środa, 28 sierpnia 2013

106. dlaczego nie warto nieść posłania za pieniądze

W rozważaniach na temat Ósmej Tradycji pojawia się pytanie: Dlaczego tak ważne jest, by nie nieść posłania na pieniądze? Niektórzy bardziej świadomi, a może i bardziej odważni specjaliści/profesjonaliści w dziedzinie uzależnień wiedzą, a nawet mówią na głos, że profesjonalne lecznictwo nie ma spektakularnych sukcesów w leczeniu alkoholizmu (mówiła o tym np. Ewa Wojdyłło: Jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika). Anonimowi Alkoholicy mają rozwiązanie i pewną skuteczność. Jednak jak ona by wyglądała, gdyby za to rozwiązanie alkoholik-nowicjusz miał płacić? Owa skuteczność AA nie polega przecież wcale (albo w głównej mierze) na dostępności „leczenia”, bo w Polsce jak dotąd alkoholicy mają naprawdę doskonały – bezpłatny i bezpośredni – dostęp do profesjonalnej terapii odwykowej. Wic polega na tym, o czym pisał już w Wielkiej Księdze jej autor, że do cierpiącego alkoholika najlepiej, najskuteczniej i najszybciej może dotrzeć inny alkoholik, który miał te same lub podobne doświadczenia choroby, cierpienia, upadku, co jeszcze cierpiący alkoholik, a do tego ma doświadczenie wyjścia z alkoholowego impasu. Wszyscy kompetentni psychiatrzy, którzy zajmują się nami, stwierdzili, że czasami jest niemożliwością skłonienie alkoholika do przedyskutowania bez oporu jego sytuacji, zadziwiające jest również, że ani żony, ani rodzice, ani najbliżsi przyjaciele nie są zazwyczaj w stanie znaleźć lepszego sposobu podejścia do alkoholika niż psychiatra czy lekarz. Natomiast alkoholik, który znalazł dla siebie wyjście z sytuacji, który jest bogato wyposażony w fakty z własnego doświadczenia zdobywa zazwyczaj kompletne zaufanie innego alkoholika w ciągu kilku godzin. (Anonimowi Alkoholicy, str. 15)

Często alkoholicy wspominając swoje pierwsze dni i tygodnie w AA, mówią o podejrzeniu: coś tu nie gra, czegoś ode mnie na pewno będą chcieli w zamian! Jedni – a jest to po części i moje doświadczenie – obawiali się wciągnięcia w sektę lub nakłonienia do głębszego zaangażowania się w życie jakiegoś kościoła (w Polsce chodzi właściwie o jeden konkretny kościół). Drudzy wietrzyli podstęp finansowy. Pamiętam dobrze opowieść przyjaciela, który gdy usłyszał na pierwszym mityngu zaproszenie do Siódmej Tradycji i słowa: „utrzymujemy się z własnych dobrowolnych datków”, pomyślał: „Aha, tu was mam!”. Pomoc – szczególnie natury duchowej – „ofiarowywana” za pieniądze lub jakiekolwiek inne korzyści budzi nieufność i niechęć, zamyka, jest przez to mniej, o ile w ogóle,  skuteczna. Dlatego ważne jest, by Anonimowi Alkoholicy nieśli posłanie w ramach Dwunastego Kroku za darmo, bezinteresownie – by jak najlepiej realizować nasz główny cel, o którym mówi Tradycja Piąta.
Istnieje też pewna zależność natury, powiedzmy, psychologicznej, dość powszechna, dotykająca czy też zdarzająca się nie tylko alkoholikom: płacę, więc wymagam! Takie podejście – w przypadku płacenia za posłanie – może rodzić absurdalne sytuacje, kiedy potrzebujący pomocy chory (czasami ta choroba osiąga przecież wymiar wręcz szaleństwa, nie bez powodu mówi się o pijanym myśleniu) człowiek stawia warunki komuś, kto tę pomoc ma nieść, zatem komuś przynajmniej w pewnym obszarze zdrowszemu. Sens i celowość całej operacji stanęłyby wówczas pod znakiem zapytania, bowiem jej efektem z założenia powinny być przebudzenie duchowe oraz przemiana myślenia i postaw nowicjusza, nie zaś powrót na stare tory pijanego myślenia aowca, który niesienia posłania się podjął.

W tym miejscu warto jeszcze dopowiedzieć, że relacja udzielającego pomoc i tę pomoc przyjmującego, a dokładniej rzecz ujmując, intencje tego pierwszego powinny być jak najczystsze, jak najbardziej bezinteresowne. Korzyści nie oznaczają wyłącznie pieniędzy! Nie muszę żądać zapłaty za „pomoc”, żeby zrobiło się niejednoznacznie, żeby zniszczyć duchowy potencjał tej relacji i co za tym idzie naprawdę nie pomóc. Jeśli pozwalam – albo nakłaniam czy wręcz wymuszam, choćby sugestią, emocjonalnym naciskiem – by nowicjusz woził mnie swoim samochodem (nie dokładam się do paliwa), płacił za moją kawę, gdy łaskawie się z nim spotkam na omówienie jego wątpliwości, trudności, Programu, gościł w swoim domu, kupował jedzenie, pożyczał mi pieniądze, brał na siebie umowę za mój telefon komórkowy, wspierał mnie swoimi biznesowymi znajomościami i załatwiał moje prywatne sprawy to… w którymś momencie może się okazać, że z całej tej relacji nowicjusz wyniesie tylko jedno wrażenie – zostałem wykorzystany! A jeśli uzna, że ja z tymi moimi zachowaniami i postawą „reprezentuję” całe AA, że wszyscy anonimowi alkoholicy tak robią (a niby dlaczego miałby myśleć inaczej, skoro ma takie właśnie doświadczenie?), to nie tylko nie pomogłam. Być może zniszczyłam jedyną szansę tego człowieka na wyzdrowienie! A to już „przewinienie” dużo cięższego kalibru. Oczywiście, nikt mnie z tego nie rozliczy, bo AA nie ma narzędzi, które by to regulowały. Zostanę ze swoim sumieniem.
Podobnie, jeśli moje korzyści będą natury emocjonalnej: mam oto kogoś, kto ode mnie całkowicie zależy, jestem dla kogoś guru, ileż to ja robię dla tych alkoholików… Te kwestie oczywiście najskuteczniej reguluje sam program AA – nie bez powodu w Dwunastym Kroku napisane jest: Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków staraliśmy się nieść posłanie… Przebudzenie duchowe jest przed niesieniem posłania. I to ono właśnie chroni nowicjuszy przed moimi wadami.

piątek, 23 sierpnia 2013

105. honorowo, czyli jak?

Działalność we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza sie jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA. Tradycja 8 AA

*

Treść Ósmej Tradycji już na samym początku rodzi kilka pytań. Przy tej okazji zrozumiałam, dlaczego przez dłuższy czas Tradycje AA nie były w stanie przebić się do mojego, ogarniętego hasłami “zdrowego egoizmu” umysłu: Jaka działalność? Przecież to wszystko, to całe AA, jest dla mnie! Nie odwrotnie. To jednoznacznie mi pokazywało, że Tradycje nie dotyczą mnie, tylko jakichś tam działaczy. Przecież ja nie zamierzałam na tym polu działać. Nawet nie byłam tu w AA „na stałe”. No dobrze, dość tych anegdot (bo dziś tylko w takich kategoriach mogę traktować moją niedojrzałość i ignorancję). O co zatem chodzi z tą honorową działalnością i jakie działania wchodzą w jej zakres? Jacy pracownicy są AA niezbędni?
Nie chodzi tu raczej o honor rozumiany słownikowo, jako godność czy dobre imię. Choć za pożądane uważam, byśmy w rezultacie przebudzenia duchowego stawali się ludźmi honoru, czyli po prostu porządnymi ludźmi. W amerykańskim oryginale Ósmej Tradycji widnieje słowo nonprofessional. To znaczy “nie zawodowy”, “nieporfesjonalny”. Jak rozumiem, w naszym tłumaczeniu honorowa miała oznaczać non-profit (a nie odwoływać się do “honoru”), czyli wykluczyć przyjmowanie za tę działalność gratyfikacji. Zresztą, na pierwsze (i częściowo drugie) pytanie odpowiada rozszerzona wersja tej Tradycji: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się zawodowcami. Przez zawodowstwo rozumiemy pomoc udzielaną alkoholikom za opłatą lub na etacie. Możemy jednak zatrudniać alkoholików do świadczenia takich usług, do których musielibyśmy najmować niealkoholików. Tego rodzaju prace powinny być należycie wynagradzane. Nigdy natomiast nie powinno się płacić za realizację Dwunastego Kroku.
Kim są pracownicy AA? To pracownicy Fundacji Służb Krajowych i obsługa BSK: dyrektor, księgowa, sekretarka i prawdopodobnie kilka innych osób, niezbędnych do funkcjonowania biura i Fundacji, która jest podmiotem prawnym, co narzuca pewne określone uwarunkowania. Ciekawe jest zastrzeżenie zawarte w tej Tradycji, mówiące o niezbędnych pracownikach – w BSK potrzebny jest dyrektor, ale już vice dyrektor niekoniecznie…  Dlaczego te osoby – pracownicy AA – mają dostawać wynagrodzenie? Bo, po pierwsze, za pracę należy się wynagrodzenie. Ale są jeszcze co najmniej dwa praktyczne powody: jeśli ktoś ma dobrze wypełnieć swoje obowiązki w pełnym wymiarze godzin nie będzie w stanie gdzie indziej zarobić na życie – to chyba logiczne. I drugi, oczywisty dla tych, którzy mieli do czynienia z wolontariatem i ochotnikami, przerobiony też na własnej skórze AA – ochotnicy, szczególnie niecierpliwi alkoholicy, często i szybko tracą ochotę i… znikają z pola działania. Mogą, nic ich nie wiąże, nic nie podpisywali. To szczególnie dokuczliwe, a nawet kłopotliwe, gdy pewne prace muszą być wykonywane stale, w określonym czasie, bez względu na chęci czy zachcianki (ktoś musi odbierać telefony od alkoholików, przyjmować zamówienia na literaturę, ktoś musi wysyłać zamówioną literaturę, ktoś musi podpisywać faktury). Pobranie wynagrodzenia zobowiązuje mnie do wykonania pracy, na którą się ze zleceniodawcą umówiłam. Będę z tego rozliczona. Gdy w grę wchodzą kwestie prawne, finansowe taka odpowiedzialność jest niezbędna.

O tym, dlaczego tak ważne jest, by nie nieść posłania za pieniądze, już wkrótce...

sobota, 10 sierpnia 2013

104. my wiemy! (bo musimy, bo… się boimy)

Byłam jakiś czas temu na warsztatach sponsorowania AA. W części dyskusyjnej padło w kierunku spikera pytanie: A jak się zachowujesz wobec podopiecznych jeśli masz nawrót, czujesz się koszmarnie sam ze sobą, żyć ci się nie chce? Nie boisz się, że przekażesz im coś skażonego, niewłaściwego? Po sali przeszedł szmerek. Szmerek pobłażliwych, ukrytych za chrząknięciami, uśmiechów. Tych, co wiedzą! Spiker, z tym samym uśmieszkiem, powiedział: Nie rozumiem, o czym mówisz. Zaraz jednak się zorientował, że ironia może nie być właściwie albo w ogóle odczytana (bo pytanie zadane było zduszonym i dość zdesperowanym głosem, co sugerowało, że w tym wypadku może zabraknąć dystansu niezbędnego do czytania jakichkolwiek pozawerbalnych niuansów), i dodał: To znaczy wiem, ale to mi się nigdy nie zdarzyło. Pobłażliwym uśmieszkom zaczęło towarzyszyć porozumiewawcze kiwanie głowami. To się nie zdarza! My wiemy! My, na Programie znamy odpowiedź. Jeśli jesteś na Programie to wszystko gra, wszystko jest jasne i proste. A nawet jeśli zdarzają się kłopoty, to wiadomo jak je rozwiązać! OK., powierzamy się, ale i tak wiemy. Przyjmujemy wolę, ale… zaradzamy.
*
No dobrze, to teraz się przyznam: i ja tam byłam, i kiwałam. Może i najbardziej ze wszystkich. Wtedy tak właśnie wiedziałam. Skąd ta żarliwość w uśmiechaniu i kiwaniu? Za taką postawą mocno chronionej pewności czai się strach – że coś jednak pójdzie nie tak, że może ta metoda, ta ostatnie deska ratunku, w moim przypadku nie zadziała. Muszę więc przed sobą trzymać, niczym tarczę z godłem, przekonanie, że jeśli będę robić wszystko, jak przykazano, to nic złego mnie nie spotka, Program mnie ocali, to już tylko samo dobro, duchowa błogość. Jeśli będę robić wszystko… W pewnej starej księdze jest opowieść o bogatym człowieku, który stawiał spichlerze i krzątał się wokół swojej przyszłej, jeszcze większej niż dotychczasowa, pomyślności, całkiem zresztą rozsądnie i logicznie – skoro szykował mu się urodzaj stulecia. Jednak Historia czy Los (jakkolwiek je rozumiał) obeszły się z nim nienajlepiej. Mimo że się tak rozsądnie starał. Że zabiegał. W starej księdze nie piszą, że coś zaniedbywał, że robił coś wbrew. A jednak go zmiotło, zanim ujrzał pierwszy złoty kłos nowego zbioru.
* 
W Drogowskazach Wiktora Osiatyńskiego jest rozdział poświęcony jednej z książek Scotta Pecka, ważnego dla mnie autora i człowieka. Przeczytałam tam: Coś takiego („ciemna noc zmysłów”) przydarzyło się samemu Peckowi. Gdy miał 50 lat, w czasach największego sukcesu i powodzenia, zawładnęła nim na wiele miesięcy depresja. (…) Przez półtora roku było coraz gorzej, Pecka nie opuszczała depresja, nachodziły go myśli samobójcze, aż w końcu skończyło się to równie nagle, jak przyszło. Przeczytałam i zrzedła mi mina. Jak to? On? Przecież on wiedział! Wiem, że wiedział, bo napisał fantastyczną książkę (Droga rzadziej wędrowana; The Road Less Traveled), w której to wszystko jest! Jak to możliwe, że te przepisy, które jak się zdaje – i jak sam pisał – wprowadzał w życie, teraz nie poskutkowały? Ziarno niepokoju zostało zasiane, tym bardziej, że sama od jakiegoś już czasu odczuwałam zdecydowany spadek witalności, sił, chęci i towarzyszący im dyskomfort, że coś mi się rozłazi, nie nadążam, że to nie tak ma być. Nosiłam ten niepokój, to nierozwiązane równanie, przez dłuższy czas, a witalność, siły i chęci coraz bardziej nikły, co wywoływało natychmiastową reakcję: coś z tym zrobić, koniecznie! Zaradzić, rozwiązać, naprawić. Im bardziej chciałam zrobić, tym bardziej linka się zaciskała. Jak we wnykach – szarpiesz się rozpaczliwie i jest coraz gorzej, ranisz się coraz mocniej i tylko sił ubywa. Aż ubędzie ich na tyle, by móc się poddać, ogłosić bezsilność (na szczęście wciąż dzieje się to przed śmiercią nadziei).
*
Wiem, o czym mówił człowiek z sali. Bardzo mocno to odczuwam na własnej skórze. Pytanie "głupca" zamieniło się w zagadkę filozofa. Rozpaczliwe szukanie – i stosowanie – rozwiązań nie jest dla mnie dobrą metodą, bo tylko oddala od istoty. Ale to nie znaczy, że mam porzucić wszelkie rozwiązania i podpowiedzi. Są trzy, które zresztą dobrze znam: Tylko jedna rzecz na raz, Najpierw sprawy najważniejsze i Działaj tak, jakby… Aowskie mądrości, z których kiedyś tak szydziłam i nadal stosuję wyłącznie z odpowiednim komentarzem, to nic innego, jak zamknięte w skondensowanej formie hasła, sloganu konkretne rozwiązania. Krótko, żeby było łatwiej zapamiętać. Może i topornie, ale finezja nie jest kluczowa w ratowaniu życia, również duchowego… 

poniedziałek, 22 lipca 2013

antyporadnik



Wszystko zaczęło się od pewnej wymiany maili. Ktoś zapytał, czy mogłabym napisać tekst na nieco przewrotny temat:
jak wychować sobie męża. I w związku z tym, czy ja w ogóle mam męża? Wypaliłam wtedy, że mogę co najwyżej napisać, jak męża stracić, bo tu mam kompetencje niepodważalne! Straciłam skutecznie jednego. Nie jestem wcale z tego dumna. Ale przyglądając się z perspektywy czasu tamtej sobie, moim przekonaniom, pomysłom na życie i konkretnym zachowaniom wiem, że inaczej po prostu nie mogło być. Wypunktowałam wszystkie moje przewinienia, jednocześnie obserwując je u zaprzyjaźnionych lub zupełnie przypadkowych par. To było niesamowite! Mnóstwo ludzi na moich oczach popełniało te same błędy i wydawali się ślepi na to, co robią. Zachowywali się wybitnie nielogicznie, a przy tym jakby nie mieli świadomości własnych działań, a zwłaszcza ich – oczywistych wydawałoby się – efektów. Ale przecież i ja, kiedyś, nie miałam pojęcia, że postępuję nierozsądnie (a czasem wręcz głupio) i poniekąd na własną zgubę. W dodatku nie tylko własną, bo przecież w małżeństwo zamieszanych jest więcej osób.
Wkrótce pojawiło się zapotrzebowanie na drugą część: skoro kobiety mają już przepis na „utratę męża”, czemu skąpić analogicznej wiedzy mężczyznom? Zaraz potem okazało się, że w podobnie nierozsądny sposób niszczymy inne ważne relacje i tracimy bardzo istotne w życiu rzeczy.

niedziela, 21 lipca 2013

o sztuce tracenia


Tracić i rujnować w życiu można dużo i na dowolnym gruncie. Marnować relacje, znajomości, przyjaźnie, miłości. Talenty, możliwości, szanse i okazje. Na różne sposoby. Połowicznie i ostatecznie. W rujnowaniu i traceniu można się wręcz zatracić. Stworzyć z niego sposób na życie.
Niekiedy utrata się przydaje. Uwolnieni od ciężaru możemy pójść do przodu, ujrzeć rzeczy w nowym świetle, rozwinąć się. Choć dziwnym trafem znikanie z życiowej orbity właśnie tych największych, najbardziej męczących i rujnujących spokój ducha „ciężarów”, wydaje się najbardziej bolesne, rodzi największy opór. Jakim prawem mi to odbierają! Nie zgadzam się! Nie bardzo przy tym wiadomo, jacy „oni” tak krzywdzą oraz co niby ten brak zgody miałby zmienić, ale opór jest i nikt nie zarzuci, że łatwo się poddajesz.
Częściej jednak podkopywanie, czy niszczenie więzi i niewykorzystywanie okazji odbywa się nieumyślnie, nieświadomie i niezauważalnie. A gdyby jeszcze ktoś zasugerował, że te nieszczęścia i przykrości „zdarzają się” za naszą sprawą i na nasze własne życzenie… Oj, mogłoby mu się dostać! Można, rzecz jasna, ciągle trwać w pretensjach do losu, obrażać się na cały świat i żyć w przekonaniu, że to „ich” wina. Można z całych sił nie chcieć zobaczyć swojego udziału. Nie ma sprawy, każdy sam wybiera, każdy ponosi konsekwencje. Nawet wtedy, jeśli się na to nie godzi. Albo… przyjąć ewentualność, że sprawy mogą wyglądać trochę inaczej, niż zawsze się wydawało. A potem przeprowadzić mały eksperyment: zmienić, na jakiś czas, swoje postępowanie i po prostu sprawdzić, jak to działa.

*
A jeśli już tracić, to świadomie i z wyboru. Na tym polega ta sztuka.

poniedziałek, 8 lipca 2013

103. sponsor – moja wizytówka, mój sztandar

Od pewnego czasu obserwuję swoisty zwyczaj chwalenia się sponsorem. A także podopiecznym, choć ta pierwsza opcja występuje zdecydowanie częściej (nic dziwnego, łatwiej wszak mieć sponsora niż podopiecznego, do posiadania sponsora nie trzeba właściwie nic, do posiadania podopiecznego przydaje się choćby minimum, na przykład zrobiony własnoręcznie program). Słyszę zatem: moim sponsorem jest Iks, a moim Zet, a ja mam sponsora z miasta Igrek…
Być może nie ma w tym niczego dziwnego, może nikogo poza mną to nie razi, może to znak nowych czasów, ale… zwyczajnie się zastanawiam, czy chodzi wyłącznie o różnice w sposobie wychowania. Kiedyś (przed nową falą sponsorowania w polskim AA) nikt nie miał pomysłu brać potencjalnego sponsora w krzyżowy ogień pytań z gatunku: kto jest twoim sponsorem, czy twój sponsor ma sponsora i skąd, jaką metodą twój sponsor robił program oraz jak długo. Czasy się jednak zmieniły, wzrosła świadomość, w tym świadomość konsumencka – w końcu sponsor ma mi coś dać, a ja zasługuję na najlepszy produkt, w najlepszym opakowaniu! Ale czy dawniej tych pytań nie zadawano wyłącznie z powodów braku światowości? Bo nie wiedziano, że tak można? Nie do końca mnie zadowala takie wytłumaczenie. Z tych dawnych przedpotopowych czasów pamiętam radę: patrz na efekty, na postawę człowieka, którego mógłbyś poprosić o pomoc. Jeśli ma to, co ty chciałbyś mieć – a to również było definiowane: spokój, pogoda ducha, uczciwość, miłość, troska o dobro innych ludzi – poproś. Do dziś uważam, że to najlepszy sposób weryfikacji. Czasem wystarczy rozmowa, niekiedy trzeba poprzyglądać się dłużej.
Dziś, gdy program robi się zdecydowanie szybciej, a więc i do podopiecznych dochodzi się prędzej, być może zanim (i o ile) efekty własnej pracy będą widoczne, imię własnego sponsora i miasto, z którego pochodzi mogą być jedyną podpowiedzią, „reklamówką” moich możliwości jako sponsora, obietnicą tych potencjalnych efektów (jestem z linii Igreka, to powinno wam powiedzieć, na co mnie stać). Tylko czy faktycznie jest – miarodajną – podpowiedzią? Czy można powiedzieć: model toruński, tarnowski, gdański, wrocławski, warszawski, poznański? Czy to czasem nie grozi sprowadzeniem tematu do poziomu stereotypów: niemiecki porządek, pije jak Rusek, kradnie jak Polak czy Cygan?* Bo to by znaczyło, że wszyscy sponsorzy z danego miasta robią to samo, tak samo, używają tych samych słów, i takich samych przebudzeń duchowych doznają. A to przecież niemożliwe! Każdy z nas jest inny, mimo tej samej choroby, każdy ma swoje własne uwarunkowania, możliwości, gotowość. Znaczyłoby to, że jeden sponsor wypuszcza, jak z produkcyjnej taśmy, swoje klony, a to również nieprawda. Choćbym się bardzo starała – jeśli by mi przyszedł taki pomysł do głowy – moje podopieczne i tak mówią własnym językiem, i mają swoje drogi dojścia do pewnych, nawet zbieżnych z moimi (choć tak naprawdę programowymi) konkluzji.
*
Mam nadzieję, że przetrwam najazd barbarzyńców, zachowując własny poziom wrodzonej (a miejscami na własnych plecach wyuczonej) dyskrecji. Mam nadzieję, że nie jestem w tym sama. Ale też niczego nie neguję i nie zwalczam.
Ja patrzę na efekty i postawy, na zbieżność lub rozbieżność słów i czynów (a od pewnego czasu, odkąd mam zdecydowanie lepszy niż dawniej kontakt z rzeczywistością, mocno wyostrzył mi się „wzrok”), i tym się w życiu kieruję.


*Uprzejmie przepraszam wszystkich Niemców, Rosjan, Polaków, Romów, którzy mogli poczuć się w jakikolwiek sposób dotknięci – to wyłącznie losowo wybrane przykłady znanych autorce stereotypów, niemających wszakże wiele wspólnego z jej osobistymi przekonaniami i doświadczeniami.

poniedziałek, 1 lipca 2013

102. jeszcze o pieniądzach, współpracy i powiązaniach

Pieniądze zawsze wywołują emocje i spory. Zdarza się, że jakiś klub czy stowarzyszenie trzeźwościowe, by otrzymać dotacje na swoją działalność, powołuje się na Wspólnotę AA (a zatem wykorzystuje dobre imię AA, jej znak firmowy, jako wspólnoty o wysokiej skuteczności działania w obszarze radzenia sobie z uzależnieniem od alkoholu). Być może nazwa ta pada „przez przypadek”, „mimochodem”, ale AA jest odpowiednio kojarzone, a osoby z AA nie związane/urzędnicy/profesjonaliści naprawdę nie muszą mieć wielkiego rozeznania w temacie, nie muszą wiedzieć czy dana inicjatywa to AA czy klub abstynenta, nie muszą znać naszych Tradycji, zasad i wiedzieć, że my nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz. Zatem zadbanie o dobre imię Wspólnoty, uczciwe rozdzielenie działalności AA i organizacji trzeźwościowych leży raczej w gestii członków-alkoholików  tej organizacji, szczególnie, jeśli jednocześnie są członkami Wspólnoty AA.
Poza wszystkim innym, działania powyższe, próby – często naprawdę podejmowane w dobrej wierze i z jak najlepszymi intencjami – połączenia AA z czymkolwiek, powodowały i powodują niezgodę i kłótnie w AA, a zatem rozłam, czyli godzą w jedność naszej Wspólnoty (Tradycja Pierwsza).

Powiązanie AA z jakąkolwiek inną, choćby cenną inicjatywą zawsze rodzi niebezpieczeństwo rozłamu – bo nie każdemu ta inicjatywa może wydawać się cenna; bo skoro z jednymi się związaliśmy, to czemu nie z drugimi, z tymi też możemy; wreszcie – bo w razie przemiany/ewolucji tej inicjatywy w coś odbiegającego od charakteru AA, jej ośmieszenia (za co przecież nie możemy odpowiadać, bo nie my, jako AA, ją tworzymy i o niej decydujemy) Wspólnota AA zostaje wciągnięta w rozgrywkę, połączona z czymś, co może być co najmniej dwuznaczne, „skażona” skandalem czy zwykłą niejasnością. A to wszystko już bardzo szkodzi najważniejszemu naszemu celowi. Powinniśmy być jako Wspólnota AA nieskazitelni i neutralni, by jak najwięcej cierpiących alkoholików mogło skorzystać z naszego sposobu, z tej wspaniałej możliwości osiągnięcia trzeźwego życia, z jakiej i my mięliśmy szansę skorzystać. Im mniej punktów zapalnych, tym większa szansa, że cierpiący alkoholik przyłączy się do Wspólnoty. I nie chodzi o to, by rozściełać czerwone dywany, ale by nie rzucać dodatkowych kłód pod i tak niezbyt stabilnie stąpające nogi.
*
A jak mogę wykorzystać Szóstą Tradycję w życiu osobistym? Widzę jedno podstawowe podobieństwo – żyć swoim życiem, a nie życiem innych ludzi, co grozi brakiem czasu i energii na własne zadania i refleksję nad własnym postępowaniem. Nie włączać się do zadań, które nie są zbieżne z moimi zadaniami, z moimi celami. Na pewno – i to mam dobrze przećwiczone – nie angażować się w spory i nieporozumienia bliskich i znajomych, którym mój autorytet, moje zdanie czy też moje poparcie jest potrzebne do własnego celu. Cena dla mnie, a raczej dla idei, którą wyznaję i w imię której działam, ale też dla wagi moich wartości, może być nieadekwatna do jednorazowego efektu. A z pewnością nie włączać się w te spory bez wyraźnego zaproszenia. 

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...