Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12x12. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12x12. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2013

109. kto tu jest dla kogo?

Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą. Tradycja 9 AA

Co takiego, jakie cechy ma przeciętna organizacja, od czego odżegnuje się AA? W książce Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość wymieniono kilka takich elementów: warunki członkostwa, środki dyscyplinarne wobec swoich członków, presja, aby zapewnić poszanowanie własnych reguł, obdarzanie niektórych członków władzą, aby utrzymywali pozostałych w posłuchu oraz karali, a nawet wyrzucali opornych. Władza, hierarchia, regulaminy są esencją organizacji. Tak jest wszędzie. Wszędzie, poza Wspólnotą AA. W AA nie ma niczego, co działałoby jak zarząd. Nawet BSK czy GSO, ani żadna komisja nie może wydać żadnego polecenia jakiemukolwiek członkowi AA… Dlaczego? Bo nas – alkoholików – nie da się do niczego zmusić! Jak zaobserwowało wielu psychiatrów, przekora jest rzucającą się w oczy cechą znacznej części alkoholików (12x12, s.33). Im bardziej ktoś będzie próbował, tym bardziej to się nie uda… Każdy uczestnik AA może przyjąć radę lub sugestię ze strony bardziej doświadczonych członków, ale z pewnością nie będzie przyjmował poleceń czy rozkazów” (AA wkraczają w dojrzałość, s.155).
Brak zasad? Regulaminów? Środków dyscyplinujących? Czyż to nie raj dla zbuntowanych, niepokornych, niedojrzałych alkoholików? Czy w takich warunkach całkowitej „samowolki” AA miałaby szansę przetrwać choć rok? Jak bez zasad i reguł może funkcjonować tak duży organizm? Na całym świecie! A jednak może. Bo mimo braku regulaminów nie może być mowy o „samowolce”. Brak środków dyscyplinujących oznacza po prostu, że to ja sama jestem odpowiedzialna za moje zachowanie. Nie ma dyscypliny z zewnątrz. Ja mam ją mieć w sobie. Jak dojrzały człowiek. Sama, na każdym kroku, wtedy gdy potrzeba, gdy moje wady próbują przejąć ster, muszę się dyscyplinować. Rzecz trudna – szczególnie dla niepokornej „z natury” alkoholiczki – ale jakże przy tym rozwijająca ducha i siłę charakteru! Wprawdzie mierzę się jednocześnie z moimi kolejnymi wadami – czasem trudno żyć i postępować w sposób, jaki sobie założyłam, zgodnie z pewnymi wartościami, podczas gdy inni (zwłaszcza jeśli robi to większość) tego nie robią i, jak się wydaje, nie ponoszą konsekwencji… Bo przecież nikt ich (a to oznacza, że mnie również) nie może wykluczyć ze Wspólnoty AA ani nałożyć żadnych sankcji (bo niby kto miałby to robić?).
Ale to właśnie konsekwencje – realne, a nie potencjalne groźby – stoją na straży porządku w AA. Konsekwencje jakie każdy pojedynczy alkoholik, a także każda grupa ponoszą, jeśli postanowią działać „po swojemu” (czyli nie biorąc pod uwagę Tradycji Pierwszej oraz Czwartej). Początkowo to są konsekwencje natury duchowej, ale to działa jak domino: obniżenie satysfakcji z życia, brak celu, coraz częstsze konflikty z innymi, pogłębianie się chorego myślenia, samotność, być może powrót do picia, a dalej – wiadomo… Pijaństwo i śmierć nie są wyrokiem wydawanym przez ludzi u władzy, lecz rezultatem nieprzestrzegania zasad duchowych przez samego zainteresowanego (12x12 s. 174). Choćby z tego powodu opłaca mi się podjąć osobisty wysiłek i zachowywać się odpowiednio (czyli na przykład w zgodzie z zasadami dobrego wychowania, normami społecznymi; znajomość 12 Tradycji AA też mi w tym nie zaszkodzi).

*

Ktoś jednak musi wykonywać te wszystkie czynności, które są niezbędne do funkcjonowania AA, również do jego istnienia w szerszym kontekście – miasta, konkretnego państwa. Podejmować decyzje, organizować, zamawiać i drukować literaturę, reprezentować, wystawiać faktury, etc. Po to właśnie tworzone są służby i komisje. Tworzone i powoływane, jednak z pewnym zastrzeżeniem: odpowiedzialności wobec tych, którym służą. Komisje, rady, zarządy, wszystko to kojarzy się, i często łączy, z władzą i prestiżem (w różnych formach i na różnym poziomie), ale alkoholicy mówią: członkowie komisji i służb mają odpowiadać przed tymi, którym służą! To jakiś paradoks, a nawet dwa, zważywszy na fakt, że słowo „służą” nie jest i nie powinno być pustym hasłem. Nie ma w tym AA-owskim założeniu niczego dziwacznego, gdy przypomnimy sobie słowa dr Boba – gdyby ścisnąć program AA do minimum, to zostałaby miłość i służba. Z miłością i duchem służby, darowanymi nam w akcie przebudzenia duchowego, tak właśnie powinno/mogłoby to wyglądać. I wierzę, że często wygląda. Gorzej, gdy do służb i komisji pretendują osoby, nawet z czystymi chęciami i dobrymi intencjami, które jednak nie są w stanie przeskoczyć swoich wad. Służby – szczególnie na niższych szczeblach wymagają bowiem takiego samego przebudzenia, takich samych postaw, jak praca w ramach 12 Kroku, a ten mówi jasno: przebudzeni w rezultacie tych Kroków… Jeśli tak jest, jeśli najpierw doznam osobistego przebudzenia, jeśli uprzątnę rumowisko przeszłości (naprawię krzywdy, uporządkuję relacje) i zacznę żyć według nowych reguł, które daje mi Program 12 Kroków, a dopiero w wyniku tego podejmę służbę, to i Tradycja Druga, a dokładnie jej ostatnia część (nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą) będą zachowane. Potwierdza to zresztą fragment dłuższej wersji Dziewiątej Tradycji: Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą. Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek.

niedziela, 30 czerwca 2013

101. współpraca – tak, spółka – nie

Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu. Tradycja 6 AA
*
Nie będę w tym miejscu powtarzać opowieści o doświadczeniach początkującego AA z nieudanymi próbami powiązania Wspólnoty z medycyną (szpitale) czy inną okołotrzeźwościową działalnością (kluby, ośrodki). O tych doświadczeniach można przeczytać w książkach 12 Kroków i 12 Tradycji i Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość. Osobiście miałam styczność z dwoma „problemami”: zbyt bliskimi powiązaniami AA z Kościołem katolickim oraz urzędami państwowymi: samorządowymi, gminnymi, miejskimi, dzielnicowymi, czyli próbą umoszczenia AA gdzieś pomiędzy wójtem a plebanem. Zdaje się, że w polskich realiach AA (czy to z powodów ekonomicznych, czy może pewnej niechęci i braku świadomości, czy wreszcie uwarunkowań gospodarczych i ustrojowych) ciągle jeszcze np. w kwestiach wynajmu sal na swoje spotkania musi korzystać z pomocy czy też dobrej woli przedstawicieli władz miasta, gminy, dzielnicy, zarządców/kierowników ośrodków terapeutycznych, szpitali, przychodni oraz Kościoła katolickiego (rzadziej innych wyznań). I wszystko mogłoby być w porządku (realne koszty utrzymania i kwestie faktycznej niezależności finansowej AA to już temat kolejnej, Siódmej Tradycji), gdyby na ustaleniu jasnych zasad, uwzględniających nasze Tradycje, się kończyło. Gorzej, gdy komuś się nagle zacznie wydawać, że skoro użycza Wspólnocie sali na spotkania, to członkowie Wspólnoty w sposób oczywisty i poza umową (bo udział w pewnych działaniach, np. remoncie może być wcześniej ustaloną przez strony formą „odpłatności” za salę) włączą się np. w remont budynku (fizycznie lub finansowo), będą chodzić z petycją w jakiejkolwiek sprawie czy też opowiedzą się po którejś (oczywiście tej jedynej właściwej) stronie w jakimś sporze. Gorzej, gdy niektórym członkom Wspólnoty AA zacznie się wydawać, że nie ma w tym niczego złego. No, bo czy to by komuś zaszkodziło? Nie, pomoc przy remoncie sali, z której korzystamy niemal za darmo albo wsparcie społeczności, z którą się znamy i czujemy się z nią związani nie jest niczym złym, a wręcz może być pożyteczne i rozwijające, pod warunkiem wszakże, że to wszystko będzie robił „cywilny” człowiek, a nie członek Wspólnoty AA. Jan Kowalski tak, ale już Janek, alkoholik z AA niekoniecznie. Z bardzo prostej przyczyny – jeśli jako cierpiąca alkoholiczka przychodzę na mityng, który ma ratować mi życie, i słyszę tam, że muszę dać pieniądze na kościół, muszę poprzeć lokalnego kandydata na stanowisko burmistrza, a ja nie mam zamiaru nikogo i niczego popierać, tym bardziej, że chwilę wcześniej przeczytano mi Preambułę AA, która mi to gwarantuje, to zaczynam się zastanawiać, czy chcę tu należeć, czy to naprawdę miejsce uczciwe, czy też kolejne takie, w którym głoszone zasady to jedno, a realne czyny – coś zupełnie innego. Przecież powiedzieli, że za swoją pomoc niczego ode mnie nie będą chcieli, że to bezinteresowne. I naprawdę nie interesuje mnie czy ksiądz tej parafii jest dobroczyńcą dla alkoholików albo czy kandydat na burmistrza zafundował alkoholikom z grupy wyjazd do Lichenia, Częstochowy czy nad Solinę. Poza tym, ja naprawdę mam prawo mieć resentyment do kościoła katolickiego oraz do konkretnej opcji politycznej, reprezentowanej przez owego kandydata. Bo moje poglądy nie mają absolutnie żadnego wpływu na moją przynależność do AA (gwarantuje mi to przecież Trzecia Tradycja).
*
Jest jeszcze jedna sprawa, która może być równie istotna – wizerunek Wspólnoty (a co za tym idzie – jej skuteczność) w społeczeństwie. Powiązanie z jakąkolwiek opcją polityczną, religijną, filozoficzną i ideologiczną powoduje, że przeciwnicy tej opcji (a zawsze są jacyś przeciwnicy każdej opcji) być może nigdy nie skorzystają z pomocy AA, nie będą Wspólnoty brać pod uwagę. Ale to nie wszystko. Kojarzy mi się pewien obrazek: huczne obchody okrągłej rocznicy powstania pewnej grupy AA; po uroczystej mszy i czymś w rodzaju mityngu rocznicowego pełnego podziękowań lokalnym działaczom miejskim, członkom/pracownikom urzędu gminnego, burmistrzowi i dyrektorowi miejscowego ośrodka leczenia uzależnień, wszyscy obecni, członkowie Wspólnoty AA oraz goście, są proszeni na skromny poczęstunek (wcześniej, w podziękowaniach dowiadują się, że poczęstunek sponsorowany jest przez urząd gminy), przechodzą do części ogrodu, gdzie pod białymi parasolami czekają już zastawione jedzeniem i napojami stoły. Czy na pewno nikogo nie zdziwią i nie będą razić reklamowe napisy na białych parasolach? Napisy, będące przypadkiem logo jednego z większych w kraju browarów. Być może alkoholicy to przełkną bez większego problemu, ale… czy naprawdę warto ryzykować, by jakiś niezwiązany z problemem alkoholowym człowiek, z natury trzeźwo myślący nie zaczął się zastanawiać, czy ci alkoholicy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi, kierującymi się zasadami, jak sami głoszą w swoich gorących opowieściach o zmianie, jaka zaszła dzięki AA w ich życiu? Czy zjedzenie kiełbasy i wypicie oranżady pod reklamą alkoholową jest grą wartą świeczki? Czy to aby na pewno nie szkodzi wizerunkowi AA? Owszem, każda grupa jest niezależna, co gwarantuje jej Czwarta Tradycja, ale z tym drobnym zastrzeżeniem, które w tej konkretnej sytuacji jest chyba przekraczane – bo to jednak dotyczy AA jako całości.

poniedziałek, 25 marca 2013

092. miejsce dla ciebie

Trzecia Tradycja AA mówi o przynależności i wykluczaniu. Jej „cywilnym” przełożeniem mogą być słowa: traktuj innych tak, jak sam chcesz być traktowany.

Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. W wersji rozszerzonej: Nasza wspólnota powinna obejmować wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Przynależność do AA nigdy nie powinna być uzależniona od posłuszeństwa czy pieniędzy. Nawet dwóch czy trzech alkoholików spotykających się w celu utrzymania trzeźwości może określić się jako grupa AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnych innych celów ani powiązań.

*

Słowa: Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć – choć nie słyszałam ich tak od razu, ale czułam w postawie pierwszych grup AA, do których trafiłam – miały dla mnie kolosalne znaczenie. Przez całe moje życie bałam się, że zostanę wyrzucona, wyproszona, nie wpuszczona, wykluczona. Że ktoś wreszcie odkryje, że ja nie mam prawa tu być (o jakiekolwiek „tu” chodziło). Pamiętam przecież te bolesne wyproszenia z kilku miejsc, publicznych i prywatnych. Dlatego, że pod wpływem alkoholu zachowywałam się skandalicznie. Dlatego, że pod wpływem alkoholizmu (a dokładnie moich wad i nieumiejętności) podejmowałam błędne decyzje i żyłam w sposób nieakceptowany przez tych, którzy nie chcieli kogoś takiego jak ja gościć pod swoim dachem. W tym pierwszym momencie wstąpienia do AA nie myślałam jeszcze o poczuciu przynależności, nie widziałam tego jasno, za bardzo się bałam i wstydziłam. Ale przecież wkrótce to poczułam: że, po pierwsze, jestem tu, w grupie chciana, po drugie, że bardzo tego zaproszenia do ludzi potrzebuję. Nawet jeśli jednocześnie jakaś cześć mnie broniła się przed orzeczeniem-diagnozą: alkoholiczka! I próbowała wszystko popsuć, szukając różnic, minusów i haczyków.
Warunkiem jest pragnienie zaprzestania picia. Wielu alkoholików z długim stażem trzeźwienia przyznaje się, że przychodząc do AA wcale nie mieli zamiaru skończyć z piciem. Jedni sądzili, że nauczą się pić bez konsekwencji, inni przychodzili wyłącznie z powodów „zewnętrznych”: na polecenie sądu albo pod groźbą zbyt poważnych dla nich sankcji i o chęci zaprzestania czy choćby zmiany modelu picia nie było w ogóle mowy. Czy ja to pragnienie miałam? Niekoniecznie. Miałam za to ogromne pragnienie, żeby już nie bolało. Zrobiłabym wszystko, żeby nie cierpieć. Mogłam nawet przestać pić. Ponieważ nie przyjmowałam do wiadomości, że jestem alkoholiczką, odstawienie alkoholu uznałam za dowód, że nią nie jestem… Dopiero wiele miesięcy później, może nawet liczonych w lata, poczułam, że ja naprawdę bardzo nie chcę pić. W czasach, kiedy pojawiłam się w AA, na porządku dziennym były pytania do nowoprzybyłych: czy masz problem z alkoholem i czy chcesz przestać pić? Chciałam na nie odpowiedzieć jak najszybciej, jak najciszej. To znaczy – wcale nie chciałam odpowiadać. Wykalkulowałam, jaka jest oczekiwana odpowiedź i jej udzieliłam. Wiem, że dzisiaj też na wielu mityngach „przyjmuje się do AA”. Że ktoś – może zupełnie bezmyślnie – uzurpuje sobie prawo do dysponowania czyimś życiem. Tym bardziej, że chwilę później wspomina, że jego odpowiedź na te pytania była podobna do mojej, czyli zupełnie nieświadoma, a często świadomie fałszywa.

*

Nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Może się więc pojawić pytanie: Ale skąd mamy wiedzieć, że pragnie? Odpowiedź jest moim zdaniem jedna – „nam” ta wiedza nie jest do niczego potrzebna, bo nie „my” decydujemy o czyjejś przynależności do AA, tak jak i inni nie decydują o naszej. Konsekwencją takiego spojrzenia jest kolejny wniosek: każdy „ma prawo” do swojego zdrowienia i faktycznie może robić co chce, z wyjątkiem godzenia w nasze wspólne dobro (o czym mówi Tradycja Pierwsza). Moje pomysły na zdrowienie mogę zachować dla siebie i może tych, którzy będą nimi zainteresowani i zapytają, ale na nic zda się przykładanie mojej miary zdrowienia do kogokolwiek. Nie mogę stosować nacisku – to oczywiste. Mniej oczywiste jest, że lepiej dla mnie, bym nie próbowała przykładać tej miary nawet w myślach, czyli żeby mi nie przyszło do głowy, że mój model trzeźwienia (o ile coś takiego w ogóle mam) jest uniwersalny i przydatny dla każdego (w wersji jeszcze bardziej szkodliwej: że powinien być obowiązujący). Bo stąd tylko krok do rozłamu, podziałów na lepszych i gorszych, mądrzejszych i głupszych, lepiej i gorzej trzeźwiejących. Wbrew pozorom te podziały nie szkodzą najbardziej osobom, których wrzucę do worka z napisem „inni”. One najbardziej zaszkodzą mi samej. Zaszkodzą mojej duchowości, bo ja nade wszystko potrzebuję poczucia wspólnoty z innymi, a rozłamy wspólnotę niszczą.
Nie mamy prawa odrzucić nikogo… Nie mamy zatem prawa ferować wyroków. Mityng AA nie jest castingiem na „Przyjaciół”, nie jest spotkaniem towarzyskiego klubu, choć czasem w przerwach tak się zachowujemy. Gdzie zatem jest granica „przyjęcia” alkoholika do naszego grona? Czy słowa z 12x12, czytane każdemu nowoprzybyłemu: nic a nic nie obawiamy się ciebie, bez względu na twoje dewiacje… faktycznie czytane są szczerze? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie i wiem, że każdy musi na nie odpowiedzieć sobie sam, dla siebie, dla wyznaczenia własnych standardów.

*

Jeśli potraktuję Trzecią Tradycję jako wskazówkę przydatną w życiu poza AA, to mogę odczytać ją w następujący sposób: każdy ma prawo być na tym świecie! Każdy! Ale o ile mam obowiązek (bo sama się przed sobą zobowiązałam) i przekonanie, że należy szanować bezdomnych i nawet przykrych, awanturujących się sąsiadów wyłącznie z racji tego, że są – tak samo jak ja – ludźmi, o tyle zapraszać ich do domu i przyjaźnić się z nimi już nie muszę. I wyłącznie od mojego poziomu rozwoju duchowego zależy, co, jaka postawa wobec tych ludzi znajdzie się pomiędzy tymi skrajnościami. Każdy ma prawo być w AA, jeśli tylko tak zadecyduje, nie każdego muszę lubić i chodzić z nim po mityngu na kawę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...