piątek, 23 sierpnia 2013

105. honorowo, czyli jak?

Działalność we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza sie jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA. Tradycja 8 AA

*

Treść Ósmej Tradycji już na samym początku rodzi kilka pytań. Przy tej okazji zrozumiałam, dlaczego przez dłuższy czas Tradycje AA nie były w stanie przebić się do mojego, ogarniętego hasłami “zdrowego egoizmu” umysłu: Jaka działalność? Przecież to wszystko, to całe AA, jest dla mnie! Nie odwrotnie. To jednoznacznie mi pokazywało, że Tradycje nie dotyczą mnie, tylko jakichś tam działaczy. Przecież ja nie zamierzałam na tym polu działać. Nawet nie byłam tu w AA „na stałe”. No dobrze, dość tych anegdot (bo dziś tylko w takich kategoriach mogę traktować moją niedojrzałość i ignorancję). O co zatem chodzi z tą honorową działalnością i jakie działania wchodzą w jej zakres? Jacy pracownicy są AA niezbędni?
Nie chodzi tu raczej o honor rozumiany słownikowo, jako godność czy dobre imię. Choć za pożądane uważam, byśmy w rezultacie przebudzenia duchowego stawali się ludźmi honoru, czyli po prostu porządnymi ludźmi. W amerykańskim oryginale Ósmej Tradycji widnieje słowo nonprofessional. To znaczy “nie zawodowy”, “nieporfesjonalny”. Jak rozumiem, w naszym tłumaczeniu honorowa miała oznaczać non-profit (a nie odwoływać się do “honoru”), czyli wykluczyć przyjmowanie za tę działalność gratyfikacji. Zresztą, na pierwsze (i częściowo drugie) pytanie odpowiada rozszerzona wersja tej Tradycji: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się zawodowcami. Przez zawodowstwo rozumiemy pomoc udzielaną alkoholikom za opłatą lub na etacie. Możemy jednak zatrudniać alkoholików do świadczenia takich usług, do których musielibyśmy najmować niealkoholików. Tego rodzaju prace powinny być należycie wynagradzane. Nigdy natomiast nie powinno się płacić za realizację Dwunastego Kroku.
Kim są pracownicy AA? To pracownicy Fundacji Służb Krajowych i obsługa BSK: dyrektor, księgowa, sekretarka i prawdopodobnie kilka innych osób, niezbędnych do funkcjonowania biura i Fundacji, która jest podmiotem prawnym, co narzuca pewne określone uwarunkowania. Ciekawe jest zastrzeżenie zawarte w tej Tradycji, mówiące o niezbędnych pracownikach – w BSK potrzebny jest dyrektor, ale już vice dyrektor niekoniecznie…  Dlaczego te osoby – pracownicy AA – mają dostawać wynagrodzenie? Bo, po pierwsze, za pracę należy się wynagrodzenie. Ale są jeszcze co najmniej dwa praktyczne powody: jeśli ktoś ma dobrze wypełnieć swoje obowiązki w pełnym wymiarze godzin nie będzie w stanie gdzie indziej zarobić na życie – to chyba logiczne. I drugi, oczywisty dla tych, którzy mieli do czynienia z wolontariatem i ochotnikami, przerobiony też na własnej skórze AA – ochotnicy, szczególnie niecierpliwi alkoholicy, często i szybko tracą ochotę i… znikają z pola działania. Mogą, nic ich nie wiąże, nic nie podpisywali. To szczególnie dokuczliwe, a nawet kłopotliwe, gdy pewne prace muszą być wykonywane stale, w określonym czasie, bez względu na chęci czy zachcianki (ktoś musi odbierać telefony od alkoholików, przyjmować zamówienia na literaturę, ktoś musi wysyłać zamówioną literaturę, ktoś musi podpisywać faktury). Pobranie wynagrodzenia zobowiązuje mnie do wykonania pracy, na którą się ze zleceniodawcą umówiłam. Będę z tego rozliczona. Gdy w grę wchodzą kwestie prawne, finansowe taka odpowiedzialność jest niezbędna.

O tym, dlaczego tak ważne jest, by nie nieść posłania za pieniądze, już wkrótce...

sobota, 10 sierpnia 2013

104. my wiemy! (bo musimy, bo… się boimy)

Byłam jakiś czas temu na warsztatach sponsorowania AA. W części dyskusyjnej padło w kierunku spikera pytanie: A jak się zachowujesz wobec podopiecznych jeśli masz nawrót, czujesz się koszmarnie sam ze sobą, żyć ci się nie chce? Nie boisz się, że przekażesz im coś skażonego, niewłaściwego? Po sali przeszedł szmerek. Szmerek pobłażliwych, ukrytych za chrząknięciami, uśmiechów. Tych, co wiedzą! Spiker, z tym samym uśmieszkiem, powiedział: Nie rozumiem, o czym mówisz. Zaraz jednak się zorientował, że ironia może nie być właściwie albo w ogóle odczytana (bo pytanie zadane było zduszonym i dość zdesperowanym głosem, co sugerowało, że w tym wypadku może zabraknąć dystansu niezbędnego do czytania jakichkolwiek pozawerbalnych niuansów), i dodał: To znaczy wiem, ale to mi się nigdy nie zdarzyło. Pobłażliwym uśmieszkom zaczęło towarzyszyć porozumiewawcze kiwanie głowami. To się nie zdarza! My wiemy! My, na Programie znamy odpowiedź. Jeśli jesteś na Programie to wszystko gra, wszystko jest jasne i proste. A nawet jeśli zdarzają się kłopoty, to wiadomo jak je rozwiązać! OK., powierzamy się, ale i tak wiemy. Przyjmujemy wolę, ale… zaradzamy.
*
No dobrze, to teraz się przyznam: i ja tam byłam, i kiwałam. Może i najbardziej ze wszystkich. Wtedy tak właśnie wiedziałam. Skąd ta żarliwość w uśmiechaniu i kiwaniu? Za taką postawą mocno chronionej pewności czai się strach – że coś jednak pójdzie nie tak, że może ta metoda, ta ostatnie deska ratunku, w moim przypadku nie zadziała. Muszę więc przed sobą trzymać, niczym tarczę z godłem, przekonanie, że jeśli będę robić wszystko, jak przykazano, to nic złego mnie nie spotka, Program mnie ocali, to już tylko samo dobro, duchowa błogość. Jeśli będę robić wszystko… W pewnej starej księdze jest opowieść o bogatym człowieku, który stawiał spichlerze i krzątał się wokół swojej przyszłej, jeszcze większej niż dotychczasowa, pomyślności, całkiem zresztą rozsądnie i logicznie – skoro szykował mu się urodzaj stulecia. Jednak Historia czy Los (jakkolwiek je rozumiał) obeszły się z nim nienajlepiej. Mimo że się tak rozsądnie starał. Że zabiegał. W starej księdze nie piszą, że coś zaniedbywał, że robił coś wbrew. A jednak go zmiotło, zanim ujrzał pierwszy złoty kłos nowego zbioru.
* 
W Drogowskazach Wiktora Osiatyńskiego jest rozdział poświęcony jednej z książek Scotta Pecka, ważnego dla mnie autora i człowieka. Przeczytałam tam: Coś takiego („ciemna noc zmysłów”) przydarzyło się samemu Peckowi. Gdy miał 50 lat, w czasach największego sukcesu i powodzenia, zawładnęła nim na wiele miesięcy depresja. (…) Przez półtora roku było coraz gorzej, Pecka nie opuszczała depresja, nachodziły go myśli samobójcze, aż w końcu skończyło się to równie nagle, jak przyszło. Przeczytałam i zrzedła mi mina. Jak to? On? Przecież on wiedział! Wiem, że wiedział, bo napisał fantastyczną książkę (Droga rzadziej wędrowana; The Road Less Traveled), w której to wszystko jest! Jak to możliwe, że te przepisy, które jak się zdaje – i jak sam pisał – wprowadzał w życie, teraz nie poskutkowały? Ziarno niepokoju zostało zasiane, tym bardziej, że sama od jakiegoś już czasu odczuwałam zdecydowany spadek witalności, sił, chęci i towarzyszący im dyskomfort, że coś mi się rozłazi, nie nadążam, że to nie tak ma być. Nosiłam ten niepokój, to nierozwiązane równanie, przez dłuższy czas, a witalność, siły i chęci coraz bardziej nikły, co wywoływało natychmiastową reakcję: coś z tym zrobić, koniecznie! Zaradzić, rozwiązać, naprawić. Im bardziej chciałam zrobić, tym bardziej linka się zaciskała. Jak we wnykach – szarpiesz się rozpaczliwie i jest coraz gorzej, ranisz się coraz mocniej i tylko sił ubywa. Aż ubędzie ich na tyle, by móc się poddać, ogłosić bezsilność (na szczęście wciąż dzieje się to przed śmiercią nadziei).
*
Wiem, o czym mówił człowiek z sali. Bardzo mocno to odczuwam na własnej skórze. Pytanie "głupca" zamieniło się w zagadkę filozofa. Rozpaczliwe szukanie – i stosowanie – rozwiązań nie jest dla mnie dobrą metodą, bo tylko oddala od istoty. Ale to nie znaczy, że mam porzucić wszelkie rozwiązania i podpowiedzi. Są trzy, które zresztą dobrze znam: Tylko jedna rzecz na raz, Najpierw sprawy najważniejsze i Działaj tak, jakby… Aowskie mądrości, z których kiedyś tak szydziłam i nadal stosuję wyłącznie z odpowiednim komentarzem, to nic innego, jak zamknięte w skondensowanej formie hasła, sloganu konkretne rozwiązania. Krótko, żeby było łatwiej zapamiętać. Może i topornie, ale finezja nie jest kluczowa w ratowaniu życia, również duchowego… 

poniedziałek, 22 lipca 2013

antyporadnik



Wszystko zaczęło się od pewnej wymiany maili. Ktoś zapytał, czy mogłabym napisać tekst na nieco przewrotny temat:
jak wychować sobie męża. I w związku z tym, czy ja w ogóle mam męża? Wypaliłam wtedy, że mogę co najwyżej napisać, jak męża stracić, bo tu mam kompetencje niepodważalne! Straciłam skutecznie jednego. Nie jestem wcale z tego dumna. Ale przyglądając się z perspektywy czasu tamtej sobie, moim przekonaniom, pomysłom na życie i konkretnym zachowaniom wiem, że inaczej po prostu nie mogło być. Wypunktowałam wszystkie moje przewinienia, jednocześnie obserwując je u zaprzyjaźnionych lub zupełnie przypadkowych par. To było niesamowite! Mnóstwo ludzi na moich oczach popełniało te same błędy i wydawali się ślepi na to, co robią. Zachowywali się wybitnie nielogicznie, a przy tym jakby nie mieli świadomości własnych działań, a zwłaszcza ich – oczywistych wydawałoby się – efektów. Ale przecież i ja, kiedyś, nie miałam pojęcia, że postępuję nierozsądnie (a czasem wręcz głupio) i poniekąd na własną zgubę. W dodatku nie tylko własną, bo przecież w małżeństwo zamieszanych jest więcej osób.
Wkrótce pojawiło się zapotrzebowanie na drugą część: skoro kobiety mają już przepis na „utratę męża”, czemu skąpić analogicznej wiedzy mężczyznom? Zaraz potem okazało się, że w podobnie nierozsądny sposób niszczymy inne ważne relacje i tracimy bardzo istotne w życiu rzeczy.

niedziela, 21 lipca 2013

o sztuce tracenia


Tracić i rujnować w życiu można dużo i na dowolnym gruncie. Marnować relacje, znajomości, przyjaźnie, miłości. Talenty, możliwości, szanse i okazje. Na różne sposoby. Połowicznie i ostatecznie. W rujnowaniu i traceniu można się wręcz zatracić. Stworzyć z niego sposób na życie.
Niekiedy utrata się przydaje. Uwolnieni od ciężaru możemy pójść do przodu, ujrzeć rzeczy w nowym świetle, rozwinąć się. Choć dziwnym trafem znikanie z życiowej orbity właśnie tych największych, najbardziej męczących i rujnujących spokój ducha „ciężarów”, wydaje się najbardziej bolesne, rodzi największy opór. Jakim prawem mi to odbierają! Nie zgadzam się! Nie bardzo przy tym wiadomo, jacy „oni” tak krzywdzą oraz co niby ten brak zgody miałby zmienić, ale opór jest i nikt nie zarzuci, że łatwo się poddajesz.
Częściej jednak podkopywanie, czy niszczenie więzi i niewykorzystywanie okazji odbywa się nieumyślnie, nieświadomie i niezauważalnie. A gdyby jeszcze ktoś zasugerował, że te nieszczęścia i przykrości „zdarzają się” za naszą sprawą i na nasze własne życzenie… Oj, mogłoby mu się dostać! Można, rzecz jasna, ciągle trwać w pretensjach do losu, obrażać się na cały świat i żyć w przekonaniu, że to „ich” wina. Można z całych sił nie chcieć zobaczyć swojego udziału. Nie ma sprawy, każdy sam wybiera, każdy ponosi konsekwencje. Nawet wtedy, jeśli się na to nie godzi. Albo… przyjąć ewentualność, że sprawy mogą wyglądać trochę inaczej, niż zawsze się wydawało. A potem przeprowadzić mały eksperyment: zmienić, na jakiś czas, swoje postępowanie i po prostu sprawdzić, jak to działa.

*
A jeśli już tracić, to świadomie i z wyboru. Na tym polega ta sztuka.

poniedziałek, 8 lipca 2013

103. sponsor – moja wizytówka, mój sztandar

Od pewnego czasu obserwuję swoisty zwyczaj chwalenia się sponsorem. A także podopiecznym, choć ta pierwsza opcja występuje zdecydowanie częściej (nic dziwnego, łatwiej wszak mieć sponsora niż podopiecznego, do posiadania sponsora nie trzeba właściwie nic, do posiadania podopiecznego przydaje się choćby minimum, na przykład zrobiony własnoręcznie program). Słyszę zatem: moim sponsorem jest Iks, a moim Zet, a ja mam sponsora z miasta Igrek…
Być może nie ma w tym niczego dziwnego, może nikogo poza mną to nie razi, może to znak nowych czasów, ale… zwyczajnie się zastanawiam, czy chodzi wyłącznie o różnice w sposobie wychowania. Kiedyś (przed nową falą sponsorowania w polskim AA) nikt nie miał pomysłu brać potencjalnego sponsora w krzyżowy ogień pytań z gatunku: kto jest twoim sponsorem, czy twój sponsor ma sponsora i skąd, jaką metodą twój sponsor robił program oraz jak długo. Czasy się jednak zmieniły, wzrosła świadomość, w tym świadomość konsumencka – w końcu sponsor ma mi coś dać, a ja zasługuję na najlepszy produkt, w najlepszym opakowaniu! Ale czy dawniej tych pytań nie zadawano wyłącznie z powodów braku światowości? Bo nie wiedziano, że tak można? Nie do końca mnie zadowala takie wytłumaczenie. Z tych dawnych przedpotopowych czasów pamiętam radę: patrz na efekty, na postawę człowieka, którego mógłbyś poprosić o pomoc. Jeśli ma to, co ty chciałbyś mieć – a to również było definiowane: spokój, pogoda ducha, uczciwość, miłość, troska o dobro innych ludzi – poproś. Do dziś uważam, że to najlepszy sposób weryfikacji. Czasem wystarczy rozmowa, niekiedy trzeba poprzyglądać się dłużej.
Dziś, gdy program robi się zdecydowanie szybciej, a więc i do podopiecznych dochodzi się prędzej, być może zanim (i o ile) efekty własnej pracy będą widoczne, imię własnego sponsora i miasto, z którego pochodzi mogą być jedyną podpowiedzią, „reklamówką” moich możliwości jako sponsora, obietnicą tych potencjalnych efektów (jestem z linii Igreka, to powinno wam powiedzieć, na co mnie stać). Tylko czy faktycznie jest – miarodajną – podpowiedzią? Czy można powiedzieć: model toruński, tarnowski, gdański, wrocławski, warszawski, poznański? Czy to czasem nie grozi sprowadzeniem tematu do poziomu stereotypów: niemiecki porządek, pije jak Rusek, kradnie jak Polak czy Cygan?* Bo to by znaczyło, że wszyscy sponsorzy z danego miasta robią to samo, tak samo, używają tych samych słów, i takich samych przebudzeń duchowych doznają. A to przecież niemożliwe! Każdy z nas jest inny, mimo tej samej choroby, każdy ma swoje własne uwarunkowania, możliwości, gotowość. Znaczyłoby to, że jeden sponsor wypuszcza, jak z produkcyjnej taśmy, swoje klony, a to również nieprawda. Choćbym się bardzo starała – jeśli by mi przyszedł taki pomysł do głowy – moje podopieczne i tak mówią własnym językiem, i mają swoje drogi dojścia do pewnych, nawet zbieżnych z moimi (choć tak naprawdę programowymi) konkluzji.
*
Mam nadzieję, że przetrwam najazd barbarzyńców, zachowując własny poziom wrodzonej (a miejscami na własnych plecach wyuczonej) dyskrecji. Mam nadzieję, że nie jestem w tym sama. Ale też niczego nie neguję i nie zwalczam.
Ja patrzę na efekty i postawy, na zbieżność lub rozbieżność słów i czynów (a od pewnego czasu, odkąd mam zdecydowanie lepszy niż dawniej kontakt z rzeczywistością, mocno wyostrzył mi się „wzrok”), i tym się w życiu kieruję.


*Uprzejmie przepraszam wszystkich Niemców, Rosjan, Polaków, Romów, którzy mogli poczuć się w jakikolwiek sposób dotknięci – to wyłącznie losowo wybrane przykłady znanych autorce stereotypów, niemających wszakże wiele wspólnego z jej osobistymi przekonaniami i doświadczeniami.

poniedziałek, 1 lipca 2013

102. jeszcze o pieniądzach, współpracy i powiązaniach

Pieniądze zawsze wywołują emocje i spory. Zdarza się, że jakiś klub czy stowarzyszenie trzeźwościowe, by otrzymać dotacje na swoją działalność, powołuje się na Wspólnotę AA (a zatem wykorzystuje dobre imię AA, jej znak firmowy, jako wspólnoty o wysokiej skuteczności działania w obszarze radzenia sobie z uzależnieniem od alkoholu). Być może nazwa ta pada „przez przypadek”, „mimochodem”, ale AA jest odpowiednio kojarzone, a osoby z AA nie związane/urzędnicy/profesjonaliści naprawdę nie muszą mieć wielkiego rozeznania w temacie, nie muszą wiedzieć czy dana inicjatywa to AA czy klub abstynenta, nie muszą znać naszych Tradycji, zasad i wiedzieć, że my nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz. Zatem zadbanie o dobre imię Wspólnoty, uczciwe rozdzielenie działalności AA i organizacji trzeźwościowych leży raczej w gestii członków-alkoholików  tej organizacji, szczególnie, jeśli jednocześnie są członkami Wspólnoty AA.
Poza wszystkim innym, działania powyższe, próby – często naprawdę podejmowane w dobrej wierze i z jak najlepszymi intencjami – połączenia AA z czymkolwiek, powodowały i powodują niezgodę i kłótnie w AA, a zatem rozłam, czyli godzą w jedność naszej Wspólnoty (Tradycja Pierwsza).

Powiązanie AA z jakąkolwiek inną, choćby cenną inicjatywą zawsze rodzi niebezpieczeństwo rozłamu – bo nie każdemu ta inicjatywa może wydawać się cenna; bo skoro z jednymi się związaliśmy, to czemu nie z drugimi, z tymi też możemy; wreszcie – bo w razie przemiany/ewolucji tej inicjatywy w coś odbiegającego od charakteru AA, jej ośmieszenia (za co przecież nie możemy odpowiadać, bo nie my, jako AA, ją tworzymy i o niej decydujemy) Wspólnota AA zostaje wciągnięta w rozgrywkę, połączona z czymś, co może być co najmniej dwuznaczne, „skażona” skandalem czy zwykłą niejasnością. A to wszystko już bardzo szkodzi najważniejszemu naszemu celowi. Powinniśmy być jako Wspólnota AA nieskazitelni i neutralni, by jak najwięcej cierpiących alkoholików mogło skorzystać z naszego sposobu, z tej wspaniałej możliwości osiągnięcia trzeźwego życia, z jakiej i my mięliśmy szansę skorzystać. Im mniej punktów zapalnych, tym większa szansa, że cierpiący alkoholik przyłączy się do Wspólnoty. I nie chodzi o to, by rozściełać czerwone dywany, ale by nie rzucać dodatkowych kłód pod i tak niezbyt stabilnie stąpające nogi.
*
A jak mogę wykorzystać Szóstą Tradycję w życiu osobistym? Widzę jedno podstawowe podobieństwo – żyć swoim życiem, a nie życiem innych ludzi, co grozi brakiem czasu i energii na własne zadania i refleksję nad własnym postępowaniem. Nie włączać się do zadań, które nie są zbieżne z moimi zadaniami, z moimi celami. Na pewno – i to mam dobrze przećwiczone – nie angażować się w spory i nieporozumienia bliskich i znajomych, którym mój autorytet, moje zdanie czy też moje poparcie jest potrzebne do własnego celu. Cena dla mnie, a raczej dla idei, którą wyznaję i w imię której działam, ale też dla wagi moich wartości, może być nieadekwatna do jednorazowego efektu. A z pewnością nie włączać się w te spory bez wyraźnego zaproszenia. 

niedziela, 30 czerwca 2013

101. współpraca – tak, spółka – nie

Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu. Tradycja 6 AA
*
Nie będę w tym miejscu powtarzać opowieści o doświadczeniach początkującego AA z nieudanymi próbami powiązania Wspólnoty z medycyną (szpitale) czy inną okołotrzeźwościową działalnością (kluby, ośrodki). O tych doświadczeniach można przeczytać w książkach 12 Kroków i 12 Tradycji i Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość. Osobiście miałam styczność z dwoma „problemami”: zbyt bliskimi powiązaniami AA z Kościołem katolickim oraz urzędami państwowymi: samorządowymi, gminnymi, miejskimi, dzielnicowymi, czyli próbą umoszczenia AA gdzieś pomiędzy wójtem a plebanem. Zdaje się, że w polskich realiach AA (czy to z powodów ekonomicznych, czy może pewnej niechęci i braku świadomości, czy wreszcie uwarunkowań gospodarczych i ustrojowych) ciągle jeszcze np. w kwestiach wynajmu sal na swoje spotkania musi korzystać z pomocy czy też dobrej woli przedstawicieli władz miasta, gminy, dzielnicy, zarządców/kierowników ośrodków terapeutycznych, szpitali, przychodni oraz Kościoła katolickiego (rzadziej innych wyznań). I wszystko mogłoby być w porządku (realne koszty utrzymania i kwestie faktycznej niezależności finansowej AA to już temat kolejnej, Siódmej Tradycji), gdyby na ustaleniu jasnych zasad, uwzględniających nasze Tradycje, się kończyło. Gorzej, gdy komuś się nagle zacznie wydawać, że skoro użycza Wspólnocie sali na spotkania, to członkowie Wspólnoty w sposób oczywisty i poza umową (bo udział w pewnych działaniach, np. remoncie może być wcześniej ustaloną przez strony formą „odpłatności” za salę) włączą się np. w remont budynku (fizycznie lub finansowo), będą chodzić z petycją w jakiejkolwiek sprawie czy też opowiedzą się po którejś (oczywiście tej jedynej właściwej) stronie w jakimś sporze. Gorzej, gdy niektórym członkom Wspólnoty AA zacznie się wydawać, że nie ma w tym niczego złego. No, bo czy to by komuś zaszkodziło? Nie, pomoc przy remoncie sali, z której korzystamy niemal za darmo albo wsparcie społeczności, z którą się znamy i czujemy się z nią związani nie jest niczym złym, a wręcz może być pożyteczne i rozwijające, pod warunkiem wszakże, że to wszystko będzie robił „cywilny” człowiek, a nie członek Wspólnoty AA. Jan Kowalski tak, ale już Janek, alkoholik z AA niekoniecznie. Z bardzo prostej przyczyny – jeśli jako cierpiąca alkoholiczka przychodzę na mityng, który ma ratować mi życie, i słyszę tam, że muszę dać pieniądze na kościół, muszę poprzeć lokalnego kandydata na stanowisko burmistrza, a ja nie mam zamiaru nikogo i niczego popierać, tym bardziej, że chwilę wcześniej przeczytano mi Preambułę AA, która mi to gwarantuje, to zaczynam się zastanawiać, czy chcę tu należeć, czy to naprawdę miejsce uczciwe, czy też kolejne takie, w którym głoszone zasady to jedno, a realne czyny – coś zupełnie innego. Przecież powiedzieli, że za swoją pomoc niczego ode mnie nie będą chcieli, że to bezinteresowne. I naprawdę nie interesuje mnie czy ksiądz tej parafii jest dobroczyńcą dla alkoholików albo czy kandydat na burmistrza zafundował alkoholikom z grupy wyjazd do Lichenia, Częstochowy czy nad Solinę. Poza tym, ja naprawdę mam prawo mieć resentyment do kościoła katolickiego oraz do konkretnej opcji politycznej, reprezentowanej przez owego kandydata. Bo moje poglądy nie mają absolutnie żadnego wpływu na moją przynależność do AA (gwarantuje mi to przecież Trzecia Tradycja).
*
Jest jeszcze jedna sprawa, która może być równie istotna – wizerunek Wspólnoty (a co za tym idzie – jej skuteczność) w społeczeństwie. Powiązanie z jakąkolwiek opcją polityczną, religijną, filozoficzną i ideologiczną powoduje, że przeciwnicy tej opcji (a zawsze są jacyś przeciwnicy każdej opcji) być może nigdy nie skorzystają z pomocy AA, nie będą Wspólnoty brać pod uwagę. Ale to nie wszystko. Kojarzy mi się pewien obrazek: huczne obchody okrągłej rocznicy powstania pewnej grupy AA; po uroczystej mszy i czymś w rodzaju mityngu rocznicowego pełnego podziękowań lokalnym działaczom miejskim, członkom/pracownikom urzędu gminnego, burmistrzowi i dyrektorowi miejscowego ośrodka leczenia uzależnień, wszyscy obecni, członkowie Wspólnoty AA oraz goście, są proszeni na skromny poczęstunek (wcześniej, w podziękowaniach dowiadują się, że poczęstunek sponsorowany jest przez urząd gminy), przechodzą do części ogrodu, gdzie pod białymi parasolami czekają już zastawione jedzeniem i napojami stoły. Czy na pewno nikogo nie zdziwią i nie będą razić reklamowe napisy na białych parasolach? Napisy, będące przypadkiem logo jednego z większych w kraju browarów. Być może alkoholicy to przełkną bez większego problemu, ale… czy naprawdę warto ryzykować, by jakiś niezwiązany z problemem alkoholowym człowiek, z natury trzeźwo myślący nie zaczął się zastanawiać, czy ci alkoholicy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi, kierującymi się zasadami, jak sami głoszą w swoich gorących opowieściach o zmianie, jaka zaszła dzięki AA w ich życiu? Czy zjedzenie kiełbasy i wypicie oranżady pod reklamą alkoholową jest grą wartą świeczki? Czy to aby na pewno nie szkodzi wizerunkowi AA? Owszem, każda grupa jest niezależna, co gwarantuje jej Czwarta Tradycja, ale z tym drobnym zastrzeżeniem, które w tej konkretnej sytuacji jest chyba przekraczane – bo to jednak dotyczy AA jako całości.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...