środa, 27 stycznia 2010

016. brać czy dawać

Od lat mam w AA kolegę, przyjaciela chyba jednak, z którym ścieramy się strasznie w jednym punkcie (prawdę mówiąc, w kilku, ale w tym chyba najmocniej). Do tej pory jego stanowisko widziałam tak: tylko metoda AA, program 12 Kroków są dobre, one prowadzą do zdrowienia. Terapia jest wręcz szkodliwa. Na to ja burzyłam się strasznie, bo jak można coś takiego mówić, do tego publicznie, na mityngach, przecież terapia niesamowicie pomaga ogarnąć się w tym całym zapitym do tej pory bałaganie, pokazuje prawdę, ustawia, daje konkretne techniczne wskazówki, jak sobie radzić, jak unikać niebezpieczeństwa; a dla tych, którzy nie są w stanie przełknąć – przynajmniej na początku – duchowej podstawy Programu jest właściwie jedynym ratunkiem; nie można ludziom tego odbierać.
Potem M. mówił: Program ci mówi, że masz dawać, za darmo, nie oczekiwać żadnej zapłaty, nawet tej w formie skorzystania z twojej rady (co może wbijać cię w poczucie bycia kimś ważnym); program mówi o poświęceniu; psychologia jest nastawiona na ”ja”;  ja jest w centrum, wszystko mu się należy; psychologia uczy cię, jak masz się dobrze ustawić, drugi to ten, który ci szkodzi albo ten, z którego masz korzyść. Pierwszych musisz unikać, a drugimi się otaczać. Znów się burzyłam, że przesadza, wyolbrzymia, że to bardzo jednostronne spojrzenie.
A dziś rano… zobaczyłam, ile w tym racji i jak łatwo dałam się znowu nabrać.
Dałam się nabrać, bo jako niecierpliwa osoba, która jednak wcale nie ma zamiaru oddać kontroli, która wierzy, że sama coś może, własnymi siłami, tylko trzeba jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, robić, biegać, jak ta mróweczka krzątać się wokół własnego popieprzenia, weszłam w tę szamotaninę. Od medytacji po terapię, ciągle jakieś książki, nowe pomysły, nowe teorie i wciąż włączone myślenie, wciąż racjonalizowanie, psychologizowanie. Koszmar, męka, ale mysz w młynku nie wie przecież, że się kręci, że może się tak zakręcić na śmierć.
Pierwsze, co zauważyłam, to że kiedy cierpię, jestem tak skupiona na sobie, że w ogóle nie zauważam ludzi, nawet tych bliskich, a może zwłaszcza tych bliskich. Jestem po prostu, jestem swoim bólem, czerpię z nich jak jakiś jamochłon, jemioła podczepiona, wysysam, ale bez refleksji, że ktoś pomaga mi przeżyć ten trudny czas. Biorę, jakby to było najnormalniejsze, jakby mi się należało! Sięgam, jak w sklepie, a gdy już zużyję, odstawiam, bo przecież mi niepotrzebne. Prawda zabolała. Że jednak taka jestem.
Drugie, dotyczyło ludzi obcych, świata. Jakby moje cierpienie uprawomocniło mnie do bycia suką, do traktowania innych z góry, z pogardą, agresją, pretensją.
To też zabolało.
Trzecie, co zobaczyłam, to że ta postawa konsumencka ma się nijak do tego, co kształtowałam w sobie przez ostatnie lata, co, wierzę, miałam od dziecka w zarodku, trochę przytłumione bolesnymi doświadczeniami, ale wciąż żywe, choć skarlałe, do postawy bezinteresownej miłości. Ten zgrzyt mnie obudził.
Terapia, którą właśnie skończyłam, kilka lektur, które wchłonęłam (szczególnie jedna, którą nazywałam swoją nową biblią – amerykański poradnik o tym, jak radzić sobie z mężczyznami) nakierowały mnie na nowy sposób działania – to ja mam być najważniejsza, mam odszukać i określić swoje potrzeby i robić tak, żeby były realizowane. Najpierw zobaczyć, czy dostaję, potem dopiero się rewanżować. Zabrzmiało dla mnie fantastycznie! Wreszcie nie będę miała poczucia, że się podkładam, że jestem notorycznie wykorzystywana, używana – tym gorzej, że na własne życzenie. Zabrałam się ostro do wprowadzania zmian. Byłam zachwycona. Tyle że po trzech miesiącach widzę, jak mnie to zniszczyło, jak wypaliło i spłaszczyło moje życie. Bo ja chcę dawać, jestem właśnie po to, by dawać siebie innym, tylko w tym jest mój sens.
Może źle odczytałam terapię, skupiłam się nie na tym, co ważne. Może źle dawałam, nieumiejętnie, bez prawdziwej otwartości, bez prawdziwej bezinteresowności. Ale nawet niedoskonale wolę dawać, niż dalej wyjaławiać się braniem i roszczeniami. Chcę na nowo odkryć słowa poświęcenie i dbanie o siebie.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

015. licytacja trwa

Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.
W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.

*

Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.
Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się zachować twarz zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.

niedziela, 24 stycznia 2010

014. niezgoda na bezsilność

Pierwszy krok AA mam – chyba – jako tako opanowany. Wiem, ze warto od czasu do czasu odświeżyć sobie obrazy z przeszłości, udowadniające, co tak naprawdę mogę, jaką mam władzę, a raczej – czego nie mogę i nad czym nie panuję.
Gorzej z ogłoszeniem bezsilności wobec innych zniewoleń. Jedno teraz najbardziej daje się we znaki. Trudno mi z nim, bo dotyczy rudymentarnej potrzeby ludzkiej – miłości i bliskości. Tu nie potrafię i nie chcę oddać. Poddać się, powierzyć Bogu, poprosić, by to On poprowadził. Jak to zrobić? Z alkoholem sprawa jasna – mogę odstawić, dzień po dniu,  na długo, wyobrażam sobie, że nawet na całe życie. Ale z bliskością, miłością, byciem z mężczyzną… Nie, tego nie jestem w stanie się wyrzec! To chyba tak, jak z zakłóceniami w jedzeniu, z bulimią czy anoreksją. Wiem, że musiałabym się nauczyć jakoś funkcjonować z uzależnieniem, bo przecież jeść muszę, by żyć.
OK., może nie muszę kochać i być kochaną, żeby przeżyć. Ale życia bez tego nie chcę. Nie chcę tak żyć, ani nawet wyobrażać sobie, że będę tego pozbawiona, że umrę bez miłości. Tego rodzaju miłości.
Jestem wściekła, że nie mogę ułożyć sobie życia (tak, to bolesne i żałosne, że pełnię widzę tylko w byciu z mężczyzną; bo przecież życie – poza tym jednym obszarem – mam świetnie ułożone), nie mam na to zgody. No, bo jak to, dlaczego ja nie mogę tego mieć? Co takiego zrobiłam, że ja nie? Czy to kara?
Ostatnio pokłóciłam się o to z Bogiem. Nie, nie pokłóciłam, zrobiłam Mu karczemną awanturę, z krzykami, wyzwiskami i płaczem. Jak to jest, z tą Jego miłością, skoro nie chce mi dać takiego drobiazgu (w Jego optyce, tak przypuszczam), tego, co jest dla mnie najważniejsze, co jest mi tak potrzebne, że aż niezbędne? (Teraz, oczywiście, widzę, dlaczego mogę tego nie dostawać… właśnie dlatego, że to najważniejsze, że poza tym nie ma dla mnie smaku, że tego chcę pożądam).
Kłótnia odbyła się w drodze na przypadkowy i ponadplanowy mityng. A tam, zamiast kroku pierwszego, jak przykazane w styczniu, nagle omawiają trzeci: Powierzyliśmy nasze życie i naszą wolę opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Co takiego? Mam oddać się komuś, kto nawet nie wiadomo czy istnieje, czy w ogóle mnie zna, a już na pewno nie ma zamiaru pomóc mi w czymkolwiek? Akurat! Bunt coraz większy – nie zamierzam się powierzać, bo nie ufam, że On mnie uratuje. I widzę naraz, że krok drugi (Uwierzyliśmy, że siła większa – do tej pory zawsze stawiałam w to miejsce Boga – od nas samych może przywrócić nam zdrowie.) też wziął w łeb. Ale nie ma się co dziwić, że lecą jak domino. Skoro pierwszy nie istnieje kolejne nie mają przecież racji bytu.

sobota, 23 stycznia 2010

013. koncertowa agresja

Poszłam na koncert. Miało być wspaniale. Miały urosnąć skrzydła. Chciałam zrobić coś dla siebie, przeżyć coś ekstra, poprawić sobie, a płyta Hey poruszała już od wielu tygodni. Wszystko było zaplanowane.
Przeliczyłam się. Nie byłam w stanie dobrze się bawić, zbyt dużo było we mnie bólu, żalu, gniewu. Na początku tego nie zauważyłam. Na początku tylko wszystko mi przeszkadzało. Przeszkadzało coraz bardziej. Tłum i ścisk. To, że nic nie widać, że przede mną jakieś dryblasy. Najbardziej, że wokół trzymają szklanki z piwem, że kiwają się, że nie wiem, czy to piwo na mnie nie wyląduje. Że tak świetnie się bawią, że na mnie włażą. Przy pierwszym odepchnięciu zataczającego się chłopaka pomyślałam tylko, że zrobiłam to zbyt agresywnie, że to mocno przekroczyło granice obrony koniecznej, że trzy czwarte tej siły wyszło ze mnie na zupełnie inny temat.
Fakt, przede wszystkim byłam przestraszona – on tak dziwnie się zachowywał, czułam zagrożenie. A gdy zobaczyłam, że jest bardzo pijany, i generalnie raczej poczciwy i siłowo niegroźny, nieagresywny, nie miałam oporu, żeby się wyżyć.
Plułam jadem i złym spojrzeniem. I w siebie też plułam.
A potem pomyślałam, że ten poczciwy chłopak, jakaś ledwie trzymająca się na nogach dziewczyna, że oni też coś zagłuszają, że są tacy jak ja. I to właśnie ja powinnam ich rozumieć. Nie oceniać, współodczuwać. Zrobiło mi się wstyd. Za to, jaka jestem, że znowu tylko w siebie zapatrzona.
Pod koniec przestałam nienawistnie odpychać kogokolwiek. Trzymałam tylko, jakby w pogotowiu, delikatnie dłoń na plecach dużej dziewczyny z dredami, która skakała szaleńczo przede mną. Przy niej przypomniałam sobie, że wszyscy tu jesteśmy w jednym celu – cieszyć się muzyką. Że jesteśmy chwilową i przypadkową, ale jednak wspólnotą. I choć wyszłam stamtąd tak samo smutna i przybita, jak weszłam, to z myślą, że jednak muszę skończyć z tym cierpieniem i bólem, bo ludzie wokół nie zasługują na to, żebym ich źle traktowała.

wtorek, 5 stycznia 2010

012. rozstanie z rozsądkiem

Pamiętam, że w pierwszych latach niepicia najbardziej się bałam, że nagle coś przekręci się w mojej głowie i wszystko to, co do tej pory uważam za właściwe, logiczne, prawdziwe zniknie, zamieni się w coś zupełnie innego, całkiem odwrotnego – że zacznę pić i uznam, iż to właśnie jest OK., a całe to gadanie o braku kontroli, bezsilności, trzeźwym życiu, o duchowości to jakiś bełkot i szamanizm.

*

Przeczytałam raz jeszcze przedsylwestrowy wpis o toaście… Chyba odebrało mi rozum. Jak to możliwe? Czytam i nie wierzę. Myślałam, że to brzmi rozsądnie? Że alkohol w moim domu i na moim stole nic mi nie zrobi? Że ten zakaz nie jest najbardziej podstawową formą ochrony mnie samej, tylko wyrazem egoizmu? Oszalałam (na szczęście tylko na chwilę). Przerażające, że stało się to tak łatwo, tak niezauważalnie, tak… skutecznie. 
Jestem w stanie wywrócić do góry każde zdanie, które kilka dni temu uważałam za sensowne. Dlaczego wtedy tego nie widziałam?
Czy zadziałał wstyd, że jestem gorsza, naznaczona wstydliwą przypadłością? Może lęk przed wydumanym wyśmianiem, wyszydzeniem, upokorzeniem i odrzuceniem? A może po prostu pragnęłam tego dreszczu, żeby się choć otrzeć? Rzeczywiście, otarłam się, niebezpiecznie.
Nie chcę robić sobie dodatkowej krzywdy połajankami i wyrzutami, że jestem słaba, głupia i bez zasad. Tak, złamałam swoje zasady. Ale teraz znowu do nich wracam. I przy najbliższej okazji, przy każdej okazji, zadbam o siebie od nowa.
Po krótkiej analizie wiem, że muszę być szczególnie uważna, gdy: zależy mi na czyjejś opinii, w grę wchodzą silne emocje, a temat dotyka najgłębszych kawałków mnie, mojej tożsamości, poczucia wartości. I że zawsze mam prawo odmówić i zmienić zdanie. Nie spieszyć się. I wciąż pamiętać o najważniejszym – co jest dla mnie dobre, a co śmiertelnie niebezpieczne.
Napisałam wtedy, że w trakcie ocenię i zareaguję. Po pierwsze, nie potrafiłam ocenić. Po drugie, nie chciałam zareagować, bagatelizowałam. Dziś to czuję.

*

Żałuję, że nikt nie skomentował, nie potrząsnął mną: to nie brzmi rozsądnie, tylko głupio, oszukujesz samą siebie, to niebezpieczne. Ale szczerze mówiąc, nie wiem czy to by coś dało.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

011. zasysająca otchłań

Znowu się odzywa. Pierwsze sygnały są tak subtelnie zawoalowane, że możesz ich nawet nie poczuć albo pomylić z czymś zupełnie innym, jakąś małą choróbką, dolegliwością żołądkową. Możesz zgonić na niskie ciśnienie, napięcie przedmiesiączkowe albo początek podstępnej działalności pasożyta. Zaczyna się dziwnym wierceniem w brzuchu, suchością w ustach, szumem w uszach. Wydaje ci się, że te czysto fizyczne objawy muszą mieć związek z twoim ciałem, z jego chwilowym niedomaganiem. Mają, ale nie w sposób, w jaki o tym myślisz. Nawet się nie spodziewasz, co się za tym kryje i jak długo nosisz w sobie tego wirusa. Kiedy już rozpęta się na dobre przypomnisz sobie – ona nie da ci tego nie zauważyć, przegapić, zrobi wszystko, żebyś poczuł każdą komórką, każdym neuronem, każdym nanometrem swojej aury, każdym gramem swojej duszy – z czym masz do czynienia i że nie masz żadnych szans, i tak polegniesz, choćbyś nie wiadomo jak się starał, buntował, walczył.
Powolutku, i na razie tylko na sekundę, rozchyla zasłonki, wypuszcza trujące tchnienie, jakiś smrodliwy powiew. Spróbuj ratować się teraz, zanim z przeraźliwej czarnej otchłani zionie prawdziwą pustką. Żarłoczną, nigdy nienasyconą, nieubłaganą. Czy już ją poznajesz? Swoją prywatną zabójczą bezdenną dziurę rozpaczy. Za późno na odwrót. Jedyne, co możesz teraz zrobić, to modlić się, by tym razem pozostawiła cię przy życiu. Nie licz na więcej. Zapomnij o godności. Po jej ataku nic ci z tych rzeczy, uważanych przez demokratów za podstawowe i niezbywalne prawa każdej ludzkiej jednostki, nie zostanie. Nie będziesz o nich nawet pamiętał. Jedyne, na co – być może – będzie cię stać, to powolne, żmudne pielęgnowanie maleńkiego kłącza instynktu przetrwania, jeśli będzie na tyle nieuważna, że nie rozszarpie go na strzępy i nie zetrze na miazgę.
Może jesteś na tyle głupi, że zechcesz z nią walczyć. Cóż, możesz spróbować zalać ją morzem alkoholu, zapchać żarciem, zagłuszyć beznadziejnym pieprzeniem kogoś, kogo imienia na pewno nie zapamiętasz, nawet o nie nie zapytasz. Utonąć w necie, w hazardzie, prochach. Dać się ogłupić telenowelom albo wstąpić do sekty. Zgnoić swoje dziecko albo rozpuścić się w słodkokrwistym smaku pięści jakiegoś sfrustrowanego faceta.
Nic jej nie nasyci, zapewniam cię. Z ohydnym odgłosem beknięcia, z głuchym pomrukiem zdziwienia twoją szarpaniną upomni się o więcej. I ty jej to dasz. Wlejesz w nią więcej wódy, pozwolisz się zerżnąć kolejnym zezwierzęconym półidiotom, zastawisz wszystko, co ci jeszcze dziwnym trafem zostało, połkniesz tabletki, przypalisz swoje białe uda lokówką albo wbijesz między nie szydełko.
Znam to. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję. To, co miało przynieść ratunek okazało się być stygnącym cementem na moich stopach. Ściągnęło mnie w dół, jeszcze głębiej, niż sądziłam, że można upaść. W rejony, o których wiedzą tylko nieliczni. Bo ci, którzy tam trafili albo nigdy nie wracają, albo nie chcą czy nie potrafią o tym mówić. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

*

Napisałam to w 2005 roku. To fragment czegoś, co miało być powieścią.
Podobnie było ze mną. Przez lata. Dziś znowu się odezwała. Inaczej, bo i ja jestem inna. Ale też przeraziła. To rodzaj metaprzerażenia – przez chwilę wiłam się ze strachu nie tylko na myśl o tym, że oto znowu do mnie macha, że będzie bolało, że jest bardzo niebezpiecznie, ale przed oczekiwaniem i wyobrażeniem, do czego mnie doprowadzi, do czego zmusi tym razem. Jak bardzo się poniżę.
Na razie zamilkła. Zastanawiam się, czy nadmiernym analizowaniem nie rozdmuchuję jej, tak jak jest na przykład ze złością. Mogłabym się postarać ucinać myśli o tym, jak bardzo będę się bała, jak będę się trzęsła, czy uda się pozostać przy wewnętrznym rozedrganiu, opanować drżenie głosu i rąk. Mogłabym…

niedziela, 3 stycznia 2010

010. nie jestem nienormalna

Dziś mityng DDA. Poprzednio – jedyny raz w tym miejscu – byłam dwa lata temu. Nie lubię tych mityngów, są dla mnie takie rozlazłe. Cóż, kiedy nawet takie niedoskonałe działają.
Nie miało mnie tam być dzisiaj. Podobnie, jak nie miałam być wczoraj w pewnym miejscu i zobaczyć sceny, która godziła w moją godność i moje bezpieczeństwo, i która wymusiła na mnie podjęcie konkretnych działań, tym bardziej, że wszystko odbyło się przy świadkach. Przypadek? Wątpię. Ja to nazywam nawet nie magią, tylko niezwykłą egzemplifikacją Bożej Miłości do mnie. Od jakiegoś czasu wiem i głęboko wierzę, że mój Anioł Stróż (czy jakkolwiek mogłabym nazwać tę Siłę) bardzo o mnie dba, ma pełne ręce roboty i wykonuje ją potwornie sumiennie.
Wczoraj Bóg pozwolił mi więc zobaczyć, że jestem oszukiwana. Zrobił to w sposób widowiskowy i tak, że trudno przejść nad tym do porządku, choć ja odkryłam w sobie nawet pokusę udania, że nic się nie stało albo że to na pewno da się jakoś wytłumaczyć.
Dziś za to, właśnie na mityngu, usłyszałam dwie niesamowite rzeczy – dla mnie odkrywcze, choć siedzę w temacie od lat. Po pierwsze, że dorastanie w chorym, pijanym domu spowodowało u mnie między innymi uzależnienie od bycia krzywdzoną (właśnie, niezauważalnie dla samej siebie, zaczęłam pozwalać to robić). Po drugie, pewne określone moje dziwne, wkurzające, wstydliwe zachowania są efektem życia z tatą alkoholikiem i współuzależnioną mamą, nie jest moją winą, że wybuchają teraz nagle, gdy ktoś włączy zapalnik. To nie jest moja wina, nie mam na to wpływu, że się pojawiają (inna rzecz, co dalej z tym zrobię), nie mogę tego kontrolować, bo jestem bezsilna wobec tych zachowań. Nie znaczy to dla mnie, że nie ponoszę za nic odpowiedzialności, a jedynie to, iż nie muszę katować się dodatkowo, że jestem słaba, że mało się staram, że jestem nikim, że coś tam się stało, nad czymś nie zapanowałam, czemuś się poddałam. Ogromna ulga!
I jeszcze to, że skoro bezsilność, to tylko Bóg się z tym rozprawi, więc spokojnie mogę mu to powierzyć. A nawet muszę (nie mówiąc o tym, że teraz już bardzo chcę), bo to jest zbyt wielkie dla mnie, sama nie uniosę.

*

Straciłam czujność. Ja, taka doświadczona, dbająca o swoje bezpieczeństwo alkoholiczka. Jak to się stało, że dałam się wmanipulować w to picie u mnie w domu? Że nie zauważyłam, czym to może grozić, nie zastanowiłam się, dlaczego ten toast taki niezbędny? Proste, bo współuzależnienie było pierwsze, przed alkoholizmem, bo najpierw zadziałała ta zapadka z dzieciństwa. To na pewno ze mną coś nie tak, że mam jakieś obiekcje, tu człowiek chce normalnie, jak człowiek właśnie, a ja, dzikus jakiś, wymyślam, że nie można. Przecież powiedział, że wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza rozsądnych, a on rozsądny… Tak powiedział.
Przestraszyłam się, że poszło tak łatwo. Że byłam tak niebezpiecznie blisko. Wiem, że byłam.

sobota, 2 stycznia 2010

009. noworoczna obietnica

Ktoś dziś uchylił przede mną swój worek, a nawet wór, z postanowieniami. Przypomniał, że ludzie je robią, kilometrami i tonami, i że jedną z cech takich postanowień, głównie z powodu ich masowości i niefrasobliwości w podejmowaniu, a może też braku odpowiedzialności za słowo, jest ich niska spełnialność. Noworoczne postanowienia mają to do siebie, że nie trzeba ich traktować poważnie. A ja właśnie postanowiłam – kilka lat temu – podejść do nich z powagą, a nawet szacunkiem. Dlatego rozważam ich sensowność, i zapisuję. I nie nazywam ich postanowieniami, tylko planami albo sprawami do załatwienia. Z doświadczenia już wiem, że tych spraw nie może być za dużo, bo przepadną, jedne pochopnie podjęte i zaraz porzucone pociągną za sobą te mądre i potrzebne.
Rysuję więc szkic z kilkoma najważniejszymi punktami, a potem stopniowo wypełniam – czasem po kilku dniach, niekiedy trwa to tygodnie i miesiące. Lubię ten moment, zaraz na początku nowego roku, gdy sięgam po zeszłoroczną listę i odhaczam sprawy wykonane. Oczywiście, daje mi to poczucie skuteczności, pokazuje, że czas nie przecieka – tak bardzo – przez palce i, co ważne, że mogę (przynajmniej w niektórych kwestiach) mieć zaufanie do siebie, że nie rzucam słów na wiatr. Planom niezrealizowanym przyglądam się pod kątem ich realności i aktualności. Czasem przepisuję.
W tym roku mam dla siebie jedno podstawowe ćwiczenie, a nawet obietnicę – być coraz doroślejszą, dojrzewać, zmieniać szkodliwe, wręcz autodestrukcyjne, nawyki – przestać myśleć o sobie jak o domniemanej księżniczce z pretensjami, zacząć jak o prawdziwej królowej. Dorośle i odpowiedzialnie. Bardziej się poznać, zobaczyć, jaka jestem i czego chcę.
Tego sobie życzę najmocniej. To postanowienie noworoczne brzmi dość enigmatycznie, lecz z pewnością zaraz pojawią się – jakby przypadkiem, choć to przecież nie przypadek – sposoby na realizację. Bo jeśli już wiem, czego chcę i jest to mądre, i dobre dla mojego rozwoju, rozwiązania przychodzą niepostrzeżenie.