środa, 14 sierpnia 2019

193. poznać siebie


Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, powiedzmy, że to interesujące, co porusza i ciekawi innych, co ich zatrzymuje i pobudza. Dzisiejszy tekst był jakiś taki pół na pół, irytująco-oczywisty. Już sam tytuł książki drażnił (Radość życia), nie mówiąc o przydomku autora: Dr Love! No, hello!  


Kiedy umrzemy i pójdziemy do nieba, spotkamy tam naszego Stwórcę. Nasz Stwórca nie będzie pytał: "Dlaczego nie zostałeś mesjaszem?", "Dlaczego nie odkryłeś lekarstwa na to czy na tamto?". Jedynie, o co nas zapyta w tej cudownej chwili, to: "Dlaczego nie stałeś się sobą?" To jest nasz podstawowy obowiązek. Gdyby było inaczej, to po co bylibyśmy tak niewiarygodnie niepowtarzalni? Każdy jest inny. Każdy ma do zaoferowania światu coś, czego nie ma nikt inny. Czy ten fakt nie wzbudza w was entuzjazmu wobec samych siebie, nie skłania do refleksji: "O Boże, muszę odkryć, co to takiego?"


Nie, nie wzbudza. Naprawdę nie wzbudza, wręcz przeciwnie. (Taki mam nastrój, że bez kija nie podchodź). No jasne, że warto poznać siebie, ale… czy musimy brnąć w to kołczowe trzęsawisko?! W porządku, wysłuchałam, zastanowiłam się, przyjęłam, co mówią inni i z czystym sumieniem mogę odrzucić. I nawet by mi do głowy nie przyszło marudzić tutaj na ten temat, gdyby nie pewna zbieżność. Wieczorem usiadłam do historii pewnego amerykańskiego weterana AA, niepijącego dłużej, niż ja żyję. Nie tylko z tego powodu to, co mówi, uważam za warte uwagi. I tak sobie czytam, czytam, czytam. 

Chciałbym żebyście w ten weekend cieszyli się w pełni tym, kim naprawdę jesteście. Trzy lata temu zadecydowałem, że to jest mój najważniejszy cel życiowy. Ze wszystkich rzeczy, które człowiek może robić w życiu, postanowiłem zająć się odkrywaniem tego, kim naprawdę jestem. Chcę zobaczyć, do jakiego stopnia mogę się przebudzić. Bill pisze, że odpowiedź leży w rozwoju duchowym. W przebudzaniu się coraz bardziej. Tym właśnie jest rozwój duchowy – przebudzeniem. Rozwój duchowy jest ustawieniem się w taki sposób, aby jeszcze więcej rzeczy mogło być przede mną odkryte. A jak to robię? Szukam drogowskazu, za którym pójdę. Szukam znaków. Nikt nie powie mi prawdy o mnie samym. Mogą jedynie wskazać mi, gdzie to jest: „To tam, idź w tamtą stronę”. To może być ktokolwiek, autor jakieś książki, ktokolwiek. Jesteśmy teraz tutaj, by stać się skupionym poszukiwaczem, czyż nie? Jeśli będziesz kontemplował, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze, i znajdziesz odpowiedź, to możesz skreślić wszystkie inne swoje cele. Szukaj najpierw siebie. Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje. Bardzo trudno jest nam porzucić nasze ego i zdać sobie sprawę, że gdybyśmy faktycznie skupili się na tym jednym jedynym celu, to wszystko inne naprostowałoby się. 

COOO? 
Czytam jeszcze raz, i jeszcze, uważniej. Że co? Co on mi tu gada? Właśnie dziś, pięć godzin po historyjce, którą postanowiłam wywalić, przynosi mi zdania identyczne, które w zasadzie łatwo byłoby mi przegapić, machnąć na nie ręką, że dobra, dobra, pitu, pitu. Ileż to ja słów, znacznie mądrzejszych, umówmy się, pożyteczniejszych, proszę państwa, przegapiłam z większą beztroską albo nawet nosząc czas jakiś, zdjęłam do prania i więcej już nie użyłam… A jednak coś z przeszłości się odzywa, jakieś wspomnienie, cień czegoś: mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą… Nie bądź taka nonszalancka w odrzucaniu okruszków, które mogą powieść cię do domu, moja droga. 
No dobrze, tylko dlatego, że to weteran z Ameryki! Ale co to właściwie znaczy: poznać siebie? Dość łatwe, przyznam, było to na początku. Siadasz do Czwartego Kroku, zasuwasz z tymi tabelami, wypisujesz swoje życie, zdarzenie po zdarzeniu, potem wyłapujesz istotę swoich błędów, w Krokach Szóstym i Siódmym zmagasz się ze sobą, dzięki czemu widzisz dokładnie, kim jesteś. I w Ósmym widzisz, a jeszcze bardziej w Dziewiątym. O, Dziewiąty Krok, każde spotkanie lub próby uniknięcia konfrontacji ze skrzywdzoną osobą, pokazują ci jak cholera, kim jesteś. Mijają lata i to oglądanie siebie jest coraz bardziej rozcieńczone, wiesz już dużo, już nie chce ci się tak gapić na siebie, zresztą mówią – i przecież mają rację – żeby się nie skupiać za bardzo na sobie, bo to szkodliwe. Tak, po latach potrzebne jest szkło powiększające. Albo zwyczajny wpierdol od życia, który ci pokaże, gdzie jest twoje miejsce. I tak doszliśmy do tego punktu, w którym widzę, że szarpanie się nie ma sensu, bo przecież sama widzisz, moja miła, że ten weteran ma rację i… musisz poznać siebie. I co z tego, że zbiera mi się na wymioty, skoro jak mus to mus… No dobrze, przynajmniej się temu przyjrzę. 

A wy, co myślicie o tym poznawaniu siebie? Jak je rozumiecie? Co konkretnie robicie?

*

Edit, 19 sierpnia 2019: Dziękuję z całego serca za to, że chce wam się napisać, co myślicie. Dziękuję również za te kategoryczne, przesiąknięte racją opinie. Bardzo to dla mnie cenne. Wydaje się, że pokrzepiająca i dająca poczucie bezpieczeństwa jest pewność, że coś jest bzdurą, naiwnością, jest chore, głupie i bombastyczne. Z doświadczenia wiem, jak trudno żyje się w niepewności, w stałym poszukiwaniu odpowiedzi, ciągłym sprawdzaniu, czy ta wczorajsza pasuje do dzisiejszej sytuacji. 
Pamiętam zdanie: „Przestaliśmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek”, pamiętam słowa starszych przyjaciół z AA, że nie muszą już walczyć z opiniami, pomysłami, przekonaniami innych, a nawet swoimi własnymi. Wierzyłam im. Było to dla mnie i wciąż jest niezwykle ważne.

I dziękuję, nawet jeśli mam wrażenie, że ktoś tu mnie chce mocno do czegoś przekonać lub przed czymś uchronić. A może tylko upewnić się, że zaglądanie na ten blog będzie przewidywalne, i nie zagrozi dyskomfortem, jaki niosą podejrzane pytania. Wprawdzie tego natężenia niezadowolenia i krytyki trochę nie rozumiem, bo w moim wpisie nie ma żadnych prawd objawionych, ani roszczeń co do dysponowania jedyną słuszną racją, niczego – wydawałoby się – co komukolwiek by zagrażało. Ale i tak dziękuję. Ja po prostu zadałam kilka pytań. Postanowiłam się czemuś przyjrzeć, czemuś, co sama latami negowałam (kolejne fundamentalne dla mnie zdanie, które co i rusz okazuje się w moim życiu aktualne i przydatne: „Nie pozwól, aby jakieś twoje uprzedzenia wobec tych określeń zniechęciły cię do szczerego spytania samego siebie, co one dla ciebie oznaczają”). I nie wiem jeszcze, co będę o tym sądzić za tydzień czy miesiąc…

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

192. prawdziwe problemy



Rozmawiam ze znajomą, która od jakiegoś już czasu nie używa alkoholu i opowiada o swoich spostrzeżeniach w tej nowej rzeczywistości. Pada zdanie: w zasadzie wszystko jest w porządku, problemy nie pochodzą z zewnątrz, chyba je wymyślam, właściwie chyba ich tak naprawdę nie ma. Zawieszam się na tym zdaniu, bo… przecież to kwintesencja naszego chorego postrzegania, opisana w książce Anonimowi Alkoholicy: w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problem, butelka była i jest tylko ich symbolem.
To zdanie jest znacznie bardziej uniwersalne, niż się mojej znajomej wydaje. I mogłoby być rewolucyjne, gdyby tylko ktoś chciał przeniknąć je i potraktować poważnie. Gdybym ja chciała… Bo co, jeśli problemów naprawdę nie ma? Co, jeśli moje niezadowolenie, naburmuszenie, niepokój są odpowiedzią na niewłaściwą/błędną interpretację faktów? A co, jeśli nawet tych faktów nie ma? 
Lecz gdybym miała przyjąć taką ewentualność, musiałabym się rozstać z całym dotychczasowym systemem postrzegania, analizowania, reagowania. Kim bym wówczas była? Kim się stała? Czy mogę sobie pozwolić na takie ryzyko? 

Kilka dni później trafiam na spikerkę amerykańskiego weterana. Gościa, który nie pije ponad 40 lat i zdecydowanie wie, o czym mówi.




Może pora potrenować nowe patrzenie? Ja w to wchodzę. Weszłam już jakiś czas temu, możliwe, że mało świadomie, ale efekty i tak były i są widoczne w mojej codzienności. Mnóstwem spraw nie zaprzątam sobie głowy, one naprawdę zostały usunięte, nie istnieją. Są jeszcze te większe, może dla mnie za trudne, ale nawet wobec tych mam pewność – nie one są problemem. Tylko mój brak akceptacji. Nieumiejętność spojrzenia na nie z innej perspektywy. 


wtorek, 1 stycznia 2019

191. czy musi być tak trudno


…domy nie są po to, by w nich mieszkać, lecz po to jedynie, by się z nich wyprowadzić.

Tymi, w najlepszym razie niepokojącymi, słowami mój ulubiony, bo klarownie i bez ogródek piszący franciszkanin Richard Rohr zachęca do otwarcia się na nową podróż – w drugą część życia. Niewygodną, niebezpieczną, bo nikt nie lubi zmian, zwłaszcza tego rodzaju (uprzedza, że będzie bolało), szczególnie jeśli do emerytury bliżej niż do liceum, a przecież nie przesadza się starych drzew. Ale… tkwienie w miejscu grozi czymś znacznie gorszym niż nuda.
Dobrze rozumiem niechęć i brak entuzjazmu. Książka Spadać w górę leży w mojej biblioteczce od pięciu lat. Rohra cenię, ale jest tyle innych rzeczy do robienia i czytania… Aż tu nagle sam się wziął do ręki. Bo jak boli, to się przypominają rozwiązania, samo prowadzi jak po nitce. Chyba się okazało, że demon południa zajrzał w moje skromne progi i nieźle mi tu miesza.

Kolektyw, tłum, społeczeństwo, wielopokoleniowa rodzina – to wszystko w poważnym stopniu powstrzymuje nas przed wyruszeniem w drugą podróż. Niektórzy mówią o syndromie wiadra z krabami – próbujesz się wydostać, ale inne kraby wciągają cię do środka. To, co uchodzi za moralność lub duchowość, w życiu większości ludzi jest stylem myślenia charakterystycznym dla środowiska, w którym dorastali. Niektórzy nazwaliby to warunkowaniem lub nawet wdrukowaniem określonego stylu myślenia, którego nie sposób porzucić, nie podejmując autentycznej wewnętrznej pracy nad sobą. Buntując się, można go odrzucić w sensie negatywnym; znacznie trudniej jest „pozytywnie” wyjść krabowi z wiadra. A oto właśnie nam chodzi. Jezus używa dość ostrych słów, by wypchnąć nas z rodzinnego gniazda (każe opuścić, a wręcz "nienawidzieć" ojca, matkę, siostrę i brata ). Chce nazwać konieczne cierpienie na poziomie najbardziej osobistym i uczuciowym, sprzecznym z naszą intuicją. By móc odnaleźć własną duszę i przeznaczenie, niezależnie od tego, czego mamusia i tatuś dla naszej przyszłości pragnęli, potrzebujemy naprawdę bardzo silnego impulsu, wątpliwości dotyczących samego siebie, a także w pewnym stopniu odseparowania się od rodziny. Wykraczanie poza sprawy związane z domem rodzinnym, poza sprawy kultury, sztandaru i ojczyzny wymaga podjęcia pozytywnej decyzji wejścia na ścieżkę, którą bardzo trudno podążać przy zachowaniu integralności. Po prostu za bardzo nas ciągnie do wdrukowanego stylu życia, a wierny żołnierz wpaja nam stosowne poczucie winy, wstydu i brak wiary w siebie, co – jak już zostało powiedziane – odczytujemy jako głos samego Boga. 
Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia, Richard Rohr, Wydawnictwo WAM, 2013 






czwartek, 27 grudnia 2018

190. list

Godzinę temu ktoś napisał do mnie list – komentarz na blogu. Nie chcę go publikować, bo jest zbyt osobisty, ale zostawić bez odpowiedzi nie mogę. Bloggerowy system komentowania – cholernie mnie irytujący, szczególnie w takich sytuacjach – klasyfikuje niemal wszystkich jako anonimowych autorów, a wtedy nie ma szansy na bezpośrednią odpowiedź.

*


Nadawczyni to 26-latka, postawiona pod ścianą przez alkohol, konsekwencje picia, zniecierpliwionego (a może zrozpaczonego) narzeczonego.

Ja też miałam wtedy 26 lat. Docisnęło mnie to samo poczucie beznadziei, braku jakiegokolwiek ruchu. Już żadnego pomysłu, jak by tu polawirować, jak uciec, jak odwrócić los, jak jednak nie ponieść konsekwencji, jak umknąć cierpieniu. Gdy dowiedziałam się, co mi jest i co trzeba będzie zrobić, to jakby świat się skończył. Jedyne, czego wtedy pragnęłam – kiedy już do mnie dotarło, że tym razem nie da się wykpić byle czym – to żeby nikt się nie dowiedział. W ogóle do mnie nie docierało, że sporo ludzi i tak wie, że większość ma to totalnie gdzieś, ale najbardziej i najdłużej nie rozumiałam tego, że gra toczy się o moje życie. Że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to stanie się coś bardzo, bardzo złego.

Mało kto rozumie, że alkoholizm jest chorobą. W dodatku śmiertelną. A już 26-latki nie myślą o tym wcale. Bo może i jacyś starzy menele zachlewają się na śmierć, albo trochę młodsi, ale też menele na melinach, pijący jakieś wynalazki, ale umówmy się – nie młoda, pełna życia, pomysłów i perspektyw kobieta!

Bałam się potwornie. Co będzie dalej? I dlatego zrobiłam to, co mi mówili specjaliści. Ponieważ to choroba, pomyślałam, że można to leczyć. Wystarczy pójść do ośrodka leczenia uzależnień albo na mityng Anonimowych Alkoholików (do AA można pójść niemal w każdym mieście i miejscowości, bez skierowania, bez umawiania się – anonimowo, dyskretnie i za darmo). A potem posłuchać, co mówią ci specjaliści – nawet zwykli ex-pijacy są specjalistami, bo nie piją alkoholu i wiedzą jak to zrobić. Bo to zrobili. I chętnie przekazują swoje własne doświadczenie (co w niektórych budzi podejrzenia, zwłaszcza ta gorliwość jest podejrzana, lecz ci, którzy są nieufni, nie wiedzą jednej rzeczy – przekazywanie tych informacji potrzebującej osobie, opowiadanie o tym, jak samemu się wyszło z alkoholowego szaleństwa, i że to jest możliwe, że jest rozwiązanie, leczy tych, którzy opowiadają, dodaje im sił i pozwala jakoś, a nawet całkiem pogodnie, fukcjonować w świecie; to dlatego prawie wszyscy AA są chętni do pomocy i gadania). I przynajmniej w tym jednym – alkoholowej skazie – są tacy sami, nie ma więc miejsca na ocenianie, osądzanie czy kwalifikowanie kogokolwiek. A od ręki, bez wychodzenia z domu, polecam: alko.fora.pl – mnóstwo rzetelnej wiedzy, popartej praktyką.

*


Nie wiem, jak masz na imię, ale dziękuję, że napisałaś.


czwartek, 20 grudnia 2018

189. na drugie mam: Nie-zdążę


To znaczy, na trzecie, gdyby trzymać się chronologii. 

Od pięciu lat codziennie rano zapisuję, ręcznie, trzy strony. Jakieś osiem miesięcy temu zauważyłam to po raz pierwszy. Powtarzające się słowa. A właściwie jedno, po kilka razy na stronie. Zdążę – nie-zdążę. Żebym zdążyła. Ale chyba nie zdążę. I jeszcze: dam radę czy nie dam? Zdążyć, oczywiście. Najpierw było: ej, nie możesz tak powtarzać, poszukaj synonimów. Ale weź, nie chce mi się. A potem, po kolejnych tygodniach: hej, czy to nie przesada? Czemu to ciągle powtarzasz?! I wreszcie: Psychiczna jesteś, nieogarnięta? Co jest, nerwica jakaś? Czy coś? 
Czy coś. Kompulsja o tym mówią bardziej naukowo. Ale czy nie wszystko jedno, jak nazywają? Co za różnica, i tak płytki oddech, zadyszka, spięcie mięśni, że nawet sen nie przynosi ulgi rozluźnienia, a pierwsza myśl, jeszcze przed otwarciem oczu: trzeba biec, zdążyć, bo bez biegu się nie uda, nie zdąży się. 

Drugie imię, bo wcześniej, było: Powinnam. Gdybym zebrała wszystkie moje powinności – te minione, teraźniejsze i przyszłe – nie byłoby mnie spod nich widać, zadusiłyby mnie. Niemal to zrobiły, prawdę mówiąc. Bo na tym świecie jest przeraźliwe mnóstwo rzeczy, które powinnam. Umieć, zrobić, wykonać, zadbać, zmienić. Mojego drugiego imienia przestałam używać wcześniej niż trzeciego, że niby taka bardziej świadoma jestem i nie ulegam szaleństwom dzikiej współczesności. Ale świat nie dał się oszukać tym naiwnym zabiegiem, semantyczną sztuczką. OK., mogę nie używać tego wyrazu, ale i tak mi nie odpuści, przekaże mi co do punkciku w moim specjalnym kajeciku z listami rzeczy do wykonania (pisałam już o moim hysiu na punkcie list i spisów?).  

Zmusiłam się. Siłą zakazałam używania w piśmie tego słowa. Tego, wiecie, którego nie mogę napisać, bo wiadomo… Gdy mi się wymknie – skreślam bez litości. A właściwie z litości nad sobą, nad tą biedaczką, co w przeciwnym razie będzie musiała zapieprzać jak nakręcona i po raz kolejny do dentysty, żeby wypełniał, bo przez sen wyzgrzytane, a potem i tak jakiś zawał czy inny wylewo-udar. Nie, nie, nie można tak. Nie obchodzi mnie.  

Ostatnio, kiedy mimo tych różnych zabiegów nie mogę sobie poradzić z moimi imionami, na ratunek przylatuje wersecik z dzieciństwa, który wtedy niewiele mówił, a teraz – zwłaszcza w swoim przedszkolnym kontekście – pobrzmiewa szczególnie trupio: wszak i tak zginiemy w zupie…

Więc nie szarp się, dzieciaku. Odpuść sobie. I tak ze wszystkim nie zdą… No… znaczy się, daruj sobie, po prostu. 


środa, 12 grudnia 2018

188. jak zostałam najsłynniejszą blogerką

O czym myślałam, gdy zaczynałam pisać blog, nie pamiętam. Namówił mnie znajomy. Musisz, naprawdę powinnaś, powtarzał tyle razy, że, już dobrze, myślę, niech nie dusi. Nie zastanawiałam się nad potencjalnymi czytelnikami, pisałam sobie. Z takim startem naprawdę możesz pisać, co chcesz, zwłaszcza jeśli nie masz świadomości, że czasem piszesz od rzeczy…

Kilka lat później czytelnicy byli już wyraźnie obecni w moim blogowym życiu. I wciąż szło mi dość łatwo – słowa nie sprawiały trudności, wokół, choć głównie we mnie, gdzie przecież rozgrywał się najważniejszy spektakl, działo się tak mocno, intensywnie, że tematów nie brakowało, a do tego to proste zabezpieczenie, otulina blogowego nicku, odcinającego mnie codzienną, prawdziwą od tej (też prawdziwej, lecz kruchej i niechętnej odsłanianiu) internetowej, trochę niematerialnej jednak, tak myślałam. Aż tu nagle… 

Siedzę na podwyższeniu, z ekipą filmową. Pada, powielane później w dziesiątkach miejsc: scenariusz powstał we współpracy najsłynniejszą polską blogerką piszącą o kobiecym piciu. 
Ciach! 


Czy nic już nie będzie takie samo? Co i jak trzeba teraz pisać, żeby doskoczyć? A raczej: czego nie pisać, żeby ocaleć? Czy przekreślić wszystko, co pisałam wcześniej jako nikt? (A więc myślisz, że jesteś kimś? Dobre sobie.) Starać się usunąć, choć w sieci rzeczy są nieusuwalne? Unieważnić to, co dziś może być naiwnym wystawianiem się, normalni ludzie przecież takich rzeczy nie piszą! To żenujące i niesmaczne. To znaczy, może takie być, nie pamiętam wszystkich słów. 

Miałam raz pokusę wprowadzenia korekty – gdy w moim myśleniu nastąpiła poważna zmiana (12 kroków ze sponsorem w akcji) i niektóre wcześniejsze posty naprawdę mnie zawstydzały. Ale to nie byłoby fair. Skoro ma być prawdziwie, to prawda jest właśnie taka, że kiedyś myślałam naiwnie, może głupio, czasem nieuczciwie, bez większego kontaktu z rzeczywistością, a później trochę sensowniej (taką, w każdym razie, mam nadzieję). Niczego wtedy nie zmieniłam, nie ukryłam. Obecne rozterki traktuję podobnie. Pamiętam, jak kiedyś stresowałam się przed każdą wypowiedzią, i ktoś mądrzejszy powiedział: Daj spokój, połowa ludzi w ogóle nie będzie cię słuchała, bo są tak skupieni na sobie, a reszta i tak zaraz zapomni. Nikt nie będzie roztrząsał tygodniami twoich słów. Nie??? Zawód, że nie jestem aż tak istotna, był tylko mignięciem wobec ogromnej ulgi, że nie muszę się aż tak napinać. To nie ma większego znaczenia. 

Niekiedy, wymiennie z najsłynniejszą polską blogerką pada określenie najlepszy blog o kobiecym alkoholizmie. O, to ożywia mnie znacznie bardziej i aż tak nie rozśmiesza. Nie można ze wszystkiego szydzić! Cóż, po prostu lepiej przylega do potrzeb mojego ego. Przecież zaczęłam pisać na serio dlatego, że poza jedynym („męskim”) blogiem mojego przyjaciela Meszuge, niczego sensownego i wartościowego nie znalazłam. Ponieważ nie zauważyłam, by realia znacząco się zmieniły i pojawiły się inne miejsca z rzeczowymi informacjami o alko-uzależnieniu, chyba nie mam co marudzić. Czas, gdy pisałam dla siebie, minął nieodwracalnie. Co z tego, że przestało być łatwo? Robota czeka. 





czwartek, 30 sierpnia 2018

187. ukryty motyw



Naprawdę chcesz przestać cierpieć 

czy tylko, żeby szło po twojej myśli?


*

To pytanie można by zadać każdemu, od czegokolwiek uzależnionemu człowiekowi, zmagającemu się z jakąkolwiek obsesją, szurającemu brzuchem po dnie swojego nałogowego upodlenia. Lecz nie wtedy, gdy przychodzi z pomysłem poddania się zmianie, rozwiązaniu, jakiemuś programowi naprawczemu (również temu dwunastokrokowemu), to za wcześnie. Zbyt wielu znam takich (prawdopodobnie sama do nich należę), którym błędne, fałszywe intencje wywietrzały z głowy w trakcie pracy (bo to ciężka robota jest, a jeśli nie ma w tym roboty i wysiłku, potu i łez, to może być znak, że coś idzie nie tak, wszak to program działania), pokraczność motywów wyłaziła na powierzchnię i okazywało się, że zupełnie nie o to chodzi, żeby moje było na wierzchu. I że efektem naprawdę jest brak cierpienia (w każdym razie tego zbędnego).



193. poznać siebie

Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, pow...