niedziela, 28 stycznia 2018

184. oblepiacze


Snów takich dawno nie było. Przylepiaczy, co to nie chcą wypuścić nad ranem do domu. Tylko o dośnienie wołają, dodanie ciągu dalszego – wybierz sobie, jaki chcesz, zanęcają. Pieszczotliwe takie, przymilne, do jakichś tęsknot dawnych się odwołują, zasysają prawie uschłe z zaświatów. Coś niby o miłości, o byciu pożądaną, o jakimś śpiewie łabędzim. Ciągną za ręce, nogi, za włosy do poduszki, a powieki w dół, to nic że budzik swoje. I trochę im ulegam. Nie tak, że od razu i całkiem, taka łatwa to ja nie jestem. Troszkę tylko, jakbym jednak odchodziła do dnia, mimo że z ociąganiem, niech sobie nie myślą, że mnie namówiły.
No więc przeciągam się i przeciągam granice łóżka, udaję, że mogę sobie na to pozwolić. A gdy już wstaję, w porannych rytuałach ślimaczę się i kokoszę. Nie odczuwam napięcia czasu, pośpiechu, nic mnie nie niepokoi. Do spotkania w południe mam przecież lata całe. Coś zaczyna do mnie docierać pod koniec kąpieli – miał być szybki tusz, a zamienił się w lanie wody (do granicy wanny) i fantazji. I już widzę, co się zdarzyło, już łapię to oszustwo, które się ukryło pod warstewką miłego poranka.
Nie mogę skończyć najprostszej czynności, ciągnie się jak guma, oblepia, zniewala. Zapadam się w fotel/szafę/toaletkę, bo nie da się przecież być podwójnie. To fantazjowanie wysysa ze mnie paliwo przeznaczone na moje zwykłe czynności. Więc uprawiam oszukańczą bilokację. Ale tu, pod zwykłym nazwiskiem i adresem mnie nie ma. Ja nie żyję! Zatrzymałam teraźniejszość i obecność, i przesiadłam się do życia innego, nierzeczywistego, wskoczyłam na przelatującą obok planetę ułudy. Czego ja tam sobie nie zdążyłam przez tę godzinę zbudować, jakiego życiorysu, jakich sukcesów przyszłych! (wiem, wiem, sukcesy są na zanętę, po takiej przerwie musi mnie podebrać, że to niby takie miłe będzie zawsze, ale ja przecież jeszcze pamiętam, jak się toczyły tamte filmy, jak zawsze się toczą).

*

I przypominam sobie – błyskawicznie, bo południe zbliżyło się niebezpiecznie – ile straconych dni i okazji, znajomości i możliwości, nieprzeczytanych książek, nieposmakowanych smaków i pocałunków, nieobejrzanych filmów, niewyuczonych języków, nienapisanych tekstów. No bo kiedy? Fantazjowanie jest bezlitosne – musisz mu się oddać w całości. Zgodzi się na minimalne odstępstwo, żeby zachować cię przy życiu, ale zagarnie całą energię, to, co normalnie można by nazwać świadomością, a po przejściu na stronę nierzeczywistości, po uwięzieniu za szybą fantazji, staje się świadomości karykaturą i jej przeciwieństwem. Nie podejmiesz już żadnej decyzji poza chroniącymi twój nowy świat – wyobrażoną planetę, na której zdarzy się to, co sobie tylko wykreujesz, i co zawsze możesz zmazać gumka i zakleić nową wersją scenariusza. I jeśli nie zdarzy się jakiś cud, który zepchnie cię z jej powierzchni, planeta w końcu cię wchłonie. Możesz nawet nie zauważyć, że wcale nie żyłeś, tylko wyobrażałeś sobie.
Spędziłam tam zbyt wiele lat, żebym dała się nabrać na ten flirt. Zassało mnie na godzinę, zagapiłam się, naprawdę zapomniałam, że to istnieje, ale nie oddam jej ani sekundy więcej!


piątek, 12 stycznia 2018

183. wszystkie biedy świata chodźcie i pogrążcie mnie

Włączyłam ostatnio płytę sprzed lat… Nie mogę przestać słuchać, ale nie mogę też robić przy niej, obok niej, w tych dniach niczego. Już wiem, dlaczego na długo przestałam słuchać muzyki. Drapie w gardle, w brzuchu gniecie, szarpie, coś dziwnego w głowie się roi, przed oczami jakieś obrazy, coś się wydaje, coś się marzy nawet. Już prawie zapomniałam jak to jest. I nie wiem, czy chcę do tych stanów wracać. Bo się ich boję. Jakie myśli we mnie wyprodukują, jakie tęsknoty wycisną, a przecież mam spokojne, poukładane życie, jestem racjonalna, wyciszona, rozważna, niepotrzebne mi kłopoty.

No, więc dobrze, wyłączam. Nie słucham. Już prawie nie płaczę. A potem dzwoni do mnie tata i tym swoim chichotliwym głosem mówi, że nie ma siły, tak trudno pochować kurki, które jakaś kuna czy łasica podusiła, wszystkie, tak smutno, pusto, bo chodziły za nim… jak dzieci. I śmieje się niby, przepraszająco tak, bo to przecież głupie trochę, tak rozczulać się nad kurami. A ja sobie właśnie przypominam, bo ten drżący śmiech mi przypomina, że przecież trzeba się jakoś ubezpieczyć na wypadek „ej, to tylko drób”. I nagle słyszę pod tym głosem żałosnym całkiem coś innego. I mówię, tato, wiem, że ciężko… I myślę, kurwa, tato, nie smuć się, proszę, czuję mocno twój smutek i samotność, i strach, czuję wszystko nawet przez folię twoich żarcików. I nie wiem co mam zrobić, i czy mogę coś zrobić? I próbuję nawet spionizować się złością, kiedyś działało, odcinało ten bezdenny żal, że komuś jest bardzo źle. Myślę, tato, jadę na spotkanie ważne, nie mogę teraz ryczeć, tusz mi się rozmaże całkiem, nie będą mnie traktować poważnie, tato! Ale już nie działa. Łatwiej było nienawidzieć albo mieć w dupie. 



niedziela, 31 grudnia 2017

182. znów coś się kończy/zaczyna


To był bardzo ciekawy i niezwykle intensywny rok. Od kilku lat powtarzam, że to najlepsze lata mojego życia, choć zdarzyło się raz czy dwa, że mówiłam to raczej bez przekonania. To wciąż prawda, w tym roku nawet bez ściszania głosu. Mimo że najlepsze nie zawsze oznacza to, co myślałam dawniej. Kiedyś  dobry – lepszy – najlepszy – wspaniały – ekscytujący znaczyło: sukces, powodzenie, konkretne osiągnięcia, szczęście po prostu (może dlatego najlepsze czy dobre były tak trudne do osiągnięcia. Zdaje się, że przekroczyłam granicę bezrefleksyjnego pleplania o urojonych stanach, zeszłam na ziemię, i zamiast fantazjować, obserwuję, realizuję, staram się pojąć, cieszę się rezultatami). Dziś dobry znaczy raczej ciekawy. Owszem, powodzenie, sukces, konkretne osiągnięcia też się zdarzają, ale jest w tym coś więcej. Niematerialne, a jednak namacalne dla mnie.
Ruszyłam w nowe rejony. Robię rzeczy, których nie robiłam wcześniej. Dla tego nowego trzeba było zrobić miejsce. To nowe samo się wepchnęło i zadbało o przestrzeń, niewiele miałam do powiedzenia.
Czasami siadałam do pisania, powstawał tekst lub szkic, a potem wszystko lądowało w koszu. Zrozumiałam, że jest czas zbierania i czas wydawania. Ten rok był czasem zbiorów, nowych siewów, intensywnego grzebania w ziemi. Czułam, że opisywanie procesu w trakcie tylko temu zaszkodzi. A nie chcę płaskich i powierzchownych opowieści, one nikomu nie są potrzebne. 
Pamiętam, jak kiedyś wyłączyłam wszystkie odbiorniki. W moim domu panowała cisza. Zero muzyki, zero dźwięków. Trwało to bardzo długo. Kilka lat. Mój organizm potrzebował ciszy. Teraz potrzebowałam braku słów. Braku treści. A może raczej przestrzeni, w której niczego nie będę musiała zamykać i konkretyzować. Bo to jeszcze nie czas na podsumowania. Proces trwa. Tak, potrzebuję wciąż ciszy. Może nie mam nic do powiedzenia? To też biorę pod uwagę. Może wreszcie jestem gotowa, by posłuchać, a nie chlapać dookoła sobą. 
To właśnie zdarzyło się w tym roku. I wciąż trwa. Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.

*


I życzę Wam wszystkim równie interesującego, pełnego nowych możliwości i niespodzianek roku! Dziękuję, że wciąż jesteście, pomimo mojej ciszy. 

niedziela, 17 grudnia 2017

181. między idealizmem a obciachem



Jakiś czas temu natknęłam się na harcerski piosenko-teledysk. Patrzyłam, słuchałam, coś musiało mnie głęboko zahaczyć, bo nawet mój czuły detektor żenady nie był w stanie tego odłączyć. 
No więc, patrzyłam, słuchałam, mierzyłam się ze wspomnieniami. Miałam 15 lat. Dosyć późno zostałam harcerką. Nosiłam zbyt jasny mundur (nie mogłam w tym wieku chodzić przecież w ciemnoszarym, prosto ze Składnicy Harcerskiej, ale trochę przesadziłam z wybielinką). Jeździłam na biwaki. Oczywiście, że najsilniejszym magnezem byli harcerze – świetnie grali na gitarach i mieli błyszczące oczy. Stojąc w kręgu i trzymając ich dłonie, niekoniecznie myślałam o braterstwie. Ale potem coś mi przeskoczyło, zostałam zastępową. Skarbczyk zastępowego był moją biblią, a harcerki z zastępu niemal sensem życia (a na pewno czymś znacznie ważniejszym, niż półroczny sprawdzian z fizyki).
Chyba zawsze byłam idealistką. Z podciętymi skrzydłami. Moja prywatna „Niewidzialna ręka” skończyła się szlabanem i skargami sąsiadów. Komponowanie niezbędnego do przeżycia ekwipunku włóczykija – awanturą i remontem kuchni (coś z tym przepisem na chlebowe kostki smażone w głębokim tłuszczu było nie tak, moje wybuchały). Zapatrzenie w harcerskich idoli z hufca – gigantycznym rozczarowaniem (czyż spadkobiercy Zośki, Rudego i Niteczki mogli zniżyć się do poziomu magla, oplotkowując jawnie każdego, co w sąsiadującym z komendą moim namiocie było nie do ukrycia?).
To nic, w głębi duszy zawsze chciałam nieść ludziom światło (nawet jeśli w tym niewysłowionym  pragnieniu pobrzmiewały nuty młodzieńczej megalomanii). Może dlatego, gdy słyszę: „Róbmy razem dobre harcerstwo”, drapie mnie w gardle. Róbmy dobrą rodzinę, dobrą przyjaźń, dobre miejsce, dobre sąsiedztwo, dobre AA, dobrą Ziemię…

I chociaż mój czujnik żenady piszczy już dobrą chwilę, nie chcę, żeby ten tekst – jak kilka poprzednich – wylądował w koszu. Nawet jeśli znowu mnie poniosło i rzuciło na druty wysokiego C.

sobota, 8 lipca 2017

180. potrzeba inspiracji, potrzeba rozwoju



Rozmawiam z pewną osobą, okazuje się, że obydwie brałyśmy udział w jednym wydarzeniu. Mówi: To było wspaniałe, wywróciło mój świat do góry nogami, spikerzy się tak doskonale uzupełniali, drugi wypełniał luki w opowieści pierwszego. A ja myślałam: Kurczę, czemu ten drugi zabiera czas pierwszemu, który mówi tak ciekawie, wciągająco, merytorycznie? Właściwie tego drugiego mogłoby tu nie być. Hm, brałyśmy udział w tym samym wydarzeniu… Czy któraś z nas kłamie albo jest odklejona od rzeczywistości (jakby co, to chyba wiadomo która)? A może po prostu jesteśmy na innym etapie i inne mamy potrzeby?

*

Choć wybierając* sponsora nie zastanawiałam się nad tym, później bardzo ważne okazało się, że ma w stosunku do mnie kilkuletnią przewagę życia na Programie. Nie przewaga abstynencji była istotna, a właśnie trzeźwego, normalnego życia i myślenia, w których nie miałam przecież specjalnego doświadczenia. Nadal poszukuję ludz, od których mogę się uczyć normalności, u których mogę podpatrzyć, jak radzą sobie w trudnych dla mnie sytuacjach, jak zmieniali się w ciągu lat życia na Programie, na jakie zmiany ja mogę liczyć i jak sobie radzić z bardziej lub mniej powszednimi trudnościami w tym świecie. Dlatego z ogromną niecierpliwością i ciekawością oczekiwałam przyjazdu amerykańskiej weteranki, kobiety, która trzeźwieje na Programie chyba dłużej niż jakikolwiek znany mi alkoholik utrzymuje abstynencję. Bardzo chciałam usłyszeć o rzeczach, o których z oczywistych względów na mityngach nie usłyszę. Niemałe też znaczenie miała płeć spikera, po prostu. A potem okazało się, że nie ja byłam „targetem”.

*

Jestem tzw. longtimerem (osobą z dłuższą abstynencją i bytnością w AA), jeszcze nie weteranem (podobno weteraństwo zaczyna się wtedy, gdy słyszysz: Rany, jesteś trzeźwa dłużej, niż ja żyję) i faktem jest, że moje potrzeby są nieco inne niż potrzeby kogoś, kto nie pije tydzień, rok, 3 czy 5 lat. Mniej olśnień, bo mam większość z nich za sobą (choć tuszę, że przed sobą również jakieś, w przeciwnym razie jakże byłoby smutno i mdło). To oczywiste, że sporo rzeczy już słyszałam – jestem tu (w AA) dłużej – zdążyłam to i owo nawet przetestować i wiem, że działa, że spiker nie opowiada bajek. Niestety wielkie wow zdarza mi się rzadko. Naprawdę, pod tym względem zazdroszczę czasem początkującym…

No więc, nie ja z moimi potrzebami byłam adresatką tych warsztatów Wielkiej Księgi, powstrzymam się zatem od „recenzji”, bo nie o nią chodzi (poza tym, że byłaby mało użyteczna, a może i nie na miejscu), wspomnę za to o dwóch rzeczach, które wydały mi się szczególnie ciekawe i warte wypróbowania.

Pamiętam, jak wiele trudu kosztowało mnie zrozumienie języka Wielkiej Księgi, przyłożenie zawartych tam zdań do mojego doświadczenia, zdarzeń, które miały miejsce w moim życiu. Penny P. opowiedziała o metodzie studiowania, którą poznała jeszcze w szkole, a która przy pracy ze sponsorką okazała się pomocna. Chodzi o zamianę zdań twierdzących na pytania, które następnie mogę odnieść do siebie samej. Musimy w pełni przekonać siebie, że jesteśmy alkoholikami na Czy jestem gotowa, by w pełni przyznać, że jestem alkoholiczką? Skądinąd wiem, że zadawanie sobie pytań przynosi znacznie więcej pożytku, niż próba wbicia do głowy konkretnych twierdzeń.

Po paru dniach od warsztatów powróciła do mnie metoda spojrzenia na Kroki AA z drugiej strony, niejako od końca: nie będę w stanie dobrze realizować 12 Kroku (nieść posłania AA, sponsorować), jeśli nie zadbam o właściwą relację z Siłą Wyższą, jeśli nie będę z nią w kontakcie (czyli nie będę realizować Kroku 11). Moja relacja z Siłą Wyższą może nie przejść na właściwy poziom (Krok 11), jeśli nie będę uczciwie i do końca wykonywać bieżącego obrachunku moralnego (Krok 10). Nie zdołam otworzyć się na nową wiedzę o mnie, mieć większej samoświadomości i siły duchowej do korekty moich intencji (Krok 10), jeśli uczciwie nie naprawię wyrządzonych krzywd, nie wyrównam rachunków z ludźmi i światem (Krok 9), etc.

*

Uzyskanie potwierdzenia, że nie wymyślam czegoś dziwacznego, że moje rozumienie Programu i sposób przekazywania go (choć nie literalnie metoda) są zbieżne z opowieścią amerykańskiej weteranki to oczywiście fajna sprawa. Ale mam poczucie, że potencjał tego zdarzenia nie został w dostatecznej mierze wykorzystany, że polscy anonimowi alkoholicy mogliby skorzystać na doświadczeniu Amerykanki z Kalifornii bardziej (a może tylko tacy, jak ja, ale wiem przecież, że jestem w mniejszości i zdecydowanie nienajważniejsza). Prawda jest taka, że poczułam lekki zawód. Mój sponsor mawiał, że nierealistyczne oczekiwania rodzą rozczarowanie, frustrację, żal. Nie wiem tylko, czy pragnienie i nadzieja na dowiedzenie się czegoś więcej, więcej i więcej faktycznie są tak nierealistyczne…

* to słowo mocno na wyrost, bo umówmy się, wybór oznacza jakiś poziom świadomości, czyli roztropności, a jaki on może być u nietrzeźwego alkoholika?



piątek, 23 czerwca 2017

179. nowa rzeczywistość


Nigdy bym się nie oddał w ręce jakiegoś sponsora – powiedział ze swadą alkoholik ze sporą abstynencją i doświadczeniem w AA. – Przecież jakby co, to on będzie dbał o swoją trzeźwość, a nie o moją! 

Kiedyś pewnie opadłyby mi ręce na takie dictum (a jeszcze wcześniej zapewne bym mu ochoczo przytaknęła). Dziś… po prostu widzę, że taka jest rzeczywistość. Jak mówi przysłowie: ludzie sądzą po sobie, mierzą innych swoją miarą. Nie jest łatwo wyjrzeć poza czubek własnego nosa, swoją krótką perspektywę, traktowaną jako obiektywna prawda. Wiem, bo dopiero od niedawna dostrzegam i zaczynam rozumieć, że jest coś więcej i szerzej, czego być może nigdy w pełni nie uda mi się pojąć, choć już wiem, że to szerzej istnieje. Pamiętam, jak mój sponsor kilka razy powiedział: Wiem, że teraz nie masz pojęcia, o czym mówię, ale kiedyś zrozumiesz. I faktycznie, zrozumiałam.
Wiem, że niektórym – szczególnie chorobliwie skoncentrowanym na sobie alkoholikom – nie mieści się w głowie, że można chcieć po prostu czyjegoś dobra, bez większego interesu, który by za tym stał. I że nie ma sprzeczności: moje zdrowienie vs czyjeś zdrowienie – tu nie trzeba niczego wybierać, starczy dla wszystkich. W moim przekonaniu sponsor powinien być jednak trzeźwiejszy od podopiecznego, nie musi więc trząść się nad własną trzeźwością. Poza tym zdrowienie mojego podopiecznego, zmiany w jego życiu wzmacniają moją trzeźwość; moje staranie o trzeźwość kogoś innego (choć to on jest odpowiedzialny za swoją trzeźwość, tak samo, jak ja, a nie mój sponsor, jestem za moją) ratuje mi czasem tyłek, bo zwyczajnie muszę się kimś zająć, skoro się tego podjęłam, a to oznacza kilka godzin skupienia na czymś innym, niż moje jakże ważne sprawy, zmartwienia, refleksje, lęki, wspomnienia! Moje, najważniejsze. No, więc właśnie na szczęście przez chwilę nie muszą być najważniejsze. Czas z podopiecznym to czas, gdy mogę normalnie oddychać, a moja głowa odpocząć – to w słabszych momentach, które nawet trzeźwiejszym sponsorom mogą się przecież zdarzyć, i niekiedy zdarzają. 
I wreszcie, że przychodzi taki moment, gdy dla kogoś innego jestem w stanie zrobić więcej niż dla siebie. Nie sądziłam, że czegoś takiego doświadczę i że nowa rzeczywistość, o której pisał Bill W. w Wielkiej Księdze, może stać się moim udziałem (bo jeszcze nie tak dawno nie miałam bladego pojęcia, że jakaś inna rzeczywistość w ogóle istnieje).

czwartek, 23 lutego 2017

178. to w końcu co kieruje moim życiem?


Ostatnia smużka snu ścigała się z budzikiem. Wstałam wzburzona, totalnie rozbita, z zamętem w głowie i ciele. Tak, ciało doskonale wyrażało mój stan. Nawet gdybym niczego nie pamiętała, jasno komunikowało, że stało się coś złego. No, to szukam, cóż takiego się zdarzyło.
Zdarzyło się oto, że byłam w towarzystwie znajomej w studiu telewizyjnym czy radiowym. Oprócz nas i prowadzącego był jeszcze jeden rozmówca. I nagle ta znajoma zaczyna opowiadać jakieś bezsensowne rzeczy o AA, próbuję oponować i prostować, ale ona miażdży mnie szyderczo mityngową zasadą: Nie przerywa się, prawda?! Krótkim zdaniem usadza mnie na miejscu, choć fizycznie nie zdążyłam się jeszcze poderwać, ośmiesza mnie i cała ideę. Przed tymi dwoma mężczyznami, przed całym tłumem odbiorców pokazuje, że można mnie nie szanować, nie liczyć się ze mną. Sucz jednak!
No dobra, tyle sen, ale co to ma wspólnego z rzeczywistością? Otóż to. Ja wiem, że nic! Może poza małą faktyczną niechęcią do znajomej, żalikiem, że jest, jaka jest, a nie taka, jak by było miło, snującą się przez lata znajomości. Ja wiem, rozumem ogarniam, że nic, ale moje ciało mówi coś innego. To wręcz niesamowite, jak bardzo moje ciało jest w innej historii. Tu poranek, słońce, yerba, porywające plany i zadania, a ono buzuje. Tłumaczę sobie i jemu: Ej, to nie działo się naprawdę, wyluzuj, to tylko sen! Niby mnie słyszy, ale za kwadrans znowu widzę, że złe. I oby nikt nie zadzwonił, nie pojawił się w zasięgu, bo mu się oberwie za… za mój sen.

Po godzinie do dwóch pacyfikuję się ostatecznie i stawiam do trzeźwego pionu, rysując swoiste memento z tych wszystkich razów, gdy tłumaczyć i pacyfikować nie mogłam, bo nawet nie miałam świadomości, co się we mnie i ze mną odbywa, z tych wszystkich razów, gdy ruszałam w świat hojnie rozdając każdej napotkanej osobie moje niezadowolenie, naburmuszenie, złość, zohydzenie. Ach, te wszystkie pomysły, że jestem panią swego życia – ja tu rządzę i zarządzam...