środa, 14 grudnia 2022

204. pompatycznie i obrazoburczo


Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co mnie uratuje? Może ją skrzesać rzeczowa informacja: Słuchaj, mamy w AA 12 kroków, sponsor powie ci, o co w tym chodzi i pomoże ci je postawić. U mnie i wielu innych to zadziałało, u ciebie też może. Albo coś krótszego, mniej formalnego: Pomogę ci, bo byłam w tym samym miejscu co ty, a teraz jest zupełnie inaczej. Już samo stwierdzenie: jest sposób! może dać nadzieję. Tak, to o nadzieję chyba chodzi. Trudno jednak wywołać błysk w oku cierpiącego człowieka, gdy własne oczy zmatowiały. Niełatwo być wizytówką, gdy rezultatów przemiany w życiu jakoś nie widać, a codzienność jest żmudna nie do zniesienia. Gdy realizacja tych kilku prostych zasad staje się kolejnym zadaniem do odhaczenia, następnym znojnym bagażem.  


Mówi się w AA, że gdy wszystko inne zawodzi to intensywna praca z innym alkoholikiem przynosi rezultaty. Taak, pewnie pozwala nie umrzeć od alkoholu. Ale do pogodnego, satysfakcjonującego życia droga jeszcze daleka. A osiągnięcie pełni wymaga czegoś więcej.  


Porównałabym to do pływania. Jesteś w wodzie, zmęczony, nie za bardzo nawet umiesz pływać, ale jakoś musisz się w niej utrzymać. Marzysz o brzegu, żeby to wszystko już się skończyło, żeby był wreszcie spokój. A tu woda zalewa ci twarz, co jest nad wyraz nieprzyjemne, a gdy zaczynasz się krztusić, robi się straszno. Więc młócisz ramionami, wierzgasz nogami, żeby nie pójść na dno. Tak właśnie wyobrażam sobie pierwsze suche miesiące Billa W., wypełnione staraniami o otrzeźwienie jakiegoś pijaka z całej ich niechętnej rzeszy. Miejskie legendy podają jakieś oszałamiające liczby. W każdym razie – to nie działało. Poza tym, że sam nie pił. Słyszę czasem: tyle roboty, akcji, działania, a ciągle źle się czuję! Nikt z cierpiących nie sięga po program albo szybko z niego odpada. 


A mówi się w AA, że to działa, jeśli ty działasz. Mówi się też o rąbaniu nie tego drewna. Albo że 12 kroków (mityngi/służba) to nie wóda, że im więcej zażyjesz, tym bardziej trzepie. Ale to jakoś rzadziej słychać. 


Mam kolejny morski obrazek. Wciąż ta sama woda. Może pływać umiesz już ciut lepiej, ale nie w tym rzecz. Bardziej w tym, że nie skupiasz się na przetrwaniu, nawet nie myślisz o dopłynięciu do brzegu, po prostu płyniesz, od czasu do czasu leżąc na plecach, gapisz się w niebo i pozwalasz nieść się falom. Tak to widzę, gdy mam do czynienia z osobą chorą na alkoholizm, która naprawdę chce zmienić swoje życie, która chwyta się rozwiązania i z niego czerpie, a gdy robi to, co w programie zrobić trzeba, to jej życie się zmienia i ta zmiana uskrzydla. Ją? Jasne. Ale najpierw zauważę to ja! I tak, te oznaki nowego życia, iskry w oczach, dają siłę i mi. Owszem, są moją nagrodą. Praca wtedy nie jest znojem. Właśnie wtedy domyka się ten krąg. Dotykam pełni. Mam w niej udział. Żeby móc rozdawać, muszę napełnić zbiornik. Od samego zapierdalania – excuse my French – pełni nie będzie (i nawet modlitwa mi tego nie załatwia). Samo zapierdalanie to zbyt często rozpaczliwe młócenie kończynami i rozbrzmiewające echem w głowie: daleko jeszcze? No, cholernie daleko, bo tu nie chodzi o odległość! Brzeg nie jest do niczego potrzebny, a pewnie też nieosiągalny.  


Mówi się w AA, że nowicjusz jest najważniejszy. Sorry, nie sądzę. I żadne bombastyczne deklaracje tego nie zmienią. W naszych realiach, gdy nowicjusz trafi w miejsce pozbawione życia i trzeźwości, jeśli jest zdesperowany i nawet zostanie, co najwyżej zasili szeregi smutnych, sfrustrowanych suchych pijaków. Byłam, widziałam, przeżyłam. Nie polecam. 

Żeby wspólnota – każda, nie tylko anonimowych nieszczęśników – dobrze funkcjonowała, żyła i prosperowała, kwitła i rodziła owoce, każdy jej element musi być dokarmiony i zasilony. Nie tylko początkujący, również tzw. średniacy, którzy robią lub zrobić mogą największą robotę, bo już trochę wiedzą i jeszcze trochę chcą, jak i długodystansowcy, zwani weteranami, którzy też do zrobienia mieliby sporo. Poważę się na śmiałą tezę, że szczególnie tych, na których opiera się wspólnota, którzy mają wizję i realizują, pociągają za sobą innych, powinniśmy otoczyć szczególnym wsparciem. Bo jeśli oni będą mieć siłę do przekazywania nadziei, to i nowicjusze z tego skorzystają, i weterani, i średniacy, cała wspólnota, bo im więcej w niej trzeźwości, tym łatwiej się dogadać, współpracować, żyć po prostu. 

Pytanie, skąd to wsparcie ma płynąć? Jak ma wyglądać? Czy my w naszej wspólnocie, grupie, regionie, wśród służb, dbamy o siebie nawzajem?  

piątek, 25 listopada 2022

203. dzięki Bogu za Wspólnotę Anonimowych Alkoholików


Nie jestem przesadnie religijna, a nawet chyba wcale, lecz ten graniczny sposób wyrażenia wdzięczności wydaje mi się najbardziej na miejscu w obliczu tego, co czuję. Mogę próbować wszystko spłycić, wyciszyć i strywializować, uważając ten wybuch uczuć za alkoholiczny wyskok – od bandy do bandy. Ale nie, nie będę spłaszczać, banalizować, racjonalizować, by tylko nie wypaść na egzaltowaną babę. W zasadzie mogę nawet na nią wypaść, co mi tam. 

Wypełnia mnie uczucie wdzięczności, że ja i inni, tak samo wydrenowani duchowo ludzie, mamy dostęp do czegoś, co ratuje nam życie, dzięki czemu nie musimy zdychać, ani ledwie egzystować, tylko – ośmielę się pociągnąć w tym entuzjastycznym, być może pretensjonalnym, tonie – żyć pełnią. 

Skąd te peany właśnie teraz? Bo znowu tego doświadczyłam. Po niełatwym dniu, w którym kilkukrotnie próbowałam postawić się na duchowe nogi, a wszystkie znane metody działały słabo lub wcale. 

Po mityngu, powiedzmy, że przypadkowe spotkanie w piekarnio-kawiarni. W małym gronie kilkorga AA. Po szybkiej kawie część towarzystwa się ulotniła, a ja zostałam – jakoś czułam, że należy zostać – z dwiema stosunkowo świeżymi osobami. Wydawały się zaopiekowane terapeutycznie, ale jeszcze nie programowo (ponieważ słuchają swoich terapeutów i czekają z rozpoczęciem programu do skończenia terapii), co nie znaczy, że nie potrzebujące rozmowy i jakiegoś potwierdzenia, że są w dobrym miejscu, a może też weryfikacji, podpowiedzi, odpowiedzi… 

Pamiętam to z początków i nie tylko początków mojej przygody z AA – przegadywane godziny, samo bycie ze sobą, z kimś trzeźwym, ale nie tak z natury trzeźwym, tylko z odzysku, kto wie, kto czuje i rozumie, komu nie trzeba tłumaczyć, przed kim nie trzeba udawać ani kluczyć. Takie prawdziwe braterstwo/siostrzeństwo. Porozumienie starszo-młodszych dzieciakowatych dusz. Bo wszyscy kiedyś byliśmy dzieciakami w AA. Pamiętacie to jeszcze? Te oczy szeroko otwarte, te pytania, może naiwne, chociaż chyba wcale nie, i wcale przy tym nienudne, choć odpowiedzi powtarzane setki razy, te opowieści, takie podobne, i to: mam tak samo, i to, i to też, te potakiwania, i cisza, wcale nie krępująca. Na herbacie po mityngu albo w samochodzie, w drodze na jakiś aowski wyjazd, albo w domu, po kominkach aowskich. 


Nie da się wrócić w tamto miejsce, gdy już się jest aowskim starszakiem, ale można przejrzeć się w oczach kolejnego „dzieciaka” z AA, który chłonie całym sobą i potrzebuje prostej rzeczy: żeby poświęcić mu trochę czasu, powiedzieć, że będzie dobrze, nawet jeśli czasami trudno, i opowiedzieć o swoich początkach, odpowiedzieć na pytania, jak sobie radzisz w tych wszystkich gorszych momentach. Tylko tyle. A potem można frunąć do domu i śpiewać dzięki Bogu za Wspólnotę AA, chociaż to niekoniecznie religijny akt strzelisty. Może to nawet coś więcej. Nadzieja, że czający się zimowy bagnisty smutek nie będzie tak straszny, gdy pod ręką jest kołderka Wspólnoty. Bo od kiedy coś się w środku przekręciło i wiadomo, że lepiej dawać niż brać, to nic tak naprawdę nie grozi. Żaden muł smutku, żadna magma nicości. No, chyba że szlag wszystko trafi, łącznie z pamięcią, to wtedy, proszę, przypomnijcie mi.  



wtorek, 7 grudnia 2021

202. chyba jakoś tak bym sobie to wyobrażała


Ciekawy dość tekst na portalu internetowym (mógłby być też w gazecie papierowej, nie przeszkadzałoby). Tematyka poniekąd alkoholowa, choć głównie kulturalna, bo to rozmowa z aktorem, a rzecz idzie o filmie. A ten film zatrąca o alkoholowe kręgi. I jakoś tak mimochodem, przy okazji, gdzieś w trzeciej części wywiadu dyskretna wstawka, nawet nie rameczka, a w nie-rameczce pytanie: 

Masz problem z alkoholem i potrzebujesz pomocy? Możesz skontaktować się ze wspólnotą AA przez oficjalną stronę (i tu elegancki odnośnik) lub telefon – i numer jak się patrzy. 



A jeszcze tylko dodam, że ten portal to taki jeden z największych w kraju. No to właśnie tak to chyba wygląda w cywilizowanych miejscach. 









poniedziałek, 20 września 2021

201. covidowy kopniak pokory


Wiele się zmieniło. Prawdopodobnie to jeszcze nie koniec, ale dystans już zdążył się pojawić, w każdym razie na tyle, bym mogła – z ostrożnością, bo zdaję sobie sprawę, że to może być tylko przystanek, forma przejściowa – pokusić się o jakiś opis. 
Covid na organizmy ludzkie wpłynął w rozmaity sposób, wbijając się w różne układy (według niektórych lekarzy w to, co było delikatne, wrażliwe, w pewien sposób narażone, choć bez covidowego uderzenia mogłoby działać na znośnym poziomie). U mnie zahaczył o nerwowy i skutki tego zahaczenia odczuwam do tej pory. To nie koniec świata, ale bywa trudno, kłopotliwie, męcząco i niemiło. Było gorzej, szczególnie na początku, gdy zaczęłam sobie zdawać sprawę, w jakie miejsce przeniósł mnie towarzysz Covid, kogo ze mnie zrobił. Bo na początku były głównie strach i złość (nierozłączne rodzeństwo), i totalny brak akceptacji. Łagodnie mówiąc: nie podobała mi się ta lekcja pokory. W programie 12 Kroków istnieje wyraźne rozgraniczenie pokory od upokorzenia. Ale w tej mojej lekcji – tak czułam – było głównie upokorzenie. Bo oto nagle znalazłam się w gronie osób, które mnie kiedyś złościły i budziły moją podejrzliwość. No bo jak można tak zapominać, olewać, nie czuć odpowiedzialności, być nieprzygotowanym, ciągle zmęczonym, gubić, nie ogarniać, nie pamiętać, nie kończyć, zwalniać i przystawać, zawieszać się, powtarzać te same rzeczy i czynności po kilka razy, pytać o te same rzeczy, które już zostały wielokrotnie wytłumaczone i przypomniane nawet, nie słyszeć i nie widzieć, choć się słucha i patrzy? No jak, po prostu jak można być takim nieogarem? To chyba tylko na własne życzenie i w dodatku na złość innym. Tym ogarniętym i akuratnym, odpowiedzialnym i przygotowanym. 
No więc, zdaje się, że można. 
Bo coś przyszło i przekręciło zawór. 

Co jest w lekcjach dobre? No, może znośne. Że przeczołgawszy się przez to upokorzenie, można dotrzeć do pokory, którą – nie tylko w teorii – rozumiem jako świadomość własnych ograniczeń (i zgodę na nie).
 
Oczywiście, przez lata dostawałam wiele lekcji. Nie lubiłam ich, bo zawsze łączyły się z niewygodą, koniecznością dostosowania się do sytuacji, często z bólem i cierpieniem. Efektem tych lekcji zawsze jednak była kolejna porcja kontaktu z rzeczywistością. 
 
Jest jeszcze jeden efekt i ten chyba lubię najbardziej: gdy znika bariera/granica między mną (tą lepszą, mądrzejszą, świętszą) a resztą (tą nieogarniętą, gorszą znaczy się). Okazuje się, że w wielu przypadkach wciąż jestem w stanie coś zrozumieć, nauczyć się czegoś tylko poprzez osobiste, odczute na skórze własnego ego, dotkliwe doświadczenie. Czyli wtedy, gdy sama stanę się tą osobą zza mojej granicy.
Czy lubię być taka spowolniona i cofnięta, i czasami totalnie zagubiona? Jasne, że nie! Wolałam siebie brylantową (o ile kiedykolwiek taka byłam poza moją własną wyobraźnią). Ale po tym stępieniu, przytarciu przez Los, jestem chyba bardziej swojska, bliżej. Jakoś mniej mnie irytuje nieogarnięcie innych. To zaszło jeszcze dalej (i sama otwieram oczy szeroko ze zdumienia, że jestem zdolna do takiej zmiany) – przestają mnie drażnić ci, których pozorne nieogarnięcie jest tylko sprytną strategią. Przyszło mi do głowy, że oni po prostu nie mogą – na razie – inaczej. Jakby byli duchami uwięzionymi w takiej niewygodnej bańce karmy.
 

środa, 28 października 2020

200. myślenie i złudzenie

 


Praca myślenia wiąże się z ryzykiem. Ludzie przywiązują się do swych złudzeń. Mają zresztą często takie złudzenia, bez których nie mogliby żyć. Gdy ktoś chce pozbawić ich takich złudzeń, czyni sobie z nich śmiertelnych wrogów. (…) 

Tak, o wiele bezpieczniej utrwalać istniejące złudzenia niż je rozpraszać. Człowiek, który uwalnia się od iluzji i fałszywej pewności, wchodzi w głąb samego siebie. Rozpoznaje tam źródła złudzeń i źródła niewoli, która bierze się ze złudzeń. Zaczyna rozumieć, co w nim samym jest najistotniejsze. Zaczyna po nowemu miłować samego siebie. 

Wędrówki w krainę filozofów, J. Tischner

Skojarzyło mi się mocno z 4 Krokiem, czyli inwenturą, to jest obrachunkiem moralnym, albo po prostu z dogłębnym przeglądem moich życiowych pomysłów, decyzji, postaw, przekonań i czynów, które za nimi poszły. Ale też skojarzyło mi się (zwłaszcza pierwszy akapit), z reakcją niektórych AA, którzy owszem, chcieliby poprawy życia i w ogóle, żeby nie bolało i żeby było miło, lecz żeby jednocześnie jak najmniej w sobie tykać, nie grzebać za głęboko, a szczególnie w tych pokładach, których tykanie łączy się z nieprzyjemnościunią konfrontacji – Ojej, to jednak nie jestem taki wrażliwy, dobry i współczujący? Tu też chodzi tylko o moją wygodę i ładną laurkę? Buu, nie podoba mi się! Nie, jednak nie poddam się tej amatorskiej psychoanalizie! Zrobię to po swojemu!

Pamiętam to dobrze – gorące, rzęsiste łzy wylane pewnego dnia (a nawet w dni parę, bo to nie była jednorazowa iluminacja, tylko kilka, oddzielonych latami, potężnych ciosów w moje ego, wyobrażające sobie i próbujące to wyobrażenie prezentować jako fakt, jaką jestem miłą, wrażliwą osobą, która ma tylko nieszczęście żyć w niesprzyjających okolicznościach, wśród nierozumiejących, podłych ludzi), gdy dotarł do mnie rozmiar własnego egoizmu. No i cóż takiego się stało? Wiele razy nic. Popłakałam sobie i tyle, zero zmiany. Ale jeden raz, a był on skojarzony ze wspomnianą wyżej inwenturą, czyli robotą 4 Kroku, otrzepałam się po tym płaczu i powiedziałam: Już wystarczy, dość. Czy to oznacza, że przestałam być egoistką? Niestety nie. Wciąż mi się zdarza. Ale różnica jest znacząca. Po pierwsze, zdarza się to daleko lepiej niż jest. Po drugie, nie udaję już świętej bez skazy i dostrzegam oraz przyznaję się do tych momentów, gdy myślę tylko o sobie i własnym interesie. Czasem zdarza się to nawet dość szybko – po kilku godzinach czy dniach. Po trzecie, nie obrażam się już śmiertelnie i na wieki, gdy ktoś zasugeruje, że może jednak nie jestem tak świetlista i kryształowa, jak bym chciała. 

Wejście na ścieżkę Programu, ale tak na serio, życie nim, powoduje poważne zmiany. Nieodwracalne. Tzn. można się wycofać – wystarczy wrócić do picia. Albo do nieuczciwości, również, a może zwłaszcza tej odnoszącej się do samego siebie. Wrócić do starych przekonań lub tylko odmówić przyglądania się im i pozbywania się ich.


wtorek, 29 września 2020

199. AA i nowoczesność


 
W odmętach mojego komputera natknęłam się na tekst, który napisałam jeszcze przed pandemią. Postanowiłam nie uaktualniać go o wiedzę, jaka przyszła wraz z wymuszonymi lockdown’em rozwiązaniami, czyli przeniesieniem znacznej części aktywności do świata wirtualnego. Online będzie, przynajmniej częściowo, koniecznością i nie sądzę, byśmy cofnęli się do świata sprzed. Ale pewne niedogodności, czy też zagrożenia (choć nie chcę straszyć tym słowem), są i będą realne. 
 

*

Od czasu do czasu natykam się na link, informację czy propozycję unowocześnienia komunikacji we Wspólnocie AA, między służbami AA, między alkoholikami w AA. Żyjemy w erze mediów społecznościowych, elektroniczne formy komunikacji i pobierania informacji są faktem, którego nie da się kwestionować. Ale czy wszystko, co praktyczne, ułatwiające komunikację, oszczędzające czas na pewno jest najlepsze dla celu i sprawy AA? 
 
Od dłuższego czasu obserwuję, że wiele nieporozumień i zamieszania we Wspólnocie (w ogóle między ludźmi), wypływa z niewiedzy, a dokładnie rzecz ujmując, z niedostatecznej znajomości danego zagadnienia, z niedoinformowania, niedokładnego przekazania informacji, pewnych przekłamań, które są istotą głuchego telefonu – bo tak ostatnio postrzegam przepływ informacji w AA. Zaczęliśmy więc w pewnej grupie osób dyskutować, jak można by niektóre rzeczy usprawnić. Och, to proste: zamknięte konto na facebooku, forum, lista mailingowa, googledoc, aplikacja – wszystko łatwo dostępne, łatwe do założenia i stosowania. Poza tym, na przykład ulotki i literaturę można by udostępniać wyłącznie w formie elektronicznej – teraz wszyscy mają do wirtualnej przestrzeni dostęp, a przy okazji można zadbać o ekologię, nie marnować ton papieru. 
 
Chwilę wcześniej ktoś mi opowiadał, jak zachwycająco działa pewna grupa AA: nowicjuszom wysyłają link z wszelkimi niezbędnymi materiałami (sugestiami, tekstami dla nowoprzybyłych, opisami medytacji, przydatnymi modlitwami). I myślę sobie, jak wspaniale, że nowoczesność, a tak naprawdę normalność, wkracza do AA. Nic w tym dziwnego, do AA trafia coraz więcej ludzi młodych, wychowanych w Internecie, pracujących przy użyciu nowoczesnych narzędzi; ludzi, dla których wszystko to, co niesie współczesność, jest codziennością. Tę nowoczesną codzienność wnoszą do Anonimowych Alkoholików. 
 
Ale dociera do mnie i to, że Wspólnota AA to nie wielkie aglomeracje, młodzież i pracownicy korporacji. To też. Ale prawdopodobnie ludzie młodzi, sprawni komputerowo, internetowo, społecznościowo mimo wszystko stanowią mniejszość we Wspólnocie. A zatem to unowocześnianie czy reorganizowanie AA, tego typu pomysły udogodnień pomijają, a przez to dyskryminują znaczną część uczestników Wspólnoty. Wielu ludzi nie będzie w stanie skorzystać z pomocy, dokumentów, linków fruwających w chmurze, bo nie wiedzą, jak to zrobić, nie mają gdzie tego zrobić, wielu z nich nawet się do tego nie przyzna. Narzędzie, którego z założenia nie będzie mogła używać część członków wspólnoty, nie jest właściwym narzędziem. 
 
Przyszło mi do głowy jeszcze jedno. Wiele tych nowych pomysłów ma wspólną cechę: nie wymagają bezpośredniego, osobistego kontaktu z drugim człowiekiem. Prześlijmy sobie link, pdf, pobierzmy ulotkę, przeczytajmy gdzieś, jak ją rozumieć, ściągnijmy aplikację do medytacji, wyślijmy listę wdzięczności albo aowską refleksję smsem lub whatsappem, odbądźmy mityng na skype. 
Czy to źle? Na pewno nie. Szczególnie jeśli to jedynie część działania, narzędzie, jedno z wielu, pomocne w rozwoju, wsparcie w nagłej potrzebie. Gorzej, jeśli cała moja aktywność jako zdrowiejącej alkoholiczki będzie się opierała wyłącznie na tym. Dlaczego gorzej? Bo… zdrowienie zaczyna się wtedy, gdy jeden alkoholik rozmawia z drugim o problemie i rozwiązaniu. Rozmawia. Spotyka się, pije kawę (herbatę, yerba mate, colę czy mleko), poświęca czas, reaguje, opowiada o sobie i słucha o nim. Patrzy w oczy, kiwa głową, wzdycha, przerywa: „To tak samo jak u mnie”.
Wiele miesięcy temu zaprzyjaźniłam się z niealkoholiczką, dziewczyną zdrowiejącą w pewnej wspólnocie dwunastokrokowej, w której także jest Wielka Księga i program realizowany ze sponsorem. Opowiadała mi długo, że w tej wspólnocie nie ma trzeźwienia, przebudzeń duchowych, działania, chęci służby na taką skalę jak u alkoholików. Zastanawiałyśmy się, dlaczego? Oczywiście, trudno o jednoznaczną diagnozę i chyba też nie miałabym odwagi jej stawiać. Ale uderzyła mnie jedna rzecz: sponsorowany dzwoni do sponsora, ale ten może mu poświęcić góra 5 minut, raz w tygodniu, często nie odbiera, nie oddzwania. Nie spotykają się osobiście. Swoje spostrzeżenia i refleksje na temat programu i poszczególnych kroków sponsorowany pisze i wysyła sponsorowi mailem lub którymś z komunikatorów. Podobnie jak listę wdzięczności. Nie dostaje odpowiedzi. Nie ma nawet pewności, czy sponsor je w ogóle przeczytał. Nietrzeźwy umysł (jakim na początku wychodzenia z uzależnienia dysponuje każdy z nas) pisze swoje nietrzeźwe pomysły i nie dostaje żadnej weryfikacji od umysłu z założenia trzeźwiejszego. Ale jak może dostać, jeśli sponsor od swojego sponsora odpowiedzi także nie uzyskał? Bo przecież rozmowy nie są tam na porządku dziennym. 
 
Zadawanie pytań i udzielanie odpowiedzi. Opowiadanie o sobie i słuchanie takich opowieści  w ten sposób ludzie nawiązują relacje. W ten sposób buduje się wspólnota. A my z jakiegoś powodu zostaliśmy nazwani wspólnotą. Dla mnie to słowo ma wielkie znaczenie i moc – alkoholizm jest chorobą samotności i oddzielenia. Sama ginę. Ginęłam nie raz. Ratuje mnie bycie z drugim człowiekiem. To, że on pomoże mi. To, że ja pomogę jemu. To drugie może nawet bardziej mnie ratuje (a jeszcze lepiej, jeśli nie do końca wiem, że mu pomagam, gdy nie nadymam się górnolotnym niesieniem pomocy, tylko zwyczajnie słucham, a potem coś powiem, z własnego doświadczenia). Jeśli zabraknie tego osobistego kontaktu, może zabraknąć najważniejszego dla nas spoiwa, najważniejszego w naszej przypadłości lekarstwa – bezinteresownego (może i nie zawsze) bycia z drugim człowiekiem i dla drugiego człowieka. Kiedyś jeden psychiatra powiedział mi: Uzależnieni różnią się między sobą, hazardziści są tacy i tacy, seksoholicy tacy i siacy, narkomani siacy i owacy, a alkoholicy? Oni pognają na pomoc drugiemu pijakowi, będą gadać przy tych swoich kawach i gadać, i czują się przy tym świetnie. A co najdziwniejsze – to działa, ratuje ich i przemienia.
 

*

Wiem, że w czasach Billa nie było Internetu, nie mógł się więc do tego zjawiska odnieść. Nie miałam szansy osobiście poznać Billa W., lecz z wielu źródeł wyłania się obraz człowieka, który sprawdzał każdą, nawet mocno dyskusyjną, a wręcz szaloną nowinkę, by jeszcze bardziej pomóc alkoholikom trzeźwieć, by znaleźć jeszcze lepsze narzędzia do wyrwania się z tej podstępnej dziwnej choroby, jaką jest alkoholizm. Z jakiegoś powodu Anonimowi Alkoholicy nie korzystają z kwasu nikotynowego, LSD ani wywoływania duchów na równi z niesieniem posłania, dzwonieniem do nowicjuszy, modlitwą, autoanalizą, służbą. Wnioskuję z tego, choć mogę się mylić, że po sprawdzeniu, część nawet niezwykle obiecujących pomysłów (hm, LSD) została jednak odrzucona. I żeby była jasność – nie jestem przeciwniczką Internetu! Korzystam z niego, nawet komunikując się z przyjaciółmi z AA. Ale nie chciałabym musieć korzystać tylko z niego. I nie chodzi o te kawy niewypite. Mimo że ludzie mnie męczą, to jednocześnie cholernie potrzebuję głębokich rozmów, tego poczucia porozumienia, które daje intensywne (już trudno, że wyczerpujące), bycie z drugim człowiekiem, który wibruje na podobnych częstotliwościach. 

niedziela, 31 maja 2020

198. AA online, czyli odmęty nadmiaru

W ciągu tygodnia nadeszły wieści i zaproszenia na mityngi z udziałem weteranów, najpierw z jednego krańca Stanów Zjednoczonych, potem z drugiego, wreszcie z Kanady. Co za radość, czyż nie o to właśnie chodziło? Żeby mieć dostęp do doświadczeń ludzi z odległych miejsc, w dodatku dostęp niemal powszechny, bo wypowiedzi będą tłumaczone na język polski.
Jest tylko jeden szkopuł. Wszystkie te spikerki (a możliwe, że i jakieś kolejne, wszak nie wszystkie informacje do mnie docierają) odbędą się w tym samym czasie, tego samego dnia, o jednej godzinie…
W realu kłopot byłby mniejszy – odległość stanowiłaby ostateczne kryterium wyboru – ale online skraca dystans, mogę dotrzeć wszędzie, bez konieczności wychodzenia dokądkolwiek. A to rodzi kłopot. Dla mnie niemały. Kłopot z wyborem. Jakoś, czasami zaskakująco dobrze, radzę sobie z brakiem. Gorzej ze zbyt szeroką ofertą. Konieczność wyboru wciąż rodzi napięcie i dyskomfort – przecież jeśli wybiorę jedno, to pozostałe przepadną. A co, jeśli te pozostałe byłyby ciekawe, wspaniałe, lepsze?

W związku z tym przyszło mi do głowy pewne porównanie – czy mityngi online z ich możliwościami nie otwierają czasem drogi do postawy czy myślenia, (nieco alkoholicznych), które przewijały się przez moje picie: skoro po jednym czy dwóch drinkach czuję się tak wspaniale, to jak bosko mi będzie po sześciu czy dziewięciu?! Ale to margines moich rozważań, wracając do meritum, zapewne najefektywniej, choć wcale nie łatwiej, byłoby zorganizować jedno wydarzenie dla szerszej liczby uczestników. I kolejne, z następnym weteranem-spikerem, w innym terminie, również dla większego grona. Fakt, to wymagałoby dogadywania się i współpracy, czegoś, do czego namawiają Tradycje AA, co pomaga wytrenować pełnienie służby, a co jest tak trudne dla alkoholików, bo większość z nas zapewne znacznie lepiej radzi sobie w samodzielnych zmaganiach niż w pracy zespołowej. Bo jesteśmy bandą solistów, którzy dopiero pod przymusem i dzięki wsparciu Siły Wyższej (która powoli przemienia w nas te egocentryczne cechy), nabierają umiejętności współpracy i współdziałania.

Bardzo mi bliskie, to znaczy znajome, jest pragnienie posiadania najlepszego mityngu/grupy domowej na świecie. Z najciekawszymi tematami, najpopularniejszymi spikerami, największą liczbą uczestników. To takie samo pragnienie, ambicja, jak z pełnieniem służby w AA – chcę odbyć tę służbę (jaka by nie była) najwspanialej, jak nikt jeszcze nie służył, wyznaczyć jej nowy wzorzec, który wystawią potem w banku miar i wag w Sèvres, model, który wpisze się w krajowe, a kto wie, czy nie światowe annały AA. Oczywiście, gdyby ktoś wprost wskazał tę częstą w AA przypadłość, wyparlibyśmy się lub zaśmiali w głos, prezentując pozornie zdystansowaną postawę, lecz… niech rzuci kamień*, kto nie próbował być mistrzem świata w swojej służbie: najbardzej elokwentnym i dowcipnym prowadzącym, oferującym sześć gatunków herbaty, a do kawy bezlaktozowe mleko herbatkowym, gromadzącym najwięcej kapeluszowego hajsu skarbnikiem. O pokorze, wyrażającej się w anonimowości, czyli w umiejętności bycia jednym z wielu, stania w szeregu, jest dopiero w Dwunastej Tradycji. Nie każdy z nas dociera na ten kraniec Programu, nie tak trudno też opuścić tamto miejsce i zapomnieć, o co chodzi w całej tej anonimowej pokorze – przecież w robieniu grupie/intergrupie/regionowi najlepiej nie ma nic złego. A że według własnych standardów i pomysłów… Wszyscy jesteśmy w drodze.

Tylko jak ja mam wziąć udział w trzech różnych mityngach na raz?


* Z tym kamieniem to żart. Proszę niczym nie rzucać, a już zwłaszcza kamieniami, zgniłymi jajami, kalumniami, mięsem i butelkami z trollowym jadem.



piątek, 22 maja 2020

197. dawanie z pożytkiem



Dawanie czasu i energii – choć nie zastąpią one niezbędnych przedmiotów – wydaje się szczodrością wyższej klasy. Mam tu na myśli zwłaszcza dar służby upośledzonym, bezdomnym, samotnym, osadzonym w więzieniu, i tym, którzy z niego wyszli. Ten rodzaj szczodrości odnosi się także do nauczycieli, przekazujących uczniom wiedzę. Czynnikami, które decydują o tym, czy dawanie przyniesie maksymalny pożytek i dającemu, i obdarowanemu, są brak oczekiwania i jakiejkolwiek myśli o nagrodzie, a także pobudki: prawdziwa troska o innych. Im bardziej poszerzamy perspektywę – tak, by obejmowała również pomyślność bliźnich – tym pewniejsze stają się fundamenty naszego własnego szczęścia.
Etyka na nowe tysiąclecie, Dalajlama



To nie jest nowa książka, ale Dalajlama z pewnością nie wydał jej przed szaloną przygodą kilku amerykańskich pijaków, znaną dzisiaj jako pisanie książki Anonimowi Alkoholicy. Tymczasem przekaz/duch obydwu pozycji jest tak zbieżny… Zdanie ostatnie jakby żywcem wyjęte z Wielkiej Księgi
Mężczyźni ci odkryli w życiu coś zupełnie nowego. Chociaż wiedzieli, że jeśli chcą zachować trzeźwość, muszą pomagać innym alkoholikom, okazało się że jest jeszcze coś ważniejszego – poczucie szczęścia, które znaleźli w dawaniu siebie innym ludziom. (str. 159)
Nasi dwaj przyjaciele nie mieli jednak łatwego życia. Pojawiło się mnóstwo trudności. Obaj zrozumieli, że muszą być ciągle aktywni duchowo (str. 156)

Wiem, że znalazłoby się jeszcze kilka podobnych fragmentów, i jeśli ktoś ma chęć, może zagrać w intelektualno-duchową grę, odnaleźć je i przytoczyć – zapraszam. Mój sponsor mówił o tym tak: jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to jakby jej nigdy nie było. Można i tak, mniej romantycznie i sentencjonalnie: jeśli nie przekażesz dalej tego, co dostałeś, to ci zgnije i sam też nie będziesz miał. 

Zdanie przedostatnie dalajlamowego cytatu to coś, o czym czasem rozmawiam z przyjaciółmi z AA. Kwestia motywów, leżących u podłoża naszych rozmaitych działań, które nieco górnolotnie można określić jako niesienie posłania. Tak, intencje mają znaczenie! Dlatego muszę dbać o kondycję duchową, by to, co przekazuję, czym się dzielę, było duchowo dobrej jakości, by nie rozdawać półproduktów, podróbek czy duchowo- albo posłaniopodobnych wytworów. A to jest naprawdę niełatwe. Może właśnie tak, jak pisze Dalajlama – jest czymś wyższej klasy. Zbyt często jestem zbyt niska (leniwa, skoncentrowana na własnych małych planach i celach), by dobrze realizować to zadanie.  

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam zdanie pewnego alkoholika: Mam ratować dla Boga dzieci boże, a On zadba o to, bym miał co jeść, wydało mi się odkrywcze, ale też odrobinę megalomańskie. Z upływem lat przyswajam i uwewnętrzniam je coraz bardziej. Już nie widzę w nim megalomanii, tylko ciężką pracę. Chciałam napisać „niewdzięczną”, ale to kompletna nieprawda. Jak najbardziej wdzięczną – gdy się udaje, gdy dostaję od Siły Wyższej prezent i mam okazję obserwować efekty. Zatem nie „niewdzięczną”, tylko żmudną. Ale jeśli podtrzymuję w sobie ducha (a to wymaga wysiłku, treningu, uważności), cała reszta dzieje się jakby sama, jakby od niechcenia. Jakieś pieniądze, nieobrzydliwe zlecenia, przyjaźni ludzie, hojne miejsca… czyli chyba wszystko to, co może być tłem stanu, który w Wielkiej Księdze nazwany został radością życia. 



niedziela, 10 maja 2020

196. AA w sieci (i co z tego wyniknie)


Jeszcze nie wiemy, jak w przyszłości będzie się nazywało te kilka (?) miesięcy 2020 roku. Czy będzie podobnie jak z „wojną”, „sześćdziesiątym ósmym” czy „Czarnobylem”? Podczas korony? W erze covidu? W społecznej komunikacji potrzebny jest jakiś skrót, który błyskawicznie umieści opowieść w kontekście. Ciekawi mnie, jaki to będzie skrót, i co będzie się o tych czasach opowiadać. Może nawet za bardzo bym chciała wybiec w przyszłość, jakby teraźniejszość była nie dość interesująca. Bo to intrygujące, co wymuszona izolacja, a dokładniej nasze sposoby radzenia sobie z nią, po sobie zostawią. Jak zmienią naszą rzeczywistość postizolacyjną. Bo że zmienią, nie mam wątpliwości. 

* 

Niemal zaraz po ogłoszeniu nowej rzeczywistości ruszyły mityngi online. I to, że ruszyły, uważam za rzecz świetną i kolejny dowód na to, jak bardzo przedsiębiorczymi ludźmi są alkoholicy, jak potrafią się zorganizować i zrobić coś sensownego. Sami z siebie. Bo nikt za grupy tego nie wymyślił, nie narzucił, nie polecił (któż miałby taką moc?). Mityngi online funkcjonowały już wcześniej (na świecie od 1999 roku, jak pisze Tadeusz ze Steru w drugim tomie Historii AA w Polsce), ale – w mojej świadomości – raczej jako rozwiązanie specjalne, wyjątkowe, dla kogoś, kto kompletnie nie może dostać się na „żywe” spotkanie, bo jest na misji (najlepiej ONZ lub NATO, żeby brzmiało poważnie), w pracy, w szpitalu albo na mocno egzotycznych wakacjach. Nie miałam pomysłu ani potrzeby korzystania z nich. Lecz kiedy sytuacja wyjątkowa, właśnie taka, która wymaga specjalnych rozwiązań, wśliznęła się w nasze codzienne i nieegzotyczne życia, okazało się, że mamy na nią gotową odpowiedź. 

Na pierwsze mityngi niestacjonarne, nieanalogowe* zalogowałam się z ciekawości. Żeby wiedzieć, jak wyglądają, o co w nich chodzi, a w razie potrzeby dodać otuchy i wesprzeć technicznie nowicjuszy, podopieczne i kogokolwiek, kto byłby zainteresowany. Skorzystałam z kilku różnych platform oferujących połączenie audio-video, byłam na mityngach telefonicznych. I choć jestem tak skonstruowana, że w pierwszej kolejności dostrzegam i wyłapuję różnice, minusy, słabsze strony i potencjalne zagrożenia, to jednak zacznę od plusów, szans i możliwości, jakie spotkania na skype, zoom, gotomeeting, discord i paru innych platformach ze sobą niosą. 

Zatem: dostęp do mityngów wcześniej z powodów geograficznych niedostępnych, a także możliwość posłuchania doświadczeń alkoholików, których w inny sposób nie dałoby się usłyszeć (a identyfikacja i inspiracja są istotne nie tylko dla nowicjuszy). Co za gratka – zaprosić, bez obciążania grupy kosztami, do Jeleniej Góry spikera z Suwałk lub do Sanoka kogoś ze Szczecina. Zaraz, ale dlaczego ograniczać się granicami państwa? Zaprosić ich do Hamburga, Dublina czy Londynu. Jeśli ktoś zna język, może wskoczyć na mityng do Nowego Jorku. Jeśli nie zna… i tak może posłuchać zagranicznych spikerów. Na polskich mityngach. Tłumaczonych na język polski. 

Jeśli ktoś sobie życzy, może uczestniczyć nawet w kilku mityngach dziennie. Wprawdzie mityngi same w sobie nie leczą, ale są nowicjusze, którzy w ten sposób radzą sobie z obsesją picia, szczególnie w krytycznych momentach, a do takich obecna sytuacja z pewnością może należeć.

Wyższa potrzeba – a tym okazuje się być udział w mityngu w czasach zarazy – skłoniła wielu zatwardziałych przeciwników wszelkiej technologii do rewizji dotychczasowych uprzedzeń. I nagle się okazało, że digitalowi analfabeci (w ich gronie bywam i ja) śmigają w zoomy i discordy niewiele gorzej od młodzieży, co ze smartfonem w dłoni przyszła na świat. (Choć akurat ten szeroko edukacyjny, wyrastający poza kwestie trzeźwienia, aspekt wspólnoty odkryłam już dawno, teraz wypatrzyłam tylko kolejny przykład). 

W pierwszych dniach #zostańwdomu wszyscy potrzebujący wsparcia, ci dzwoniący na infolinię AA lub pragnący powrócić na wspólnotowe łono, słyszeli: niestety, nie spotykamy się na żywo. Wkrótce jednak zdanie to zyskało ciąg dalszy: …ale mityngi są organizowane w internecie lub przez telefon. A potem się okazało, że to pozorne utrudnienie staje się ułatwieniem, znosi bowiem bariery (często wyolbrzymione, co nie znaczy, że nie realnie powstrzymujące) przed przyjściem na spotkanie AA. Na jednym z internetowych mityngów usłyszałam wypowiedź alkoholiczki: gdyby nie te spotkania w sieci, nigdy bym do was nie przyszła, tak się wstydziłam. Na mityng telefoniczny czy internetowy można wejść bez rejestrowania się, podawania danych, bez pokazywania twarzy, chyba bardziej anonimowo już się nie da.

Ale ponieważ można bardzo anonimowo, to otwierają się też, na razie na szczęście niezbyt szeroko, drzwi potencjalnych nadużyć (w ten oto sposób przechodzimy gładko do minusów, niedogodności oraz zagrożeń).
Dostałam od jednego z uczestników AA sms-ostrzeżenie o nowym zjawisku na – bodajże – anglojęzycznych mityngach: na online’owe spotkanie loguje się ktoś anonimowo, a następnie zawłaszcza je/uniemożliwia prawidłowy jego przebieg/wprowadza zamieszanie i niepokój, zniesmacza lub bulwersuje swoją wypowiedzią. Fakt, zalogować się może absolutnie każdy, adresy mityngów widnieją na oficjalnej stronie AA. O ile zakłócanie spotkania jakichś tam alkoholików byłoby dla kogoś atrakcją (wiem, szaleńców nie brakuje). Choć wydaje mi się, że problem ten, jeżeli w ogóle, jest dopiero przed nami. Póki co wspólnota AA w Polsce nie jest aż tak znana, popularna i powszechna (jak w USA chociażby), by chciało się na nią robić zajazdy**.  Poza tym admin czy prowadzący mityng online ma możliwość błyskawicznego rozwiązania problemu – wystarczy wyłączyć przeszkadzaczowi mikrofon czy usunąć go ze spotkania. Na żywo pacyfikacja wymaga znacznie większych nakładów cierpliwości, umiejętności, a czasem sił.  

Kolejna rzecz: mam wrażenie, że spotkania na skype, zoom, gotomeeting, a jeszcze bardziej telefoniczne, wymagają znacznie większej koncentracji, większej energii, by nie ulec rozproszeniu (jestem wzrokowcem, brak możliwości skupienia wzroku na czymś/kimś konkretnym powoduje u mnie odlot w inne rejony, kompletnie na przykład nie umiem korzystać z audiobooków). Mniejsze skupienie skutkuje rozproszeniami, a te nudą. A skoro nuda, to może sprawdzę maile, przeskroluję fejsbuka, rzucę okiem na newsy z kraju, ze świata, z pudelka. Rozproszenie jeszcze większe i właściwie poczucie, że ten mityng jest jakiś taki miałki, płaski. Ale… przecież mogę jednym kliknięciem przeskoczyć na inny, może będzie ciekawszy. Turystyka mityngowa ma też ciemniejszą stronę – bez żadnego wysiłku mogę być wszędzie, bo w tym samym czasie odbywa się kilka mityngów, i nawet nie zauważyć, że przez to skakanie nigdzie tak naprawdę nie jestem. Z niczego nie korzystam. Niewiele, jeśli cokolwiek, od siebie daję. 
W pewnym momencie zastanowiły mnie przedłużające się chwile ciszy, uporczywie milczenie, zwłaszcza wobec jeszcze niedawno wyrażanej wdzięczności za dostęp do jakichkolwiek, choćby internetowych spotkań w tak trudnym czasie. Lecz jeśli wpadam na mityng w jego trakcie albo dzielę uwagę pomiędzy kilka tematów/mediów, to może być mi trudno się zorientować w temacie. Najlepiej się więc nie wypowiadać. To i tak lepsze niż opcja: nie wiem, no to powiem, bo mam swoją historię, jedyną, ale pasuje za to na każdą okazję.

Rozmaite czynniki się zapętlają i wzajemnie potęgują: powierzchowność i długie milczenie mogą powodować, że nie bardzo mam chęć podłączyć się do mityngu. Jeśli skaczę ze spotkania na spotkanie, z platformy na platformę, trochę ciężko z utrzymaniem poczucia przynależności i wspólnoty. Bo niby z kim tę wspólnotę zbudować? Z niewidzialnymi głosami? Niewiele mówiącymi nickami? Wiele osób deklaruje tęsknotę za dawnymi prawdziwymi spotkaniami. Pewnego sentymentu może się dorobić nawet ten wkurzający gość, mamroczący w kącie zawsze to samo albo ta trochę arogancka dziewczyna, która ciągle się użala, ale przecież wszystko wie najlepiej. Tak, nawet ich zaczyna jakoś brakować. 

Jest jeszcze jedna kwestia, związana z anonimowością. Logujesz się na rozmaite platformy, dotychczas nie wykorzystywane i nieznane, a może i znajome, ale używane w celach profesjonalnych, pod nazwiskiem, czasem też nazwą firmy. Nawet jeśli zauważysz, że te dane są widoczne dla wszystkich, nie zawsze umiesz je usunąć/schować/zamienić na mniej personalne. Na kilku mityngach spotkałam znajomych z całkiem innych zebrań czy organizacji. Nie miałam pojęcia, że łączą nas również kwestie zdrowotno-duchowe. Pokojarzyłam też parę faktów, których nieznajomość naprawdę mi nie wadziła. Czy to wykorzystam? Nie sądzę. Nie mam ani potrzeby ani zamiaru. Ale… czy wszyscy będą tak dyskretni? 

Zastanawiałam się, a może i martwiłam, jak sobie damy radę ze służbami, sponsorowaniem nowicjuszy, literaturą czy siódmą tradycją. Całkiem niepotrzebnie. Wszystkie te kwestie potrafimy ogarnąć – w końcu alkohol też potrafiliśmy zorganizować zawsze. I prawdopodobnie z pozostałymi zagrożeniami też sobie poradzimy, przekujemy je w lekcje. Trzeźwi alkoholicy stają się nauczalni, wyciągają wnioski.

*


Temat picia (czy w kwarantannie jest większe i straszniejsze), radzenia sobie z nim (ale przecież ośrodki, detoksy i terapie pozamykane) zaciekawił wiele osób. Dziennikarze pytają, specjaliści objaśniają i prognozują. Jeden z branżowych przyjaciół napisał na swoim blogu:
Zastanawiam się, jak będzie wyglądało nasze (AA-owskie) środowisko, kiedy problemy z koronawirusem już się skończą. Alkoholicy przekonani przez psychoterapeutów lub kolegów z AA, że jeśli nie będą obecni na kilku mityngach tygodniowo, to na pewno zapiją się na śmierć, zorientują się, że to nie jest prawda. Bo też nie wszyscy mogą, chcą i potrafią podłączyć się do jakiegoś spotkania on-line, na takiej lub innej platformie internetowej.Oczywiście pewna liczba uzależnionych wróci do picia. Ci, którzy własny lęk przed zapiciem w związku z nieobecnością na mityngach, rozkręcą tak bardzo, że wywołają sobie nawrót choroby alkoholowej, ale nie sądzę żeby były to liczby znaczące. Będą też tacy, którzy brak mityngów potraktują jako usprawiedliwienie picia. Część ze sponsorów pracuje z podopiecznymi zdalnie, przez internet. Czy „po wszystkim”, sponsorom i podopiecznym znów będzie się chciało wychodzić z domów?
A może na mityngach on-line pojawią się ci, którzy dotąd nigdy do AA nie trafili i dzięki temu przekonają się, że nie taki diabeł straszny? ***
(meszuge.blogspot.com) 

Ja mam nadzieję, że pogubieni powrócą, a rozproszeni się zjednoczą, wkleją we Wspólnotę, która przetrwa i ten czas, jak przetrwała wszystko do tej pory. A po mobilizacji wobec stanu wyjątkowego zostanie nam kilka ciekawych rozwiązań, których wcześniej nie widzieliśmy, nawet ich nie przeczuwaliśmy, oraz inicjatyw, które otworzą AA dla nowych członków (tak jak już się to dzieje w przypadku mityngów dla g/Głuchych). 




---
* Jak teraz nazywać dawne spotkania? Z określeniem „normalne” w odniesieniu do AA zawsze mam lekki problem, jakby było jakimś może nie nadużyciem, ale zniekształcaniem rzeczywistości, wydaje mi się, że wszyscy tu w AA (choć może i tu na ziemi) jesteśmy trochę wariatami, co swoją drogą czasem bardzo mi pasuje.
** Oczywiście na otwarte mityngi w realu też może przyjść każdy, ale musiałby się wykazać jednak większym samozaparciem niż wkliknięcie się w spotkanie (trolle należą do gatunku upierdliwego, lecz leniwego, a ponadto strachliwego, więc mało prawdopodobne, by któryś nieuzależniony troll wybrał się fizycznie na spotkanie i próbował się produkować przed żywymi ludźmi). Aczkolwiek znana jest mi frakcja alkoholików (dorobili się nawet własnej nazwy), grasująca po mityngach stacjonarnych w jednym z dużych miast, i podobnie się zabawiająca.
*** Całość tutaj. Na marginesie, szczególnie ciekawe poznawczo wydają mi się komentarze pod tym postem – przerzucanie się tradycjami AA, a raczej ich interpretacjami, rumakowanie z szabelką wspólnego dobra i głównego celu. Rzucić okiem i wyciągnąć wnioski warto. Ale, jak powiedział klasyk, to już zupełnie inna historia.  




piątek, 10 stycznia 2020

195. posłanie i przykład


Raz na jakiś czas zdarza mi się spotkać w AA osobę, która naprawdę chce. Naprawdę! Może już przerobiła wszystkie inne sposoby, może już sprawdziła na wylot własne możliwości i się przekonała (ci, którzy sprawdzili, wiedzą, o co chodzi). A może ma po prostu silne poczucie, że w sytuacji, w której się znalazła, trzeba się powierzyć, czyli uchwycić tego, o czym w AA mówią, słuchać i robić. No więc właśnie spotkałam kogoś takiego i nie mogę wyjść z pełnego podziwu i radości zdumienia (nie wiem, czy z niedoskonałości zasobów językowych czy może z nieopisywalności tego stanu, trudno mi wyrazić to lepiej).  

Pamiętam gdy mój sponsor mówił: Wiem, że teraz tego nie rozumiesz, ale za jakiś czas będziesz to miała… Przez te kilka lat miałam i zrozumiałam już wiele razy i czasem zastanawiam się, jak on widział i przyjmował moje wysiłki, jak patrzył na fakt, że naprawdę robię to, co mam zrobić, według jego instrukcji. Przypomniałam to sobie właśnie przy okazji mojej reakcji na pracę i postawę wspomnianej na początku osoby. To takie pełne wzruszenia zadziwienie, że komuś się chce, że naprawdę słucha tego, co mówię, że mi wierzy, że to działa. I zastanowiło mnie: jak wielką rzeczą jest niesienie posłania, przekazywanie programu (och, umówmy się, jest przy tym normalne, codzienne, zwyczajne, not big deal)! Jakie przynosi owoce, jak potrafi wstrząsnąć i przemienić – nie tyle osobę przyjmującą, to oczywiste, lecz tę, która przynosi, która przekazuje i prowadzi. 

Tak mocno do mnie dotarło, jak wielką siłę ma alkoholik, który realizuje program i realnie się zmienia (i może nawet sam jeszcze tego nie widzi). Jak żywym, gorejącym jest przykładem. 
Ten stan uważam za niezwykły model niesienia posłania. Gdy dzwoni do sponsora, relacjonując przebieg kolejnych rozmów z ludźmi, których kiedyś skrzywdził, gdy na mityngu opowiada o tym, co niektórych może wkurzać, bo zdaje się być odbierane jako natrętny wyrzut (choć przecież niczego nikomu nie wyrzuca, mówi jedynie o swoich działaniach i przeżyciach), ale jest też inspiracją, zarzewiem, energią, która może popchnie i mnie do działania. Gdy aż skrzy od tej energii duchowej, otoczony poświatą opalizującej aury (wiem, wiem, rozpędziłam się, ale sama mam dreszcze). Pamiętam słowa z WK o tym, że sama nasza obecność, każde zdanie wypowiedziane podczas spotkania AA jest niesieniem posłania. I to, jak mocno się z tym nie zgadzałam i nadal nie uważam tego za zawsze prawdziwe. Poza tymi przypadkami, kiedy alkoholik rozpalony przebudzeniem duchowym w rezultacie działania, roztacza wokół siebie dowody na istnienie siły większej, wyższej, cuda, prawdziwość doświadczenia opisanego dziesięciolecia temu w literaturze AA. 


środa, 1 stycznia 2020

194. nie-bilans


Wśród tych, którzy podsumowania roczne robili, gdy mało kto podsumowywał, zapanowała, jak widzę, moda na deklaracje o odejściu od ewaluacji (no, najwyżej tylko małe podkreślenie, złota myśl, ot co, żeby tak całkiem z obiegu nie wypaść), ponieważ wśród mas szerokich z kolei roczne raporty i plany nabrały powabu en vogue. I teraz jestem w kropce: przyznać się do skąpego, macoszego bilansu (wynikającego z czynników tak dalekich od mody i znajomości trendów jak bułka kajzerka), i tym samym stanąć po stronie dumnej nowoczesności, czy z przekory, naciągając w dodatku rzeczywistość (bo podsumowanie jednak blade i szczątkowe), wcisnąć się w mainstream, nadwerężając jednocześnie ego, które chciałoby się wyróżnić. 

Jeśli komuś udało się przebrnąć przez ten niepotrzebnie skomplikowany labirynt wstępu – składam wyrazy uszanowania. I spieszę objaśnić, czemuż to moje podsumowania i agendy wyglądają inaczej, niż dawniej. I dlaczego w ogóle jeszcze są.
Są otóż dlatego, że precedensy w moim życiu to niebezpieczeństwo. Jeśli raz sobie pozwoliłam, raz odpuściłam – czemu miałabym nie odpuścić znowu? A po tym następnym odpuszczeniu/zaniechaniu to już wiadomo, szkoda gadać. Dlatego, mimo może nie niechęci tylko poczucia średniego sensu, postanowiłam zasiąść do moich zeszytów i wypunktować znaczące momenty roku minionego oraz co większe nadzieje, pomysły czy raczej pomysłów zarysy na rok nadchodzący. Właśnie pomysły, nie plany. Bowiem ten rok pokazał mi, jak poprzedni, że trudno te dawne punkty nazwać planami albo celami – rozmyły się, zapomniałam o nich. Inne były tylko pobożnymi życzeniami, chciejstwami. Chciałam, żeby dany temat pojawił się w moim życiu. Niektóre umieściłam na liście, bo zdawało mi się, że tak należy. Efekt – jak zwykle spora doza frustracji. 

Po co mi to? – podszepnęło coś jakoś na jesieni. Mało ci poczucia nieadekwatności, przesypywania czasu przez palce, przepuszczania okazji? Mało presji, poczucia winy i rozczarowania sobą? Tym razem określiłam więc ledwie kilka obszarów czy kierunków, które mnie ciekawią. Ale czy zdołam tam pójść? A dojść? Wciąż zbyt wiele mnie interesuje i pociąga. Rozziew między pragnieniem spenetrowania czegoś a możliwościami/siłą do realizacji z każdym rokiem rośnie. 
  • Nie wiem, ile przeczytam książek – chcę wrócić do lektur starych, do prawdziwych pisarzy, prawdziwego, głębokiego spojrzenia, opisu świata (ale czy ten opisany dogłębnie świat ma jeszcze coś wspólnego z obecnym?).
  • Nie wiem, ile napiszę tekstów – chcę pisać o tym, co mnie choć trochę pociąga (w obszarze zawodowym nie zawsze o to łatwo).
  • Nie wiem, ile kilogramów schudnę, pewnie raczej przytyję – chcę czuć wreszcie moje ciało, słyszeć je i odpowiadać na jego mądre potrzeby. 
  • Nie wiem, ile czasu uda mi się uratować od zmarnowania – chcę nic nie robić, milczeć, gapić się, nudzić.
  • Nie wiem, ile miejsc odwiedzę – chcę być tam naprawdę, zostawiać ułamek śladu i obok zmęczenia czuć wdzięczność za tę możliwość.
  • Nie wiem, ile nowych przestrzeni zwabi mnie i otworzy się przede mną – chcę bez żalu zostawiać stare miłości, wracać do nich choćby na dzień i cieszyć się, że spędziłam z nimi dziesiątki, setki, tysiące godzin i że jeszcze zdarza się choćby słaby poryw, który popchnie do śpiewu, tańca, gry. Do pisania. Jak teraz.




środa, 14 sierpnia 2019

193. poznać siebie


Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, powiedzmy, że to interesujące, co porusza i ciekawi innych, co ich zatrzymuje i pobudza. Dzisiejszy tekst był jakiś taki pół na pół, irytująco-oczywisty. Już sam tytuł książki drażnił (Radość życia), nie mówiąc o przydomku autora: Dr Love! No, hello!  


Kiedy umrzemy i pójdziemy do nieba, spotkamy tam naszego Stwórcę. Nasz Stwórca nie będzie pytał: "Dlaczego nie zostałeś mesjaszem?", "Dlaczego nie odkryłeś lekarstwa na to czy na tamto?". Jedynie, o co nas zapyta w tej cudownej chwili, to: "Dlaczego nie stałeś się sobą?" To jest nasz podstawowy obowiązek. Gdyby było inaczej, to po co bylibyśmy tak niewiarygodnie niepowtarzalni? Każdy jest inny. Każdy ma do zaoferowania światu coś, czego nie ma nikt inny. Czy ten fakt nie wzbudza w was entuzjazmu wobec samych siebie, nie skłania do refleksji: "O Boże, muszę odkryć, co to takiego?"


Nie, nie wzbudza. Naprawdę nie wzbudza, wręcz przeciwnie. (Taki mam nastrój, że bez kija nie podchodź). No jasne, że warto poznać siebie, ale… czy musimy brnąć w to kołczowe trzęsawisko?! W porządku, wysłuchałam, zastanowiłam się, przyjęłam, co mówią inni i z czystym sumieniem mogę odrzucić. I nawet by mi do głowy nie przyszło marudzić tutaj na ten temat, gdyby nie pewna zbieżność. Wieczorem usiadłam do historii pewnego amerykańskiego weterana AA, niepijącego dłużej, niż ja żyję. Nie tylko z tego powodu to, co mówi, uważam za warte uwagi. I tak sobie czytam, czytam, czytam. 

Chciałbym żebyście w ten weekend cieszyli się w pełni tym, kim naprawdę jesteście. Trzy lata temu zadecydowałem, że to jest mój najważniejszy cel życiowy. Ze wszystkich rzeczy, które człowiek może robić w życiu, postanowiłem zająć się odkrywaniem tego, kim naprawdę jestem. Chcę zobaczyć, do jakiego stopnia mogę się przebudzić. Bill pisze, że odpowiedź leży w rozwoju duchowym. W przebudzaniu się coraz bardziej. Tym właśnie jest rozwój duchowy – przebudzeniem. Rozwój duchowy jest ustawieniem się w taki sposób, aby jeszcze więcej rzeczy mogło być przede mną odkryte. A jak to robię? Szukam drogowskazu, za którym pójdę. Szukam znaków. Nikt nie powie mi prawdy o mnie samym. Mogą jedynie wskazać mi, gdzie to jest: „To tam, idź w tamtą stronę”. To może być ktokolwiek, autor jakieś książki, ktokolwiek. Jesteśmy teraz tutaj, by stać się skupionym poszukiwaczem, czyż nie? Jeśli będziesz kontemplował, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze, i znajdziesz odpowiedź, to możesz skreślić wszystkie inne swoje cele. Szukaj najpierw siebie. Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje. Bardzo trudno jest nam porzucić nasze ego i zdać sobie sprawę, że gdybyśmy faktycznie skupili się na tym jednym jedynym celu, to wszystko inne naprostowałoby się. 

COOO? 
Czytam jeszcze raz, i jeszcze, uważniej. Że co? Co on mi tu gada? Właśnie dziś, pięć godzin po historyjce, którą postanowiłam wywalić, przynosi mi zdania identyczne, które w zasadzie łatwo byłoby mi przegapić, machnąć na nie ręką, że dobra, dobra, pitu, pitu. Ileż to ja słów, znacznie mądrzejszych, umówmy się, pożyteczniejszych, proszę państwa, przegapiłam z większą beztroską albo nawet nosząc czas jakiś, zdjęłam do prania i więcej już nie użyłam… A jednak coś z przeszłości się odzywa, jakieś wspomnienie, cień czegoś: mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą… Nie bądź taka nonszalancka w odrzucaniu okruszków, które mogą powieść cię do domu, moja droga. 
No dobrze, tylko dlatego, że to weteran z Ameryki! Ale co to właściwie znaczy: poznać siebie? Dość łatwe, przyznam, było to na początku. Siadasz do Czwartego Kroku, zasuwasz z tymi tabelami, wypisujesz swoje życie, zdarzenie po zdarzeniu, potem wyłapujesz istotę swoich błędów, w Krokach Szóstym i Siódmym zmagasz się ze sobą, dzięki czemu widzisz dokładnie, kim jesteś. I w Ósmym widzisz, a jeszcze bardziej w Dziewiątym. O, Dziewiąty Krok, każde spotkanie lub próby uniknięcia konfrontacji ze skrzywdzoną osobą, pokazują ci jak cholera, kim jesteś. Mijają lata i to oglądanie siebie jest coraz bardziej rozcieńczone, wiesz już dużo, już nie chce ci się tak gapić na siebie, zresztą mówią – i przecież mają rację – żeby się nie skupiać za bardzo na sobie, bo to szkodliwe. Tak, po latach potrzebne jest szkło powiększające. Albo zwyczajny wpierdol od życia, który ci pokaże, gdzie jest twoje miejsce. I tak doszliśmy do tego punktu, w którym widzę, że szarpanie się nie ma sensu, bo przecież sama widzisz, moja miła, że ten weteran ma rację i… musisz poznać siebie. I co z tego, że zbiera mi się na wymioty, skoro jak mus to mus… No dobrze, przynajmniej się temu przyjrzę. 

A wy, co myślicie o tym poznawaniu siebie? Jak je rozumiecie? Co konkretnie robicie?

*

Edit, 19 sierpnia 2019: Dziękuję z całego serca za to, że chce wam się napisać, co myślicie. Dziękuję również za te kategoryczne, przesiąknięte racją opinie. Bardzo to dla mnie cenne. Wydaje się, że pokrzepiająca i dająca poczucie bezpieczeństwa jest pewność, że coś jest bzdurą, naiwnością, jest chore, głupie i bombastyczne. Z doświadczenia wiem, jak trudno żyje się w niepewności, w stałym poszukiwaniu odpowiedzi, ciągłym sprawdzaniu, czy ta wczorajsza pasuje do dzisiejszej sytuacji. 
Pamiętam zdanie: „Przestaliśmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek”, pamiętam słowa starszych przyjaciół z AA, że nie muszą już walczyć z opiniami, pomysłami, przekonaniami innych, a nawet swoimi własnymi. Wierzyłam im. Było to dla mnie i wciąż jest niezwykle ważne.

I dziękuję, nawet jeśli mam wrażenie, że ktoś tu mnie chce mocno do czegoś przekonać lub przed czymś uchronić. A może tylko upewnić się, że zaglądanie na ten blog będzie przewidywalne, i nie zagrozi dyskomfortem, jaki niosą podejrzane pytania. Wprawdzie tego natężenia niezadowolenia i krytyki trochę nie rozumiem, bo w moim wpisie nie ma żadnych prawd objawionych, ani roszczeń co do dysponowania jedyną słuszną racją, niczego – wydawałoby się – co komukolwiek by zagrażało. Ale i tak dziękuję. Ja po prostu zadałam kilka pytań. Postanowiłam się czemuś przyjrzeć, czemuś, co sama latami negowałam (kolejne fundamentalne dla mnie zdanie, które co i rusz okazuje się w moim życiu aktualne i przydatne: „Nie pozwól, aby jakieś twoje uprzedzenia wobec tych określeń zniechęciły cię do szczerego spytania samego siebie, co one dla ciebie oznaczają”). I nie wiem jeszcze, co będę o tym sądzić za tydzień czy miesiąc…

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

192. prawdziwe problemy



Rozmawiam ze znajomą, która od jakiegoś już czasu nie używa alkoholu i opowiada o swoich spostrzeżeniach w tej nowej rzeczywistości. Pada zdanie: w zasadzie wszystko jest w porządku, problemy nie pochodzą z zewnątrz, chyba je wymyślam, właściwie chyba ich tak naprawdę nie ma. Zawieszam się na tym zdaniu, bo… przecież to kwintesencja naszego chorego postrzegania, opisana w książce Anonimowi Alkoholicy: w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problem, butelka była i jest tylko ich symbolem.
To zdanie jest znacznie bardziej uniwersalne, niż się mojej znajomej wydaje. I mogłoby być rewolucyjne, gdyby tylko ktoś chciał przeniknąć je i potraktować poważnie. Gdybym ja chciała… Bo co, jeśli problemów naprawdę nie ma? Co, jeśli moje niezadowolenie, naburmuszenie, niepokój są odpowiedzią na niewłaściwą/błędną interpretację faktów? A co, jeśli nawet tych faktów nie ma? 
Lecz gdybym miała przyjąć taką ewentualność, musiałabym się rozstać z całym dotychczasowym systemem postrzegania, analizowania, reagowania. Kim bym wówczas była? Kim się stała? Czy mogę sobie pozwolić na takie ryzyko? 

Kilka dni później trafiam na spikerkę amerykańskiego weterana. Gościa, który nie pije ponad 40 lat i zdecydowanie wie, o czym mówi.




Może pora potrenować nowe patrzenie? Ja w to wchodzę. Weszłam już jakiś czas temu, możliwe, że mało świadomie, ale efekty i tak były i są widoczne w mojej codzienności. Mnóstwem spraw nie zaprzątam sobie głowy, one naprawdę zostały usunięte, nie istnieją. Są jeszcze te większe, może dla mnie za trudne, ale nawet wobec tych mam pewność – nie one są problemem. Tylko mój brak akceptacji. Nieumiejętność spojrzenia na nie z innej perspektywy. 


wtorek, 1 stycznia 2019

191. czy musi być tak trudno


…domy nie są po to, by w nich mieszkać, lecz po to jedynie, by się z nich wyprowadzić.

Tymi, w najlepszym razie niepokojącymi, słowami mój ulubiony, bo klarownie i bez ogródek piszący franciszkanin Richard Rohr zachęca do otwarcia się na nową podróż – w drugą część życia. Niewygodną, niebezpieczną, bo nikt nie lubi zmian, zwłaszcza tego rodzaju (uprzedza, że będzie bolało), szczególnie jeśli do emerytury bliżej niż do liceum, a przecież nie przesadza się starych drzew. Ale… tkwienie w miejscu grozi czymś znacznie gorszym niż nuda.
Dobrze rozumiem niechęć i brak entuzjazmu. Książka Spadać w górę leży w mojej biblioteczce od pięciu lat. Rohra cenię, ale jest tyle innych rzeczy do robienia i czytania… Aż tu nagle sam się wziął do ręki. Bo jak boli, to się przypominają rozwiązania, samo prowadzi jak po nitce. Chyba się okazało, że demon południa zajrzał w moje skromne progi i nieźle mi tu miesza.

Kolektyw, tłum, społeczeństwo, wielopokoleniowa rodzina – to wszystko w poważnym stopniu powstrzymuje nas przed wyruszeniem w drugą podróż. Niektórzy mówią o syndromie wiadra z krabami – próbujesz się wydostać, ale inne kraby wciągają cię do środka. To, co uchodzi za moralność lub duchowość, w życiu większości ludzi jest stylem myślenia charakterystycznym dla środowiska, w którym dorastali. Niektórzy nazwaliby to warunkowaniem lub nawet wdrukowaniem określonego stylu myślenia, którego nie sposób porzucić, nie podejmując autentycznej wewnętrznej pracy nad sobą. Buntując się, można go odrzucić w sensie negatywnym; znacznie trudniej jest „pozytywnie” wyjść krabowi z wiadra. A oto właśnie nam chodzi. Jezus używa dość ostrych słów, by wypchnąć nas z rodzinnego gniazda (każe opuścić, a wręcz "nienawidzieć" ojca, matkę, siostrę i brata ). Chce nazwać konieczne cierpienie na poziomie najbardziej osobistym i uczuciowym, sprzecznym z naszą intuicją. By móc odnaleźć własną duszę i przeznaczenie, niezależnie od tego, czego mamusia i tatuś dla naszej przyszłości pragnęli, potrzebujemy naprawdę bardzo silnego impulsu, wątpliwości dotyczących samego siebie, a także w pewnym stopniu odseparowania się od rodziny. Wykraczanie poza sprawy związane z domem rodzinnym, poza sprawy kultury, sztandaru i ojczyzny wymaga podjęcia pozytywnej decyzji wejścia na ścieżkę, którą bardzo trudno podążać przy zachowaniu integralności. Po prostu za bardzo nas ciągnie do wdrukowanego stylu życia, a wierny żołnierz wpaja nam stosowne poczucie winy, wstydu i brak wiary w siebie, co – jak już zostało powiedziane – odczytujemy jako głos samego Boga. 
Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia, Richard Rohr, Wydawnictwo WAM, 2013 






czwartek, 27 grudnia 2018

190. list

Godzinę temu ktoś napisał do mnie list – komentarz na blogu. Nie chcę go publikować, bo jest zbyt osobisty, ale zostawić bez odpowiedzi nie mogę. Bloggerowy system komentowania – cholernie mnie irytujący, szczególnie w takich sytuacjach – klasyfikuje niemal wszystkich jako anonimowych autorów, a wtedy nie ma szansy na bezpośrednią odpowiedź.

*


Nadawczyni to 26-latka, postawiona pod ścianą przez alkohol, konsekwencje picia, zniecierpliwionego (a może zrozpaczonego) narzeczonego.

Ja też miałam wtedy 26 lat. Docisnęło mnie to samo poczucie beznadziei, braku jakiegokolwiek ruchu. Już żadnego pomysłu, jak by tu polawirować, jak uciec, jak odwrócić los, jak jednak nie ponieść konsekwencji, jak umknąć cierpieniu. Gdy dowiedziałam się, co mi jest i co trzeba będzie zrobić, to jakby świat się skończył. Jedyne, czego wtedy pragnęłam – kiedy już do mnie dotarło, że tym razem nie da się wykpić byle czym – to żeby nikt się nie dowiedział. W ogóle do mnie nie docierało, że sporo ludzi i tak wie, że większość ma to totalnie gdzieś, ale najbardziej i najdłużej nie rozumiałam tego, że gra toczy się o moje życie. Że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to stanie się coś bardzo, bardzo złego.

Mało kto rozumie, że alkoholizm jest chorobą. W dodatku śmiertelną. A już 26-latki nie myślą o tym wcale. Bo może i jacyś starzy menele zachlewają się na śmierć, albo trochę młodsi, ale też menele na melinach, pijący jakieś wynalazki, ale umówmy się – nie młoda, pełna życia, pomysłów i perspektyw kobieta!

Bałam się potwornie. Co będzie dalej? I dlatego zrobiłam to, co mi mówili specjaliści. Ponieważ to choroba, pomyślałam, że można to leczyć. Wystarczy pójść do ośrodka leczenia uzależnień albo na mityng Anonimowych Alkoholików (do AA można pójść niemal w każdym mieście i miejscowości, bez skierowania, bez umawiania się – anonimowo, dyskretnie i za darmo). A potem posłuchać, co mówią ci specjaliści – nawet zwykli ex-pijacy są specjalistami, bo nie piją alkoholu i wiedzą jak to zrobić. Bo to zrobili. I chętnie przekazują swoje własne doświadczenie (co w niektórych budzi podejrzenia, zwłaszcza ta gorliwość jest podejrzana, lecz ci, którzy są nieufni, nie wiedzą jednej rzeczy – przekazywanie tych informacji potrzebującej osobie, opowiadanie o tym, jak samemu się wyszło z alkoholowego szaleństwa, i że to jest możliwe, że jest rozwiązanie, leczy tych, którzy opowiadają, dodaje im sił i pozwala jakoś, a nawet całkiem pogodnie, fukcjonować w świecie; to dlatego prawie wszyscy AA są chętni do pomocy i gadania). I przynajmniej w tym jednym – alkoholowej skazie – są tacy sami, nie ma więc miejsca na ocenianie, osądzanie czy kwalifikowanie kogokolwiek. A od ręki, bez wychodzenia z domu, polecam: alko.fora.pl – mnóstwo rzetelnej wiedzy, popartej praktyką.

*


Nie wiem, jak masz na imię, ale dziękuję, że napisałaś.


czwartek, 20 grudnia 2018

189. na drugie mam: Nie-zdążę


To znaczy, na trzecie, gdyby trzymać się chronologii. 

Od pięciu lat codziennie rano zapisuję, ręcznie, trzy strony. Jakieś osiem miesięcy temu zauważyłam to po raz pierwszy. Powtarzające się słowa. A właściwie jedno, po kilka razy na stronie. Zdążę – nie-zdążę. Żebym zdążyła. Ale chyba nie zdążę. I jeszcze: dam radę czy nie dam? Zdążyć, oczywiście. Najpierw było: ej, nie możesz tak powtarzać, poszukaj synonimów. Ale weź, nie chce mi się. A potem, po kolejnych tygodniach: hej, czy to nie przesada? Czemu to ciągle powtarzasz?! I wreszcie: Psychiczna jesteś, nieogarnięta? Co jest, nerwica jakaś? Czy coś? 
Czy coś. Kompulsja o tym mówią bardziej naukowo. Ale czy nie wszystko jedno, jak nazywają? Co za różnica, i tak płytki oddech, zadyszka, spięcie mięśni, że nawet sen nie przynosi ulgi rozluźnienia, a pierwsza myśl, jeszcze przed otwarciem oczu: trzeba biec, zdążyć, bo bez biegu się nie uda, nie zdąży się. 

Drugie imię, bo wcześniej, było: Powinnam. Gdybym zebrała wszystkie moje powinności – te minione, teraźniejsze i przyszłe – nie byłoby mnie spod nich widać, zadusiłyby mnie. Niemal to zrobiły, prawdę mówiąc. Bo na tym świecie jest przeraźliwe mnóstwo rzeczy, które powinnam. Umieć, zrobić, wykonać, zadbać, zmienić. Mojego drugiego imienia przestałam używać wcześniej niż trzeciego, że niby taka bardziej świadoma jestem i nie ulegam szaleństwom dzikiej współczesności. Ale świat nie dał się oszukać tym naiwnym zabiegiem, semantyczną sztuczką. OK., mogę nie używać tego wyrazu, ale i tak mi nie odpuści, przekaże mi co do punkciku w moim specjalnym kajeciku z listami rzeczy do wykonania (pisałam już o moim hysiu na punkcie list i spisów?).  

Zmusiłam się. Siłą zakazałam używania w piśmie tego słowa. Tego, wiecie, którego nie mogę napisać, bo wiadomo… Gdy mi się wymknie – skreślam bez litości. A właściwie z litości nad sobą, nad tą biedaczką, co w przeciwnym razie będzie musiała zapieprzać jak nakręcona i po raz kolejny do dentysty, żeby wypełniał, bo przez sen wyzgrzytane, a potem i tak jakiś zawał czy inny wylewo-udar. Nie, nie, nie można tak. Nie obchodzi mnie.  

Ostatnio, kiedy mimo tych różnych zabiegów nie mogę sobie poradzić z moimi imionami, na ratunek przylatuje wersecik z dzieciństwa, który wtedy niewiele mówił, a teraz – zwłaszcza w swoim przedszkolnym kontekście – pobrzmiewa szczególnie trupio: wszak i tak zginiemy w zupie…

Więc nie szarp się, dzieciaku. Odpuść sobie. I tak ze wszystkim nie zdą… No… znaczy się, daruj sobie, po prostu. 


środa, 12 grudnia 2018

188. jak zostałam najsłynniejszą blogerką

O czym myślałam, gdy zaczynałam pisać blog, nie pamiętam. Namówił mnie znajomy. Musisz, naprawdę powinnaś, powtarzał tyle razy, że, już dobrze, myślę, niech nie dusi. Nie zastanawiałam się nad potencjalnymi czytelnikami, pisałam sobie. Z takim startem naprawdę możesz pisać, co chcesz, zwłaszcza jeśli nie masz świadomości, że czasem piszesz od rzeczy…

Kilka lat później czytelnicy byli już wyraźnie obecni w moim blogowym życiu. I wciąż szło mi dość łatwo – słowa nie sprawiały trudności, wokół, choć głównie we mnie, gdzie przecież rozgrywał się najważniejszy spektakl, działo się tak mocno, intensywnie, że tematów nie brakowało, a do tego to proste zabezpieczenie, otulina blogowego nicku, odcinającego mnie codzienną, prawdziwą od tej (też prawdziwej, lecz kruchej i niechętnej odsłanianiu) internetowej, trochę niematerialnej jednak, tak myślałam. Aż tu nagle… 

Siedzę na podwyższeniu, z ekipą filmową. Pada, powielane później w dziesiątkach miejsc: scenariusz powstał we współpracy najsłynniejszą polską blogerką piszącą o kobiecym piciu. 
Ciach! 


Czy nic już nie będzie takie samo? Co i jak trzeba teraz pisać, żeby doskoczyć? A raczej: czego nie pisać, żeby ocaleć? Czy przekreślić wszystko, co pisałam wcześniej jako nikt? (A więc myślisz, że jesteś kimś? Dobre sobie.) Starać się usunąć, choć w sieci rzeczy są nieusuwalne? Unieważnić to, co dziś może być naiwnym wystawianiem się, normalni ludzie przecież takich rzeczy nie piszą! To żenujące i niesmaczne. To znaczy, może takie być, nie pamiętam wszystkich słów. 

Miałam raz pokusę wprowadzenia korekty – gdy w moim myśleniu nastąpiła poważna zmiana (12 kroków ze sponsorem w akcji) i niektóre wcześniejsze posty naprawdę mnie zawstydzały. Ale to nie byłoby fair. Skoro ma być prawdziwie, to prawda jest właśnie taka, że kiedyś myślałam naiwnie, może głupio, czasem nieuczciwie, bez większego kontaktu z rzeczywistością, a później trochę sensowniej (taką, w każdym razie, mam nadzieję). Niczego wtedy nie zmieniłam, nie ukryłam. Obecne rozterki traktuję podobnie. Pamiętam, jak kiedyś stresowałam się przed każdą wypowiedzią, i ktoś mądrzejszy powiedział: Daj spokój, połowa ludzi w ogóle nie będzie cię słuchała, bo są tak skupieni na sobie, a reszta i tak zaraz zapomni. Nikt nie będzie roztrząsał tygodniami twoich słów. Nie??? Zawód, że nie jestem aż tak istotna, był tylko mignięciem wobec ogromnej ulgi, że nie muszę się aż tak napinać. To nie ma większego znaczenia. 

Niekiedy, wymiennie z najsłynniejszą polską blogerką pada określenie najlepszy blog o kobiecym alkoholizmie. O, to ożywia mnie znacznie bardziej i aż tak nie rozśmiesza. Nie można ze wszystkiego szydzić! Cóż, po prostu lepiej przylega do potrzeb mojego ego. Przecież zaczęłam pisać na serio dlatego, że poza jedynym („męskim”) blogiem mojego przyjaciela Meszuge, niczego sensownego i wartościowego nie znalazłam. Ponieważ nie zauważyłam, by realia znacząco się zmieniły i pojawiły się inne miejsca z rzeczowymi informacjami o alko-uzależnieniu, chyba nie mam co marudzić. Czas, gdy pisałam dla siebie, minął nieodwracalnie. Co z tego, że przestało być łatwo? Robota czeka. 





204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...