Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasady. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

093. podręcznik nie do wienia


Usłyszałam niedawno: tak, przeczytałam kawałek, ale ja to wszystko wiem. Hm… No, tak, w końcu to w większości zapewne mało odkrywcze prawdy. Tyle że to nie są prawdy do „wienia”. Ja też wiem, znam mnóstwo mądrych zasad. Potrafię o nich mówić, potrafię je nawet zacytować. Co z tego, skoro nigdy nie zastosowałam ich we własnym życiu? Wystarczyło mi, że wiem.
Zaczynam podejrzewać, że do dobrego, mądrego, satysfakcjonującego i pożytecznego życia nie są potrzebne te wszystkie księgi mądrych przysłów pełne, ani nawet najlepsze amerykańskie poradniki. Że wystarczyłby cieniutki podręcznik albo choćby zwykły spis. Kilkanaście regułek. Sto procent skuteczności. Pod warunkiem stuprocentowego stosowania. No dobrze, ale wracając do rzeczywistości, każdy może sobie przecież z tymi podręcznikami i poradami robić co chce. Ostatnio przyswajam jedną z tych – jak sądzę kilkunastu najważniejszych – zasad: nie walczyć z nikim i o nic. Choć dawanie prawa do błędu (umówmy się, że to metafora, bo jaką niby mam władzę, by jakichkolwiek praw udzielać lub je odbierać?) nie jest łatwe i czasem boli. Zwłaszcza gdy widzisz, że ktoś w zaparte zbliża się do krawędzi, przy której ty już byłeś i cudem ocalałeś.

środa, 15 lutego 2012

075. reguły i ja

Zasady, przepisy, reguły, prawa, tradycje, normy, zarządzenia, instrukcje, zwyczaje… Już w dzieciństwie uznałam, że nadają się tylko do jednego. Podpalić i opluć. Albo odwrotnie. Wszystkie, które mi akurat nie pasują. Nie przemyślałam wprawdzie, co w przypadku, gdyby któraś czy któreś z nich, w tym momencie wygodne dla mnie, okazały się już kiedyś oplute i spalone. Ale przecież dzieci o tym nie myślą, ludzie z infantylną mentalnością również. Z moim, jakże żałosnym poziomem przekory i buntu (które miejscami przybierały postać śmiertelnie niebezpiecznej, a na pewno szkodliwej dla mnie samowoli), każdy jeden zbiór zasad i praw odbierałam jako zamach na moją… hm, wtedy myślałam, że wolność.
*
Czy normalność polega na tym, że wiem i rozumiem, że te zasady i przepisy są również dla mnie? Dla mojej wygody? Kiedy ich przestrzegam mogę czuć się bezpieczniej, i spokojniej. Jeśli nie przebiegam na czerwonym świetle przez jezdnię, nie jeżdżę bez biletu, nie kradnę w pracy, nie parkuję na zakazie postoju, nie migam się przed skarbówką, nie zdradzam męża, nie kłamię – mam spokój. Nikt mnie nie przyłapie, bo jestem w porządku. Nie muszę rozglądać się na wszystkie strony, kombinować, ukrywać. Odpada ogromny ciężar kontroli siebie i otoczenia (jak ogromny, wie tylko ten, kto to kiedykolwiek robił, a potem przestał i poczuł różnicę). Ale zasady są „dla mnie” również z innego powodu – chronią moje otoczenie przed moim egoizmem i egocentryzmem. Bo smutna prawda jest taka, że czasem tylko strach ratował mnie przed popełnieniem wykroczenia, a moich bliskich przed konsekwencjami mojej samowoli.
*
Wymyśliłam sobie kiedyś (smutny to był pomysł i kosztował mnie – i niestety innych – naprawdę dużo), że jestem wyjątkowa! A zatem reguły i prawa mnie nie dotyczą. W każdym razie nie w takim zakresie jak zwykłych ludzi. Jak mogę bez walki poddać się temu, co zapędza ludzi do kieratu? Przecież ja jestem inna. Może oni to lubią, może muszą, ja – nie! Nie przyszło mi do głowy, że choć z czegoś tam zapewne rezygnują, to jednak korzyści mają dużo większe. I na pewno nie chciałam zobaczyć i przyznać, że koszty mojej niby-wolności są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zysków.
Wiem że to banał i bardzo żałuję, że nie chce mi się ubierać tej prostej obserwacji w wyrafinowaną formę. Ci, którzy już to mają i tak wiedzą, o co chodzi. Pozostali i tak nie chwycą, nawet gdybym się wysiliła na olśniewająco głęboką metaforę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...