać kręgosłup). Mniej więcej drugiego dnia włączyłam do eksperymentu poranne ćwiczenia. Z musu, nie łudźmy się. Dzięki nim przez te 20 minut boli trochę mniej. Ale i tak jęczę wewnętrznie. 
Wieczorem jest dużo lepiej. Nie marzę tak jak rano o miłym sercu dźwięku znaczącym koniec medytacji. Czasem nawet ten dźwięk, delikatny dzwoneczek, mnie zaskakuje, przyłapuje na… hm, chyba jeszcze nie skupieniu, ale jakimś takim rozluźnieniu, wyciszeniu, uspokojeniu. 
Problemem, którego na razie nie rozumiem i nie wiem jak rozwikłać, są puchnące dłonie. Wcześniej, przed eksperymentem „M” nigdy mi się to nie zdarzało. 

Zobaczymy, co będzie dalej… Jestem ciekawa i trochę dumna, że przekroczyłam – już 15 razy – moje ograniczenia. Wcześniej siadałam do medytacji głównie wtedy, gdy mi się chciało. Teraz – siadam, choć głównie mi się nie chce. Ale z każdym dniem jest odrobinę łatwiej. Nie mam pojęcia, dokąd dotrę, bo nigdy tam nie byłam. Dlatego jestem ciekawa.

niedziela, 30 listopada 2014

133. proste i logiczne

Przez długie lata wydawało mi się, że Jedenasty Krok AA jest bardzo skomplikowany, dla zaawansowanych i do realizacji w jakiejś bardzo odległej przyszłości (na przykład w myśl teorii: co rok krok), a może nawet udało by się nigdy. Aż tu nagle mnie olśniło i wydało się takie... proste. Zupełnie tak samo proste, jak kierowanie autem – gdy już się nauczysz obsługiwać maszynę i przejedziesz we wszystkich możliwych warunkach pogodowych pierwsze pięćdziesiąt tysięcy kilometrów, prowadzenie samochodu staje się niemal machinalne. 

*

Pierwszy Krok AA mówi mi, że nie radzę sobie z życiem, jestem bezsilna, a więc nie mam w sobie odpowiedniej siły (doprecyzuję, że chodzi o siłę duchową, bo i cały Program AA mówi o duchowości i duchowej strony dotyczy), by czegoś niewłaściwego, czegoś, co mi i innym szkodzi nie robić albo też robić to, co byłoby pożyteczne i wskazane. Albo niezbędne. 
Drugi Krok AA wskazuje, skąd mogę tę siłę zaczerpnąć, żeby z życiem zacząć radzić sobie nieco lepiej, żeby podejmować właściwe decyzje i przestać obracać wszystko wokół w perzynę (chlipiąc przy tym w mankiet każdemu, kto się nawinie, że to nie moja wina, to oni, to zły świat…). 
Trzeci Krok AA wskazuje bez ogródek, o jaki rodzaj Siły chodzi. Resztę mam doprecyzować sama. Szukać. Z tym Krokiem sporo może być kłopotów – bo jeśli nie pofatyguję się i nie określę, co dla mnie ta Siła znaczy i jaka jest naprawdę (chodzi o fakty z mojego życia, a nie przekonania i wygodne dla postawionej z góry tezy półprawdy i manipulacje rzeczywistością), nie będę w stanie tego Kroku wykonać. Bo jeśli komuś się wydaje, że w tym Kroku chodzi o modlitwę, to... warto rzecz raz jeszcze przemyśleć. 
Krok Jedenasty AA daje mi precyzyjną wskazówkę, co mam robić. Skoro niezbędny jest mi dopływ siły, której we mnie nie ma, potrzebuję podłączyć się do Dystrybutora. A najprostszym i najbardziej skutecznym sposobem na owo podłączenie się są właśnie dwie czynności wymienione w Jedenastym Kroku. 
Proste i logiczne. 

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...