czwartek, 30 sierpnia 2018
niedziela, 10 czerwca 2018
186. za dużo słów
Od miesięcy umacnia się we mnie przekonanie, że na świecie jest za dużo słów. Czemu miałabym jeszcze dokładać? Już nie mam pomysłu, że właśnie moje słowa coś znaczą, są tymi właściwymi. Coraz częściej wolę milczeć. Nawet jeśli wykluje się we mnie jakaś refleksja, zaraz za nią pada: i co z tego? Jakby wypłukał się mój ekshibicjonizm. I chyba pewien entuzjazm, że ja coś mogę. Tymi słowami właśnie.
A może to tylko niepokój, czy zostanę zrozumiana? Czy ktoś nie zarzuci, że już całkiem się odklejam?
Gdzieś-kiedyś przeczytałam, że rozumienie, zwiększanie świadomości odbywa się poziomami i jesteśmy w stanie pojąć i zobaczyć najwyżej to, co leży na najbliżej sąsiadujących poziomach (w obydwie strony). Poziom za daleko i już nic nie dociera, a wręcz wydaje się durne i chybione. Nie byłam jeszcze – co oczywiste – na tym poziomie, nie umiałam jeszcze o tym opowiedzieć. Wciąż nie umiem.
A może to tylko niepokój, czy zostanę zrozumiana? Czy ktoś nie zarzuci, że już całkiem się odklejam?
Gdzieś-kiedyś przeczytałam, że rozumienie, zwiększanie świadomości odbywa się poziomami i jesteśmy w stanie pojąć i zobaczyć najwyżej to, co leży na najbliżej sąsiadujących poziomach (w obydwie strony). Poziom za daleko i już nic nie dociera, a wręcz wydaje się durne i chybione. Nie byłam jeszcze – co oczywiste – na tym poziomie, nie umiałam jeszcze o tym opowiedzieć. Wciąż nie umiem.
*
A może tylko… czasem trzeba pomilczeć?czwartek, 3 maja 2018
185. majówka
Jeszcze dobrze się nie obudziłam, a już atakują mnie przepite rechoty i siermiężne nibyżarciki. Już kilka lat temu to miejsce, na które wychodzą okna mojej sypialni nazwałam kawiarenką. Ta miła nazwa miała łagodzić moje reakcje na sąsiedzką aktywność towarzyską – długo w noc i od samego świtu. Szczególnie w sezonie otwartych okien. Ostatnio coś się zmieniło – a może zmienia się stale, tylko obecną zmianę świadomie zauważam – nastąpiła czy też następuje zmiana warty. Poznane i oswojone towarzystwo (dzień dobry sąsiadko) wykrusza się, grzędy ławek zajmują nieznane głosy, sylwetki, twarze. Nieznane i nieprzyjazne. W zbudowanym rok temu w ramach sąsiedzkiej inicjatywy domku dla dzieci żadne dziecko już się nie bawi. Żadna matka z wózkiem już tam nie przysiada na ploteczkę z sąsiadką. Terytorium przejęli nowi i nowe, z zachrypłymi głosami, bełkotliwymi frazami, zaczepnymi tonami. Uczestniczę w tym, czy mi się to podoba czy nie. Bo ten gulgot jest wszędobylski. Głosy brzmią, jakby siedzieli obok, na mojej czerwonej kanapie. Innym razem widzę samotną rozpaczliwą walkę na pięści z powietrzem, wygrażanie nieistniejącemu wrogowi. Może to zależy od mojego nastroju i siły duchowej, może nie, ale przypływa zdarte kiedyś zdanie: I nie wątp, że świat jest taki, jaki być powinien.
Nie wiem dlaczego niby w moim świecie powinna istnieć kawiarenka z całym jej złachmanionym bogactwem. Ale dociera do mnie, że nie tylko nie wszystkich da się uratować, ale że prawdopodobnie większość z tych wszystkich-nie-do-uratowania nie ma zamiaru niczego zmieniać, bo nie widzi niczego złego w takim stanie rzeczy, może nawet nie cierpi. Bo skąd pomysł, że każdy potargany alkoholem człowiek cierpi? Czasami tylko zadaję sobie pytanie: skoro każda istota na Ziemi ma jakąś rolę do spełnienia, nie istnieje ot, tak sobie, do czego – tak naprawdę – potrzebni są światu/społeczeństwu pijacy?
niedziela, 28 stycznia 2018
184. oblepiacze
Snów takich dawno nie było.
Przylepiaczy, co to nie chcą wypuścić nad ranem do domu. Tylko o
dośnienie wołają, dodanie ciągu dalszego – wybierz sobie, jaki
chcesz, zanęcają. Pieszczotliwe takie, przymilne, do jakichś
tęsknot dawnych się odwołują, zasysają prawie uschłe z
zaświatów. Coś niby o miłości, o byciu pożądaną, o jakimś
śpiewie łabędzim. Ciągną za ręce, nogi, za włosy do poduszki,
a powieki w dół, to nic że budzik swoje. I trochę im ulegam. Nie
tak, że od razu i całkiem, taka łatwa to ja nie jestem. Troszkę
tylko, jakbym jednak odchodziła do dnia, mimo że z ociąganiem,
niech sobie nie myślą, że mnie namówiły.
No więc przeciągam się i przeciągam
granice łóżka, udaję, że mogę sobie na to pozwolić. A gdy już
wstaję, w porannych rytuałach ślimaczę się i kokoszę. Nie
odczuwam napięcia czasu, pośpiechu, nic mnie nie niepokoi. Do
spotkania w południe mam przecież lata całe. Coś zaczyna do mnie
docierać pod koniec kąpieli – miał być szybki tusz, a zamienił
się w lanie wody (do granicy wanny) i fantazji. I już widzę, co
się zdarzyło, już łapię to oszustwo, które się ukryło pod
warstewką miłego poranka.
Nie mogę skończyć najprostszej
czynności, ciągnie się jak guma, oblepia, zniewala. Zapadam się w
fotel/szafę/toaletkę, bo nie da się przecież być podwójnie. To
fantazjowanie wysysa ze mnie paliwo przeznaczone na moje zwykłe
czynności. Więc uprawiam oszukańczą bilokację. Ale tu, pod
zwykłym nazwiskiem i adresem mnie nie ma. Ja nie żyję! Zatrzymałam
teraźniejszość i obecność, i przesiadłam się do życia innego,
nierzeczywistego, wskoczyłam na przelatującą obok planetę ułudy.
Czego ja tam sobie nie zdążyłam przez tę godzinę zbudować,
jakiego życiorysu, jakich sukcesów przyszłych! (wiem, wiem, sukcesy są
na zanętę, po takiej przerwie musi mnie podebrać, że to niby
takie miłe będzie zawsze, ale ja przecież jeszcze pamiętam, jak
się toczyły tamte filmy, jak zawsze się toczą).
*
I przypominam
sobie – błyskawicznie, bo południe zbliżyło się niebezpiecznie
– ile straconych dni i okazji, znajomości i możliwości,
nieprzeczytanych książek, nieposmakowanych smaków i pocałunków, nieobejrzanych filmów,
niewyuczonych języków, nienapisanych tekstów. No bo kiedy?
Fantazjowanie jest bezlitosne – musisz mu się oddać w całości.
Zgodzi się na minimalne odstępstwo, żeby zachować cię przy
życiu, ale zagarnie całą energię, to, co normalnie można by
nazwać świadomością, a po przejściu na stronę
nierzeczywistości, po uwięzieniu za szybą fantazji, staje się
świadomości karykaturą i jej przeciwieństwem. Nie podejmiesz już
żadnej decyzji poza chroniącymi twój nowy świat – wyobrażoną
planetę, na której zdarzy się to, co sobie tylko wykreujesz, i co
zawsze możesz zmazać gumka i zakleić nową wersją scenariusza. I
jeśli nie zdarzy się jakiś cud, który zepchnie cię z jej
powierzchni, planeta w końcu cię wchłonie. Możesz nawet nie
zauważyć, że wcale nie żyłeś, tylko wyobrażałeś sobie.
Spędziłam tam zbyt wiele lat, żebym
dała się nabrać na ten flirt. Zassało mnie na godzinę, zagapiłam
się, naprawdę zapomniałam, że to istnieje, ale nie oddam jej ani
sekundy więcej!
piątek, 12 stycznia 2018
183. wszystkie biedy świata chodźcie i pogrążcie mnie
Włączyłam ostatnio płytę sprzed
lat… Nie mogę przestać słuchać, ale nie mogę też robić przy
niej, obok niej, w tych dniach niczego. Już wiem, dlaczego na długo
przestałam słuchać muzyki. Drapie w gardle, w
brzuchu gniecie, szarpie, coś dziwnego w głowie się roi, przed
oczami jakieś obrazy, coś się wydaje, coś się marzy nawet. Już
prawie zapomniałam jak to jest. I nie wiem, czy chcę do tych stanów wracać.
Bo się ich boję. Jakie myśli we
mnie wyprodukują, jakie tęsknoty wycisną, a przecież mam
spokojne, poukładane życie, jestem racjonalna, wyciszona, rozważna,
niepotrzebne mi kłopoty.
No, więc dobrze, wyłączam. Nie
słucham. Już prawie nie płaczę. A potem dzwoni
do mnie tata i tym swoim chichotliwym głosem mówi, że nie ma siły, tak trudno pochować kurki, które jakaś kuna czy łasica podusiła,
wszystkie, tak smutno, pusto, bo chodziły za nim… jak dzieci. I
śmieje się niby, przepraszająco tak, bo to przecież głupie trochę, tak rozczulać
się nad kurami. A ja sobie właśnie przypominam, bo ten drżący śmiech mi
przypomina, że przecież trzeba się jakoś ubezpieczyć na wypadek
„ej, to tylko drób”. I nagle słyszę pod tym głosem żałosnym
całkiem coś innego. I mówię, tato, wiem, że ciężko…
I myślę, kurwa, tato, nie smuć się, proszę, czuję mocno
twój smutek i samotność, i strach, czuję wszystko nawet przez
folię twoich żarcików. I nie wiem co mam zrobić, i czy mogę coś zrobić? I próbuję nawet spionizować się złością, kiedyś działało, odcinało ten bezdenny żal, że komuś
jest bardzo źle. Myślę, tato, jadę na spotkanie ważne, nie mogę
teraz ryczeć, tusz mi się rozmaże całkiem, nie będą mnie
traktować poważnie, tato! Ale już nie działa. Łatwiej było nienawidzieć albo mieć w dupie.
niedziela, 31 grudnia 2017
182. znów coś się kończy/zaczyna
To był bardzo ciekawy i niezwykle intensywny rok. Od kilku lat powtarzam, że to najlepsze lata mojego życia, choć zdarzyło się raz czy dwa, że mówiłam to raczej bez przekonania. To wciąż prawda, w tym roku nawet bez ściszania głosu. Mimo że najlepsze nie zawsze oznacza to, co myślałam dawniej. Kiedyś dobry – lepszy – najlepszy – wspaniały – ekscytujący znaczyło: sukces, powodzenie, konkretne osiągnięcia, szczęście po prostu (może dlatego najlepsze czy dobre były tak trudne do osiągnięcia. Zdaje się, że przekroczyłam granicę bezrefleksyjnego pleplania o urojonych stanach, zeszłam na ziemię, i zamiast fantazjować, obserwuję, realizuję, staram się pojąć, cieszę się rezultatami). Dziś dobry znaczy raczej ciekawy. Owszem, powodzenie, sukces, konkretne osiągnięcia też się zdarzają, ale jest w tym coś więcej. Niematerialne, a jednak namacalne dla mnie.
Ruszyłam w nowe rejony. Robię rzeczy, których nie robiłam wcześniej. Dla tego nowego trzeba było zrobić miejsce. To nowe samo się wepchnęło i zadbało o przestrzeń, niewiele miałam do powiedzenia.
Czasami siadałam do pisania, powstawał tekst lub szkic, a potem wszystko lądowało w koszu. Zrozumiałam, że jest czas zbierania i czas wydawania. Ten rok był czasem zbiorów, nowych siewów, intensywnego grzebania w ziemi. Czułam, że opisywanie procesu w trakcie tylko temu zaszkodzi. A nie chcę płaskich i powierzchownych opowieści, one nikomu nie są potrzebne.
Pamiętam, jak kiedyś wyłączyłam wszystkie odbiorniki. W moim domu panowała cisza. Zero muzyki, zero dźwięków. Trwało to bardzo długo. Kilka lat. Mój organizm potrzebował ciszy. Teraz potrzebowałam braku słów. Braku treści. A może raczej przestrzeni, w której niczego nie będę musiała zamykać i konkretyzować. Bo to jeszcze nie czas na podsumowania. Proces trwa. Tak, potrzebuję wciąż ciszy. Może nie mam nic do powiedzenia? To też biorę pod uwagę. Może wreszcie jestem gotowa, by posłuchać, a nie chlapać dookoła sobą.
To właśnie zdarzyło się w tym roku. I wciąż trwa. Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.
*
I życzę Wam wszystkim równie interesującego, pełnego nowych możliwości i niespodzianek roku! Dziękuję, że wciąż jesteście, pomimo mojej ciszy.
niedziela, 17 grudnia 2017
181. między idealizmem a obciachem
Jakiś czas temu natknęłam się na
harcerski piosenko-teledysk. Patrzyłam, słuchałam, coś musiało
mnie głęboko zahaczyć, bo nawet mój czuły detektor żenady nie
był w stanie tego odłączyć.
No więc, patrzyłam, słuchałam,
mierzyłam się ze wspomnieniami. Miałam 15 lat. Dosyć późno
zostałam harcerką. Nosiłam zbyt jasny mundur (nie mogłam w tym
wieku chodzić przecież w ciemnoszarym, prosto ze Składnicy
Harcerskiej, ale trochę przesadziłam z wybielinką). Jeździłam na
biwaki. Oczywiście, że najsilniejszym magnezem byli harcerze – świetnie grali na gitarach i mieli błyszczące oczy.
Stojąc w kręgu i trzymając ich dłonie, niekoniecznie myślałam o
braterstwie. Ale potem coś mi przeskoczyło, zostałam zastępową.
Skarbczyk zastępowego był moją biblią, a harcerki z zastępu
niemal sensem życia (a na pewno czymś znacznie ważniejszym, niż
półroczny sprawdzian z fizyki).
Chyba zawsze byłam idealistką. Z
podciętymi skrzydłami. Moja prywatna „Niewidzialna ręka”
skończyła się szlabanem i skargami sąsiadów. Komponowanie
niezbędnego do przeżycia ekwipunku włóczykija – awanturą i
remontem kuchni (coś z tym przepisem na chlebowe kostki smażone w
głębokim tłuszczu było nie tak, moje wybuchały). Zapatrzenie w
harcerskich idoli z hufca – gigantycznym rozczarowaniem (czyż
spadkobiercy Zośki, Rudego i Niteczki mogli zniżyć się do poziomu
magla, oplotkowując jawnie każdego, co w sąsiadującym z komendą
moim namiocie było nie do ukrycia?).
To nic, w głębi duszy zawsze chciałam
nieść ludziom światło (nawet jeśli w tym niewysłowionym pragnieniu
pobrzmiewały nuty młodzieńczej megalomanii). Może dlatego, gdy słyszę: „Róbmy
razem dobre harcerstwo”, drapie mnie w gardle. Róbmy dobrą
rodzinę, dobrą przyjaźń, dobre miejsce, dobre sąsiedztwo, dobre
AA, dobrą Ziemię…
I chociaż mój czujnik żenady piszczy już dobrą chwilę, nie chcę, żeby ten tekst – jak kilka poprzednich –
wylądował w koszu. Nawet jeśli znowu mnie poniosło i rzuciło na
druty wysokiego C.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
204. pompatycznie i obrazoburczo
Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...
-
Mam duży szacunek, a przy okazji sentyment do Meszugowego ujęcia alkoholizmu i Programu 12 Kroków AA (choć dziś już wiem, że to nie jest P...
-
Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem. Mówią, że program 12 kroków AA to prosty...
-
Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...