Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwanaście Kroków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwanaście Kroków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 września 2010

035. co mnie ominęło


Rzadko się zdarza, żebym zabrała ze sobą na wakacje jakąś aowską literaturę. Chyba te lata mnie rozleniwiły. Ale ten czas jest inny, zauważyłam, że może być niebezpiecznie, że nakłuty smutkiem umysł może chcieć pogrążyć się (i mnie) jeszcze bardziej, wejść na dobrze znaną ścieżkę autodestrukcji. Więc wrzuciłam do walizki „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”. Dawno nie czytałam.
Krok Pierwszy, o podwyższonym dnie. Miałam 26 lat, gdy przestałam pić. Teraz dociera do mnie, jak wiele okropnych doświadczeń i cierpienia, nie tylko psychicznego, oszczędził mi Bóg, czy Los, czy cokolwiek to było. Mogę tylko podejrzewać, że z mojej równi pochyłej stoczyłabym się zahaczając po drodze o przemoc, wypadki, upokorzenia, biedę. Z jednej strony zaoszczędzone 10-15 lat piekła. Z drugiej – prezent w postaci tego czasu, który – o, tego jestem pewna! – nie poszedł na marne. Nie wiem, czy wykorzystałam go do ostatniej kropli, może nie, ale dokonałam niewiarygodnego skoku świadomości.
Krok Czwarty, o skutkach poczucia zagrożenia emocjonalnego. Złość, litowanie się nad sobą, depresja za każdym razem, gdy czułam lub przeczuwałam odrzucenie. Albo gdy coś szło nie po mojej myśli, choć było ukryte pod świętą racją – rozdrażnienie, zawód, przygnębienie… gniew. Tak, odkryłam coś całkiem nowego – mój gniew. Bo ktoś zachowuje się nie tak, jak prosiłam, a przecież mówiłam. Dlaczego robi inaczej albo wcale nie chce? Najdotkliwsze w najbliższych relacjach. Dlaczego nie umiałam zaakceptować, że ktoś taki jest, tak ma, nie chce lub nie potrafi? Skąd pomysł, że robi to przeciwko mnie?
Krok Szósty, o pożegnaniu z wadami. W tym wypadku nie chodziło o to, że nie chcę rozstać się z czymś niewygodnym. Ja po prostu nie wiedziałam, że to coś niewygodnego istnieje. Moja gotowość, by Bóg uwolnił mnie od wad charakteru pojawiła się niemal w tej samej chwili, co świadomość, że ten gniew istnieje. I co robi(ł) z moim życiem.

wtorek, 23 marca 2010

022. krok za krokiem


Przez pierwsze kilka lat niepicia Kroki AA były dla mnie czymś zamglonym, nie do dotknięcia, czymś na później. Zawsze na później. Słyszałam, gdy czytali, sama czytałam, ale przepływały przeze mnie nic nie zostawiając, albo tyle, co woda czerpana sitem – ledwie mokry ślad minionej obecności. Nigdy nie pracowałam nad nimi solidnie i systemowo – nie winię się, systematyczność to po prostu nie mój styl – ale przychodziły chwile, że złapane gdzieś w locie Kroki wpasowywały się idealnie w mój aktualny fragment życia, odpowiadały i prowadziły. Czasem wzajemnie się przenikały, przepływały, przechodziły jedne w drugie, uzupełniały się i tworzyły coś tak oczywistego i jednocześnie tak nowego.
Kroki trzeci, szósty i siódmy.
Powierzenie woli, zauważenie i nazwanie wady, pokorna prośba o jej usunięcie. Takie proste, a tak wiele pułapek po drodze. Definiujesz wadę i prosisz. I nic się nie dzieje. Dlaczego? Czy Bóg ma to gdzieś? Możesz tak prosić i prosić, ale póki nie upadniesz tak naprawdę na kolana, póki nie dotkniesz prawdziwej pokory – nic się nie stanie. Prawdziwa pokora. Co ja mogę o niej wiedzieć… Otarłam się o nią zaledwie kilka razy. Prawdziwa pokora jest wtedy, gdy widzę i dogłębnie, do bólu odczuwam, że ja nic tu nie zdziałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie dam rady. Sama nie podołam. Nie wiem nawet od czego zacząć. Albo może i mam jakieś pomysły, lecz tylko kręcę się w kółko, bo nic nie działa, nic się nie zmienia. Próbuję i staram się (nie wystarczy po prostu chcieć: „chciałabym nie ranić ludzi” to zbyt ogólnikowe), ale nic się nie zmienia. I dopiero wtedy, umęczona i zrezygnowana, oddaję. Może nawet, nim oddam, przez krótką chwilę, godzę się na siebie taką. Taką, czyli nie-doskonałą. O, to już prawdziwy wyczyn, porzucić marzenie o wielkości, o pomniku.
Dobrze, przecież nie chodzi tylko o to, że jestem złośliwa, że sprawiam przykrość innym. To wierzchołek. To skutek. A co pod tym? (Zazdroszczę ludziom, którzy w prostocie oddają, nie zagłębiając się szczególnie w co, i dlaczego, i po co. Ale chyba mogłabym zaakceptować, że ja mam inaczej, że mimo przesadzonego rozrostu procesu myślowego mam szansę na uzdrowienie). Dlaczego tak się zachowuję, czego się boję, co chcę zyskać, jaką się pokazać? Bo chyba o takie rzeczy chodzi. To do nich ma dobrać się mój Bóg, to je uzdrowić. A ja mam tylko pozwolić i ufać, że On to zrobi.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...