wtorek, 31 lipca 2012

081. czy być porządnym człowiekiem?

Nadchodzi pora surowego egzaminu: czy potrafimy zachować trzeźwość, równowagę uczuciową i godziwie żyć w każdej sytuacji? (Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji, str. 88)
Po Kroku Piątym stanęłam przed decyzją, poważną. Przy niej decyzja Kroku Trzeciego – robić/działać/sprzątać po sobie (czyli Kroki 4, 5 i dalsze) – wydaje się śmiesznie łatwa i oczywista.
To może wyglądać na pewne pomieszanie, niewłaściwą kolejność, ale jak się okazuje ma sens. Zanim przejdę do zmiany (Kroki 6 i 7) i ponoszenia odpowiedzialności (8 i 9), muszę mieć narzędzie, które pozwoli mi nie zrujnować wysiłków wyciągnięcia całej trudnej i brudnej prawdy o mnie (Kroki 4 i 5), czyli utrzymać się na poziomie świadomości czystości (nie przysypać tej prawdy kolejnymi urazami, lękami i krzywdami wynikającymi z moich wad i ciągłego ich używania). Dlatego sięgam po Krok 10 tuż po Kroku 5. I właśnie teraz stoję przed bramą z napisem ZUPEŁNIE NOWE POSTĘPOWANIE. I to mnie przeraża. Łatwo było zrobić 4 Krok, rozprawić się z przeszłością, wysprzątać, zobaczyć siebie w całości – to nawet było miejscami ekscytujące. Ale zobowiązać się do stałej autoanalizy i czujności? Do bycia po prostu porządnym człowiekiem? Gorzej. I to też prawda o mnie. Lenistwo, egoizm – to największe moje przeszkody.
*
Czemu jestem taka niepocieszona, niezadowolona, nadąsana? Bo muszę zrezygnować z moich ulubionych: urazy i użalania się. Deklarowałam już, że nie chcę być ofiarą (czyli stawiać się w tej roli), bo mam świadomość, że to pułapka. No i co z tego? Deklaracje to jedno, a faktyczna rezygnacja (czyli decyzja plus zmiana), coś całkiem innego. Teraz stoję przed decyzją właśnie…
*
Czasem wydaje mi się, że te wszystkie rozważania to takie przekomarzanki, droczenie się z samą sobą. Przecież ja już wiem, że nie ma odwrotu (to znaczy teoretycznie jest, ale ja już wybrałam – na poważnie – coś innego). Mogę się podąsać, mogę poudawać, że się waham, mogę nawet zatrzymać się na jakiś czas, postać w miejscu. Ale i tak ruszę. I tak to zrobię. Bo to – już teraz – naturalna kolej rzeczy. Chyba że oszaleję, Bóg odbierze mi rozsądek (który już sam zresztą przywrócił – więc po co miałby to robić?), i zacznę pić. A wtedy wszystko możliwe…

wtorek, 24 lipca 2012

080. arabeski ze śmieci

Pamiętam pewien grudzień sprzed wielu lat. Mogłam być wtedy siedmio- albo ośmiolatką. Zbliżała się gwiazdka. Czekałam na nią niecierpliwie. Z niecierpliwością typową dla dzieci. Nie mogłam się doczekać prezentów. A może raczej chodziło o zaspokojenie ciekawości? Sam przedmiot nie był w gruncie rzeczy aż tak istotny. To niepewność dręczyła. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co mnie czeka, jakie cuda. I czy spełnią się moje marzenia. Męczyłam matkę, próbowałam ją podejść, a gdy to się nie udawało, samodzielnie wyszperać, wpaść na trop. Wszystko na nic. Więc wracałam do zamęczania mamy. Wreszcie powiedziała, że to coś ma nazwę na 11 liter, zaczyna się na „k”, kończy na „p”. Z tym rebusem mnie zostawiła. Całymi dniami głowiłam się nad rozwiązaniem. Za trudne! Łaziłam więc za mamą dalej, próbując wyżebrać kolejne dane do rozgryzienia łamigłówki. Zdradziła mi jeszcze dwie litery, więcej za nic nie chciała. W wigilię, tuż przed rozpakowaniem prezentów nagle wszystko złożyło mi się w całość (nagłe olśnienie i poczucie, że to przecież oczywiste i takie proste, pamiętam do dziś). No tak, KALEJDOSKOPSzczyt marzeń. Najcudowniejsza, najbardziej tajemnicza rzecz na świecie. Tak, oto był mój! Ciemnozielona tuba z magiczną zawartością. Wgapiałam się godzinami w czarodziejskie figury, które rozkwitały mi przed oczami, płynnie przechodząc jedna w drugą. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, na czym polega ten prościutki mechanizm, wystarczał mi baśniowy efekt, zupełnie niezwykły.
*
Nie pamiętam już, co stało się z moim pierwszym kalejdoskopem. Pewnie zniknął z innymi ważnymi rzeczami w gruzowisku potrzaskanego dzieciństwa. Widziałam w życiu różne kalejdoskopy, z wymyślnymi elementami, prawdziwe cudeńka. Szczególnie mnie zauroczył nowoczesny, czarno-biały, z nowojorskiego muzeum, z postaciami kobiety i mężczyzny, multiplikowanymi w istną orgię układów. Kilka lat temu znalazłam w jakichś śmieciach zabawkowy kalejdoskop, kiczowatą chińszczyznę, z kolorowymi ogryzkami plastiku zamkniętymi za szybką. Czasem zerkam przez niego, zupełnie mimowiednie. Widzę te kawałki śmieci, wiem już jak to się dzieje, że zmieniają się z drugiej strony tuby w barwne dziwne kwiaty i hipnotyzujące rysunki. Są jak życie. Z przypadkowych elementów powstają realne kształty. Niekiedy piękne, choć to kwestia trafu. Raczej rzadkiego. Ale jeśli uda się zebrać ładne i wartościowe elementy prawdopodobieństwo zachwycającego układu wzrasta. A mi wystarczy się zachwycić choć raz na jakiś czas.
*
Od pewnego czasu wymieniam na nowe różne elementy w moim życiu. Chyba na tym to wszystko polega: odłożyć nieodpowiednie, dobrać lepiej pasujące. Kiedyś mi się wydawało, że na ten dobór nie mam żadnego wpływu, że muszę brać, to, co przychodzi, co się samo wciska. Nie wiedziałam albo wiedzieć nie chciałam, że mój brak reakcji to też wybór. Były w moim kalejdoskopie różne przedziwne figury, czasem nawet ładnie się ułożyły, na mgnienie oka, ale na dłużej nie pasowały. Bywało, że zapatrzona w taką chwilową arabeskę, zapominałam, że to tylko ułuda, optyczna gierka, zamieniająca coś banalnego w baśniowy twór. Niektórych mi szkoda, poukładałabym jeszcze, popróbowałabym, choć może lepiej, że nie mogę… Najbardziej jednak cieszę się z tego, że nawet to co jest – bywa że tak mało pasjonujące, codzienne, przyziemne, nudne, ciężkie – zestraja się czasem w doskonale piękny układ.