poniedziałek, 1 lipca 2013

102. jeszcze o pieniądzach, współpracy i powiązaniach

Pieniądze zawsze wywołują emocje i spory. Zdarza się, że jakiś klub czy stowarzyszenie trzeźwościowe, by otrzymać dotacje na swoją działalność, powołuje się na Wspólnotę AA (a zatem wykorzystuje dobre imię AA, jej znak firmowy, jako wspólnoty o wysokiej skuteczności działania w obszarze radzenia sobie z uzależnieniem od alkoholu). Być może nazwa ta pada „przez przypadek”, „mimochodem”, ale AA jest odpowiednio kojarzone, a osoby z AA nie związane/urzędnicy/profesjonaliści naprawdę nie muszą mieć wielkiego rozeznania w temacie, nie muszą wiedzieć czy dana inicjatywa to AA czy klub abstynenta, nie muszą znać naszych Tradycji, zasad i wiedzieć, że my nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz. Zatem zadbanie o dobre imię Wspólnoty, uczciwe rozdzielenie działalności AA i organizacji trzeźwościowych leży raczej w gestii członków-alkoholików  tej organizacji, szczególnie, jeśli jednocześnie są członkami Wspólnoty AA.
Poza wszystkim innym, działania powyższe, próby – często naprawdę podejmowane w dobrej wierze i z jak najlepszymi intencjami – połączenia AA z czymkolwiek, powodowały i powodują niezgodę i kłótnie w AA, a zatem rozłam, czyli godzą w jedność naszej Wspólnoty (Tradycja Pierwsza).

Powiązanie AA z jakąkolwiek inną, choćby cenną inicjatywą zawsze rodzi niebezpieczeństwo rozłamu – bo nie każdemu ta inicjatywa może wydawać się cenna; bo skoro z jednymi się związaliśmy, to czemu nie z drugimi, z tymi też możemy; wreszcie – bo w razie przemiany/ewolucji tej inicjatywy w coś odbiegającego od charakteru AA, jej ośmieszenia (za co przecież nie możemy odpowiadać, bo nie my, jako AA, ją tworzymy i o niej decydujemy) Wspólnota AA zostaje wciągnięta w rozgrywkę, połączona z czymś, co może być co najmniej dwuznaczne, „skażona” skandalem czy zwykłą niejasnością. A to wszystko już bardzo szkodzi najważniejszemu naszemu celowi. Powinniśmy być jako Wspólnota AA nieskazitelni i neutralni, by jak najwięcej cierpiących alkoholików mogło skorzystać z naszego sposobu, z tej wspaniałej możliwości osiągnięcia trzeźwego życia, z jakiej i my mięliśmy szansę skorzystać. Im mniej punktów zapalnych, tym większa szansa, że cierpiący alkoholik przyłączy się do Wspólnoty. I nie chodzi o to, by rozściełać czerwone dywany, ale by nie rzucać dodatkowych kłód pod i tak niezbyt stabilnie stąpające nogi.
*
A jak mogę wykorzystać Szóstą Tradycję w życiu osobistym? Widzę jedno podstawowe podobieństwo – żyć swoim życiem, a nie życiem innych ludzi, co grozi brakiem czasu i energii na własne zadania i refleksję nad własnym postępowaniem. Nie włączać się do zadań, które nie są zbieżne z moimi zadaniami, z moimi celami. Na pewno – i to mam dobrze przećwiczone – nie angażować się w spory i nieporozumienia bliskich i znajomych, którym mój autorytet, moje zdanie czy też moje poparcie jest potrzebne do własnego celu. Cena dla mnie, a raczej dla idei, którą wyznaję i w imię której działam, ale też dla wagi moich wartości, może być nieadekwatna do jednorazowego efektu. A z pewnością nie włączać się w te spory bez wyraźnego zaproszenia. 

niedziela, 30 czerwca 2013

101. współpraca – tak, spółka – nie

Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu. Tradycja 6 AA
*
Nie będę w tym miejscu powtarzać opowieści o doświadczeniach początkującego AA z nieudanymi próbami powiązania Wspólnoty z medycyną (szpitale) czy inną okołotrzeźwościową działalnością (kluby, ośrodki). O tych doświadczeniach można przeczytać w książkach 12 Kroków i 12 Tradycji i Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość. Osobiście miałam styczność z dwoma „problemami”: zbyt bliskimi powiązaniami AA z Kościołem katolickim oraz urzędami państwowymi: samorządowymi, gminnymi, miejskimi, dzielnicowymi, czyli próbą umoszczenia AA gdzieś pomiędzy wójtem a plebanem. Zdaje się, że w polskich realiach AA (czy to z powodów ekonomicznych, czy może pewnej niechęci i braku świadomości, czy wreszcie uwarunkowań gospodarczych i ustrojowych) ciągle jeszcze np. w kwestiach wynajmu sal na swoje spotkania musi korzystać z pomocy czy też dobrej woli przedstawicieli władz miasta, gminy, dzielnicy, zarządców/kierowników ośrodków terapeutycznych, szpitali, przychodni oraz Kościoła katolickiego (rzadziej innych wyznań). I wszystko mogłoby być w porządku (realne koszty utrzymania i kwestie faktycznej niezależności finansowej AA to już temat kolejnej, Siódmej Tradycji), gdyby na ustaleniu jasnych zasad, uwzględniających nasze Tradycje, się kończyło. Gorzej, gdy komuś się nagle zacznie wydawać, że skoro użycza Wspólnocie sali na spotkania, to członkowie Wspólnoty w sposób oczywisty i poza umową (bo udział w pewnych działaniach, np. remoncie może być wcześniej ustaloną przez strony formą „odpłatności” za salę) włączą się np. w remont budynku (fizycznie lub finansowo), będą chodzić z petycją w jakiejkolwiek sprawie czy też opowiedzą się po którejś (oczywiście tej jedynej właściwej) stronie w jakimś sporze. Gorzej, gdy niektórym członkom Wspólnoty AA zacznie się wydawać, że nie ma w tym niczego złego. No, bo czy to by komuś zaszkodziło? Nie, pomoc przy remoncie sali, z której korzystamy niemal za darmo albo wsparcie społeczności, z którą się znamy i czujemy się z nią związani nie jest niczym złym, a wręcz może być pożyteczne i rozwijające, pod warunkiem wszakże, że to wszystko będzie robił „cywilny” człowiek, a nie członek Wspólnoty AA. Jan Kowalski tak, ale już Janek, alkoholik z AA niekoniecznie. Z bardzo prostej przyczyny – jeśli jako cierpiąca alkoholiczka przychodzę na mityng, który ma ratować mi życie, i słyszę tam, że muszę dać pieniądze na kościół, muszę poprzeć lokalnego kandydata na stanowisko burmistrza, a ja nie mam zamiaru nikogo i niczego popierać, tym bardziej, że chwilę wcześniej przeczytano mi Preambułę AA, która mi to gwarantuje, to zaczynam się zastanawiać, czy chcę tu należeć, czy to naprawdę miejsce uczciwe, czy też kolejne takie, w którym głoszone zasady to jedno, a realne czyny – coś zupełnie innego. Przecież powiedzieli, że za swoją pomoc niczego ode mnie nie będą chcieli, że to bezinteresowne. I naprawdę nie interesuje mnie czy ksiądz tej parafii jest dobroczyńcą dla alkoholików albo czy kandydat na burmistrza zafundował alkoholikom z grupy wyjazd do Lichenia, Częstochowy czy nad Solinę. Poza tym, ja naprawdę mam prawo mieć resentyment do kościoła katolickiego oraz do konkretnej opcji politycznej, reprezentowanej przez owego kandydata. Bo moje poglądy nie mają absolutnie żadnego wpływu na moją przynależność do AA (gwarantuje mi to przecież Trzecia Tradycja).
*
Jest jeszcze jedna sprawa, która może być równie istotna – wizerunek Wspólnoty (a co za tym idzie – jej skuteczność) w społeczeństwie. Powiązanie z jakąkolwiek opcją polityczną, religijną, filozoficzną i ideologiczną powoduje, że przeciwnicy tej opcji (a zawsze są jacyś przeciwnicy każdej opcji) być może nigdy nie skorzystają z pomocy AA, nie będą Wspólnoty brać pod uwagę. Ale to nie wszystko. Kojarzy mi się pewien obrazek: huczne obchody okrągłej rocznicy powstania pewnej grupy AA; po uroczystej mszy i czymś w rodzaju mityngu rocznicowego pełnego podziękowań lokalnym działaczom miejskim, członkom/pracownikom urzędu gminnego, burmistrzowi i dyrektorowi miejscowego ośrodka leczenia uzależnień, wszyscy obecni, członkowie Wspólnoty AA oraz goście, są proszeni na skromny poczęstunek (wcześniej, w podziękowaniach dowiadują się, że poczęstunek sponsorowany jest przez urząd gminy), przechodzą do części ogrodu, gdzie pod białymi parasolami czekają już zastawione jedzeniem i napojami stoły. Czy na pewno nikogo nie zdziwią i nie będą razić reklamowe napisy na białych parasolach? Napisy, będące przypadkiem logo jednego z większych w kraju browarów. Być może alkoholicy to przełkną bez większego problemu, ale… czy naprawdę warto ryzykować, by jakiś niezwiązany z problemem alkoholowym człowiek, z natury trzeźwo myślący nie zaczął się zastanawiać, czy ci alkoholicy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi, kierującymi się zasadami, jak sami głoszą w swoich gorących opowieściach o zmianie, jaka zaszła dzięki AA w ich życiu? Czy zjedzenie kiełbasy i wypicie oranżady pod reklamą alkoholową jest grą wartą świeczki? Czy to aby na pewno nie szkodzi wizerunkowi AA? Owszem, każda grupa jest niezależna, co gwarantuje jej Czwarta Tradycja, ale z tym drobnym zastrzeżeniem, które w tej konkretnej sytuacji jest chyba przekraczane – bo to jednak dotyczy AA jako całości.

wtorek, 25 czerwca 2013

100. zupełnie nie wiem, jak to się stało

Przestałam pić w 26 roku życia. To wiek, gdy spora część alkoholików zaczyna się na dobre rozkręcać. Przestałam pić zanim w pełni zdałam sobie sprawę z mojego stanu i zanim faktycznie go odczułam. Przy okazji, to było dość dawno. Może dlatego nie potrafię sobie przypomnieć niektórych stanów – trudno, gdy nie osadziły się wtedy w mojej świadomości, jeśli przepływały niezauważone (fakt, że włożyłam w to „niezauważenie” mnóstwo wysiłku wcale nie zmniejsza braku kontaktu ze świadomą częścią mnie). Trudno mi było na przykład zlokalizować w sobie, po latach, obsesję picia – być może była ukryta pod moim perfekcyjnym make-up’em samozakłamania – choć inne obsesje z tamtego okresu namierzałam bezbłędnie. Z głodem alkoholowym poszło łatwiej – pokojarzyłam pewne stany, o których dowiedziałam się od specjalistów, że są elementami głodu, z moimi dawnymi zachowaniami i mogłam to sobie odhaczyć. Był jeszcze jeden czynnik, nieco bardziej tajemniczy, trudnonamierzalny. Czynnik z gatunku: zupełnie nie wiem, jak to się stało. W pierwszych miesiącach niepicia, po jakimś zawodowym evencie, poszłam ze znajomym do knajpy, w której kiedyś zwykle pijałam, w której w moim mieście zwykle pili wszyscy (których warto było znać – jak mi się wtedy wydawało). Usiedliśmy przy stoliku, ja z herbatą, on z piwem. Ja z wyjątkowo jasnym przekonaniem i poczuciem, że nie piję, jestem od miesięcy osobą niepijącą. On – nie mający pojęcia o moich myślach i lękach, i napięciu, że ktoś mógłby się dowiedzieć i co ja bym wtedy zrobiła. Gaworzyliśmy sobie dość miło, aż tu nagle… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z jego szklanką w mojej dłoni, tuż przy twarzy. Gotową do użycia, do przechylenia. Równie tajemnicza rzecz zaszła pewnego razu między mną, moją wolą i telefoniczną słuchawką. Sprawa dotyczyła pewnego narzeczonego sprzed stu lat (a dokładniej dziesięciu), który miał stać się zdecydowanie byłym narzeczonym, ale coś z tym czasem przeszłym nie wychodziło. Na aparacie telefonicznym przykleiłam kartkę: pod żadnym pozorem nie dzwoń! Wiedziałam, że nie mogę dzwonić. Nie miałam po co dzwonić. Nie chciałam dzwonić i… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z telefoniczną słuchawką wypełnioną jego głosem przy uchu, a dwa kwadranse później dokładnie w tym miejscu, które cofnęło całą operację rozstawania do linii startu.

Dawno już nie myślałam o tych dziwacznych, trudnych do wytłumaczenia zachowaniach. Nie zdarzają się przecież zbyt często. Ale dziś… od rana czekam na możliwość dopięcia pewnego projektu. Z mojej strony rzecz dawno skończona, potrzebna tylko weryfikacja klienta, a później mój podpis. Czekam na możliwość złożenia tego podpisu. Z tego powodu musiałam przesunąć wyjazd i wyjątkowo mi się to nie podoba. I dzisiaj też się nie doczekałam, pewnie jutro. Złość. I stan zawieszenia. Wieczór w takim stanie zawieszenia to bardzo nieprzyjemna sprawa. Takie niedokończenie, rozgrzebanie źle na mnie wpływa. Zaraz dołączyło doń niezdecydowanie w kwestiach wieczornych planów i nieszczęście gotowe. Weszłam do sklepu do którego wcale nie miałam wchodzić. I… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale wyszłam z niego (nie, no oczywiście, że nie z butelką wódki!) z lodami, których ani nie planowałam kupić, ani nie chciałam jeść, ani nawet – i to chyba kluczowe – nie powinnam jeść, jeśli chcę się dobrze czuć we własnym ciele, co podpowiadał mi od kilku dni rozsądek (podpowiadał w formie specjalistycznych i poważnych wykładów). Co mną kierowało? Bo to przecież nie byłam świadoma ja? Jak to wytłumaczyć? Czy zadecydował moment, w którym zobaczyłam w lodówce właśnie te lody (kiedyś chciałam spróbować), czy rozmowa z ekspedientką (dopytanie o cenę i smak)? Kiedy mogłam się zatrzymać? Tuż przed zapłaceniem? A może zaraz za drzwiami, kiedy powiedziałam sobie: halo, po co je kupiłaś, przecież nie masz ochoty na lody?!
* 
I wreszcie: czy obrazek z zakupami, których się nie potrzebuje, nie chce, o których się nawet nie myślało, a jednak dokonało, byłby czytelną ilustracją zachowań osoby uzależnionej. Modelem stworzonym dla ludzi, którzy z uzależnieniami nie mają nic wspólnego, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie jak tak w ogóle można? Bo dzisiaj też się trochę naczytałam bezsensownych komentarzy w Internecie… które właściwie mnie nie dotyczą i mogłyby mnie nie obchodzić. A jednak, jeśli ten brak zrozumienia nie jest wynikiem ignorancji, to jednak trochę obchodzi, bo jakoś tak… obchodzą mnie ludzie. Ci, którzy piją, którzy przestali, i ci, którzy obok nich i z nimi chcą być.

czwartek, 13 czerwca 2013

099. gdzie ta nagroda? (do jasnej cholery!)

Przyłapuję się jeszcze czasem na dawnych nawykach myślowych, na przykład oczekiwaniu nagrody za pracę i rozwój na poziomie 180 procent normy (tak skromnie to sobie wyliczyłam). A tu guzik, nul, dupa, zero! Wiercę się troszkę, bo odkrywam, że nie jest jeszcze super ekstra, że pogoda ducha mnie nie unosi nad ziemią szarym pyłem pokrytą. Czekam, aż będzie, aż zacznie. Boczę się nawet odrobinę, że zwleka. Zastanawiam, co poszło nie tak, co zaniedbałam, gdzie mogę jeszcze wrazić łapkę i przykręcić, pokierować. No, i wtedy nadchodzi otrzeźwienie. A kto powiedział, że będzie lepiej? A skąd pomysł, że to, co teraz nie jest właśnie tym najlepszym? A może jutro albo za miesiąc czy rok zdarzy się coś, co każe wspominać ten czas jako cudowny? Może pora pożegnać się z wizją szczęśliwości, opartej na dolce far niente?

Od kilkunastu miesięcy sprowadzam się na ziemię, prostuję powykrzywiane przekonania, zapoznaję z rzeczywistością. Prawie każdy dzień przynosi nową naukę w temacie „Bo mi się wydawało…”. Lubię, gdy przestaje się wydawać. Choć czasem to wybicie ze snu rozczarowuje. Fakt, nierealistyczne oczekiwania rodzą rozczarowania. Tyle że kiedyś rozczarowania spotykały mnie (były przeze mnie perfekcyjnie organizowane, ale mój udział był przede mną samą - przeze mnie samą - skrzętnie ukrywany) na każdym kroku. Często te same, na ten sam temat. Nie wyciągałam wniosków. Myślałam: może tym razem albo tym razem już na pewno. Nic z tego! Mówią, że objawem obłędu jest oczekiwać odmiennych rezultatów przy tych samych działaniach. Co z tego, skoro uważałam, że ja żyję na innych prawach. Mi się uda! Tak, byłam szalona. Ale nadszedł czas pobudki z tego szalonego snu. Z przewietrzonymi przekonaniami życie wydaje się zdecydowanie prostsze i zdecydowanie mniej boli. Może to jest ta nagroda? Pewnie nie będzie piętrowego tortu bezowego z różowym kremem. Ale coś chyba będzie???

środa, 22 maja 2013

098. warto wiedzieć, co się nosi


Napisałam niedawno o Piątej Tradycji AA, ale wyszło mi dość… ciężko. Postanowiłam więc trochę rzecz skrócić i uprościć. Bo chodzi w tym przecież o sprawy bardzo proste i realne sytuacje, a nie żadne wydumane teorie czy abstrakcyjne historie.

Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. 
Tradycja Piąta AA

* 
W skrócie, tradycja ta określa zakres działalności Anonimowych Alkoholików. Dlaczego mówi tylko o jednym celu? Bo lepiej robić jedną rzecz dobrze niż zaledwie jako tako działać na wielu frontach. Tylko jeden cel, by nie rozpraszać się i nie tracić z pola widzenia tego, co najważniejsze. (Tego akurat Anonimowi Alkoholicy nauczyli się z historii i na błędach Towarzystwa Waszyngtona: wszystko szło dobrze, póki Towarzystwo skupiało się na pomocy osobom uzależnionym od alkoholu, ale sukces w jednej dziedzinie podsunął pomysł na kolejne rejony aktywności; gdy do alkoholizmu dołączyły inne, nie mniej palące problemy społeczne, okazało się, że nie tylko nie idzie świetnie, ale wręcz kurczy się zdolność realizacji pierwotnego celu).

*
Czym jest i jak brzmi owo posłanie? Wszak by coś nieść, warto najpierw wiedzieć, co to ma być. Najprościej rzecz ujmując, posłanie AA to przekaz nadziei: Jest sposób! My, Anonimowi Alkoholicy mamy rozwiązanie problemu i sposób na życie bez alkoholu, w dodatku życie lepsze niż dotychczasowe. Nam się udało.
Kolejne pytanie: Kim jest alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi? Najprościej sprowadzić rzecz do uzależnionych od alkoholu ludzi, którzy nie mogą przestać pić, nie widzą dla siebie szansy. W początkach Wspólnoty jej członkowie wyciągali takich alkoholików z knajp i barów, znajdowali „beznadziejne przypadki” w szpitalach miejskich. Dziś jest łatwiej, wielu alkoholików przychodzi do AA samodzielnie, ale jest wielu takich, do których trzeba dotrzeć z informacją, że jest szansa na zmianę, na wyzdrowienie. Dotrzeć w rozmaity sposób: przez profesjonalistów (lekarzy, policję, pracowników socjalnych, więziennictwa, pedagogów, psychologów, nauczycieli), ulotki informacyjne, ogłoszenia, wreszcie wizyty w izbach wytrzeźwień, na detoksach, szpitalach. Ale cierpiący alkoholik to przecież nie tylko nowicjusz, który nigdy wcześniej nie zetknął się ze Wspólnotą AA i jej Programem 12 Kroków. Coraz częściej cierpiących alkoholików, tyle że już wiele lat niepijących spotykam na mityngach. W ich przypadku często nie chodzi o zaprzestanie picia, bo to już przecież potrafią. Byc może ważniejszy staje się przekaz: Można dobrze, satysfakcjonująco żyć bez alkoholu. Rozwiązanie też mają Anonimowi Alkoholicy, i to od ponad 70 lat!

* 
W grupach wiele się mówi o zdrowieniu, gorzej, gdy to jedynie pusty slogan, za którym nie idzie konkretne działanie. Nie chodzi bowiem wyłącznie o zdrowienie „nasze”, czyli tych, którzy już członkami grupy są, bo doświadczenie AA pokazuje, że „nasze” zdrowienie opiera się wyłącznie na pomocy potrzebującym. Bez „przekazywania dalej” nie ma trzeźwienia. Jeśli grupa nie przyciąga nowicjuszy, nie stara się informować o sobie – sens jej istnienia jest delikatnie mówiąc dyskusyjny. Mało tego – wątpliwe jest jej „uzdrawiające działanie” na własnych uczestników. Nie jesteśmy, jako cała Wspólnota AA i jako jakakolwiek oddzielna grupa, klubem zamkniętym, skupiającym się tylko na własnych członkach. W praktyce to wcale nie musi wyglądać aż tak ewidentnie, to byłoby zbyt oczywiste, zbyt przerysowane. Wystarczy nie być otwartym, czyli wrażliwym na obecność nowicjuszy. Wystarczy ich jedynie „tolerować” i nie robić nic więcej. Można jeszcze przy tym deklarować, że nowicjusz jest tu – na naszym mityngu – najważniejszy, można się ograniczyć do opowieści o własnych początkach, ale jeśli za tym nie pójdzie konkretne działanie, jeśli po mityngu lub w przerwie nowicjusz będzie stał samotny pod ścianą, patrząc jak paczka kumpli z AA świetnie się bawi opowiadając sobie kawały, to… może nie zobaczyć w tym miejscu dla siebie szansy na przeżycie. Ale nawet jeśli jedna osoba na mityngu zajmie się nowicjuszem, ale grupa nie jest na nowicjuszy nastawiona (nie daje rozwiązań problemu alkoholowego, nie mówi o Programie 12 Kroków AA, nie przestrzega pozostałych Tradycji), efekt będzie podobny – nowicjusz nie wróci, zniknie lub zostanie w przekonaniu, że jedyną ofertą AA, jedynym, na co może w AA liczyć jest abstynencja. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, gdy grupa „wysyła” nowicjusza na terapię odwykową, a więc niesie posłanie dość zagadkowe.
Co zatem trzeba by robić, żeby alkoholik dostał to, do czego każda grupa AA jest powołana? Dzielić się doświadczeniem, ale uwaga! doświadczeniem AA, które mówi, że jeśli jeden alkoholik rozmawia z drugim o swojej chorobie (identyfikacja), to istnieje ogromna szansa, że się nie napije, oraz że jeśli postawi (czyli wykona) proponowane przez AA Kroki (opisane dokładnie w Wielkiej Księdze, a także w 12x12), to zostanie uzdrowiony z alkoholizmu.
Przestrzeganie tej zasady – Piątej Tradycji – winno być oczywistością: jeśli nie będziemy pomagać innym cierpiącym na chorobę alkoholową, sami zginiemy. Jednak rozłożenie odpowiedzialności (w grupie są inni alkoholicy, niech oni to robią, ja sam nie muszę się angażować) sprawia, że konsekwencje takiej postawy nie od razu są widoczne i odczuwalne (przez co mogą nie być wprost łączone z przyczyną, a niezdolność łączenia przyczyn ze skutkami jest zdaje się dość częstą przypadłością wielu alkoholików, jeszcze z czasów picia, a nierzadko i uzależnienie poprzedzających). Konsekwencje dla pojedynczego AA, który odpuszcza odpowiedzialność, i dla poszczególnych grup, gdy w mieście/okolicy działa ich więcej. Jakie są te konsekwencje? Jeśli osobiście nie zaangażuję się w przekazywanie rozwiązania problemu alkoholizmu, to moja własna trzeźwość (co rozumiem jako sensowne, dobre, pełne życie) stoi pod wielkim znakiem zapytania.

* 
Tradycja ta podpowiada mi też, jak mogę najlepiej służyć mojemu otoczeniu, społeczeństwu. Skąd mogę czerpać satysfakcję i poczucie pełni życia. Bo już teraz widzę wyraźny związek między poczuciem sensu a byciem potrzebną i pożyteczną/użyteczną. Wystarczy, że wykorzystam moje talenty, zdolności i mocne strony do niesienia posłania AA. Mogę to robić w sposób, jaki potrafię: w relacjach osobistych, jako spiker, mogę o tym pisać, śpiewać, nakręcić film. Ale mogę tę Tradycję potraktować jeszcze szerzej, jako wezwanie do wykorzystania moich zdolności na rzecz mojego otoczenia. Bezinteresownie i najlepiej jak potrafię. 

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

piątek, 10 maja 2013

096. pijackie tourne


Jakiś czas temu odbyłam pijackie tourne. Wiem, brzmi dwuznacznie, ale chodzi o jak najbardziej prozdrowotną, czyli z punktu widzenia wyczulonych na „te tematy” oczu i uszu niewinną podróż z alkoholikami, do alkoholików i w sprawach trzeźwościowych (że posłużę się tym mało zgrabnym żargonowym określeniem). Podróż była intensywna – trzy miasta – wysiłek w „dziele” jeszcze bardziej. Echa odzywają się we mnie do dziś, powoli, przetrawia się doświadczenie i informacje. Znowu w moim życiu potwierdza się to, że po naukę – jakąkolwiek – muszę wyjechać, ruszyć się z mojego wygrzanego, umoszczonego wygodnie miejsca. Podobne do już słyszanych, niekiedy wielokrotnie, treści jakoś są bardziej słyszalne z całkiem obcych ust.

*
Byłam na mityngu na peronie PKP, w knajpie i w pofabrycznym niby-biurowcu. Do piwnic czy kościelnych albo klasztornych katakumb już zdążyłam przywyknąć, podobnie jak do sal w szpitalach, ośrodkach terapeutycznych czy pomocy społecznej. Te nowoczesne rozwiązania bardzo mi się podobają, choć jak sądzę nie mają większego wpływu na przekazywane na spotkaniach treści. Aczkolwiek mogą mieć jedną niepodważalną przewagę nad pomieszczeniami kościelnymi, zwłaszcza w „naszym katolickim kraju”, w którym znaleźć alkoholika o pozytywnym czy choć neutralnym stosunku do Kościoła jest zadaniem niełatwym – właśnie neutralność.

*
Wystarczyły dwa tygodnie, żebym prawie zapomniała o wyjazdowym wyczerpaniu i zapragnęła znowu jakiegoś ruchu. I nie chodzi wcale o ruch na zewnątrz. Otarłam się tam o realną wspólnotę i bardzo mi jej brakuje. I wiem, jak jest cenna i pomocna. I chcę ją taką mieć u siebie, na miejscu. Zadziwiające, że wcale nie jest o nią trudno. Wystarczy tylko… zrobić pierwszy krok, podjąć wysiłek i odezwać się do kogoś. Wyjść z domu, sprzed komputera. Telefon komórkowy potraktować wyłącznie jako narzędzie do umówienia żywego spotkania. Bo wspólnota jest w realu, wtedy gdy jeden alkoholik, jeden człowiek rozmawia z drugim. Siedząc obok, patrząc na niego, czując go.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...