czwartek, 21 lipca 2011

062. przewrażliwość


Jest w Sublokatorce Hanny Krall fragment, opowiedziany jej przez Kieślowskiego, o jego, hm… spotkaniu z zakonnikiem, który nie zdążył na pociąg. Fragment niespodziewanie mnie druzgocący (niespodziewanie? Czytam Krall i się nie spodziewam? Biedactwo…), w samym środku dnia, w samym środku pociągowego przedziału. Tak nie można.
Reżyser stał w wagonie, a peronem biegł zdyszany zakonnik, w brązowym habicie i w chwili gdy dopadł pociągu, zatrzasnęły się przed nim drzwi. Pociąg nie ruszał, więc jeszcze przez parę sekund patrzyli na siebie i Mój Reżyser widział bladą twarz zakonnika, który bezradnie dotykał drzwi rękami. To wszystko. Nic się specjalnie nie działo – jakiś zakonnik nie zdążył na pociąg, ale w Reżyserze, który patrzył na niego, obudził się ból tak straszny, że kiedykolwiek później chciał określić inne, zbliżone uczucie – żalu, litości, nie wiadomo nawet, jak to nazwać – musiał już zawsze odwoływać się do tamtego strasznego bólu, który czuł patrząc na twarz zakonnika za oknem.
Nie mogę dłużej patrzeć na tę scenę, nie pozwalam sobie wejść w głowę zakonnika, głębiej, pod jego zdumienie, pod ledwie rodzący się zawód, bo przecież był tuż, tuż, i że ten pociąg jeszcze, i on jeszcze mógł. Nie mogę, boję się, że tego nie udźwignę. I wcale nie chodzi o przypadkową widownię z mojego przedziału pociągu relacji Warszawa – Kraków. Nie tak bardzo chodzi. Boję się poczuć jego ból. Bo potrafię. Potrafię nieprawdziwie (co jest o wiele gorsze), bo mój ból może być dużo większy, niż jego. Bo może on – w tym prawdziwym świecie – umiał poradzić sobie z tą niesprawiedliwością. Ja nie umiem. Z dokonaną na mnie bym sobie poradziła (jakoś, w końcu, chyba) – nauczona tak czy inaczej. Na nim – nie potrafię.
*
Wiem, trudno zrozumieć to komuś, komu nie rozdziera się w środku wyjąca otchłań na widok starych ludzi, którzy coś jeszcze próbują, pracować, dźwigać, chodzić, być; albo kogoś, kto tęskni bezgłośnie i marnieje; albo takiego, co nagle poczuł całą swoją bezsilność i nie wie, co dalej, bo sobie nie umie wyobrazić, bo zawsze coś mógł, myślał, że może. Próbowałam kiedyś dotrzeć, na zimno, na rozum rozsądny i logiczny, skąd taki ból (strach, że kiedyś sama będę tak nieporadnie próbować jeszcze czepiać się życia? że będę tak tęsknić? że taka bezradność?), ale odpowiedzi zadowalającej nie mam. Ten ból, który przecież zdarza się innym, u mnie jest tylko cieniem, odbiciem, to nie jest po prostu empatia, nie zwykłe ludzkie współczucie. To jakaś okropna nadwrażliwość. Przewrażliwość jedna! No bo czy taki ból patrzenia ma jakiś sens? Czy ma jakiś cel, do tego? Pisał kiedyś Kofta: oby nam dane było najwięcej, otwarte oczy i czułe serce i jeszcze: jest frasobliwa radość istnienia, kto nie przeżywa świata nie zmienia ale czy to jest odpowiedź? Znieczulanie – chemią albo cynizmem – jest za mało skuteczne, bo tego widzenia nie da się wyłączyć raz na zawsze, jest silniejsze, jest naturą. Można jeszcze zostać poetą, choć to mała pociecha.