niedziela, 31 maja 2020

198. AA online, czyli odmęty nadmiaru

W ciągu tygodnia nadeszły wieści i zaproszenia na mityngi z udziałem weteranów, najpierw z jednego krańca Stanów Zjednoczonych, potem z drugiego, wreszcie z Kanady. Co za radość, czyż nie o to właśnie chodziło? Żeby mieć dostęp do doświadczeń ludzi z odległych miejsc, w dodatku dostęp niemal powszechny, bo wypowiedzi będą tłumaczone na język polski.
Jest tylko jeden szkopuł. Wszystkie te spikerki (a możliwe, że i jakieś kolejne, wszak nie wszystkie informacje do mnie docierają) odbędą się w tym samym czasie, tego samego dnia, o jednej godzinie…
W realu kłopot byłby mniejszy – odległość stanowiłaby ostateczne kryterium wyboru – ale online skraca dystans, mogę dotrzeć wszędzie, bez konieczności wychodzenia dokądkolwiek. A to rodzi kłopot. Dla mnie niemały. Kłopot z wyborem. Jakoś, czasami zaskakująco dobrze, radzę sobie z brakiem. Gorzej ze zbyt szeroką ofertą. Konieczność wyboru wciąż rodzi napięcie i dyskomfort – przecież jeśli wybiorę jedno, to pozostałe przepadną. A co, jeśli te pozostałe byłyby ciekawe, wspaniałe, lepsze?

W związku z tym przyszło mi do głowy pewne porównanie – czy mityngi online z ich możliwościami nie otwierają czasem drogi do postawy czy myślenia, (nieco alkoholicznych), które przewijały się przez moje picie: skoro po jednym czy dwóch drinkach czuję się tak wspaniale, to jak bosko mi będzie po sześciu czy dziewięciu?! Ale to margines moich rozważań, wracając do meritum, zapewne najefektywniej, choć wcale nie łatwiej, byłoby zorganizować jedno wydarzenie dla szerszej liczby uczestników. I kolejne, z następnym weteranem-spikerem, w innym terminie, również dla większego grona. Fakt, to wymagałoby dogadywania się i współpracy, czegoś, do czego namawiają Tradycje AA, co pomaga wytrenować pełnienie służby, a co jest tak trudne dla alkoholików, bo większość z nas zapewne znacznie lepiej radzi sobie w samodzielnych zmaganiach niż w pracy zespołowej. Bo jesteśmy bandą solistów, którzy dopiero pod przymusem i dzięki wsparciu Siły Wyższej (która powoli przemienia w nas te egocentryczne cechy), nabierają umiejętności współpracy i współdziałania.

Bardzo mi bliskie, to znaczy znajome, jest pragnienie posiadania najlepszego mityngu/grupy domowej na świecie. Z najciekawszymi tematami, najpopularniejszymi spikerami, największą liczbą uczestników. To takie samo pragnienie, ambicja, jak z pełnieniem służby w AA – chcę odbyć tę służbę (jaka by nie była) najwspanialej, jak nikt jeszcze nie służył, wyznaczyć jej nowy wzorzec, który wystawią potem w banku miar i wag w Sèvres, model, który wpisze się w krajowe, a kto wie, czy nie światowe annały AA. Oczywiście, gdyby ktoś wprost wskazał tę częstą w AA przypadłość, wyparlibyśmy się lub zaśmiali w głos, prezentując pozornie zdystansowaną postawę, lecz… niech rzuci kamień*, kto nie próbował być mistrzem świata w swojej służbie: najbardzej elokwentnym i dowcipnym prowadzącym, oferującym sześć gatunków herbaty, a do kawy bezlaktozowe mleko herbatkowym, gromadzącym najwięcej kapeluszowego hajsu skarbnikiem. O pokorze, wyrażającej się w anonimowości, czyli w umiejętności bycia jednym z wielu, stania w szeregu, jest dopiero w Dwunastej Tradycji. Nie każdy z nas dociera na ten kraniec Programu, nie tak trudno też opuścić tamto miejsce i zapomnieć, o co chodzi w całej tej anonimowej pokorze – przecież w robieniu grupie/intergrupie/regionowi najlepiej nie ma nic złego. A że według własnych standardów i pomysłów… Wszyscy jesteśmy w drodze.

Tylko jak ja mam wziąć udział w trzech różnych mityngach na raz?


* Z tym kamieniem to żart. Proszę niczym nie rzucać, a już zwłaszcza kamieniami, zgniłymi jajami, kalumniami, mięsem i butelkami z trollowym jadem.



piątek, 22 maja 2020

197. dawanie z pożytkiem



Dawanie czasu i energii – choć nie zastąpią one niezbędnych przedmiotów – wydaje się szczodrością wyższej klasy. Mam tu na myśli zwłaszcza dar służby upośledzonym, bezdomnym, samotnym, osadzonym w więzieniu, i tym, którzy z niego wyszli. Ten rodzaj szczodrości odnosi się także do nauczycieli, przekazujących uczniom wiedzę. Czynnikami, które decydują o tym, czy dawanie przyniesie maksymalny pożytek i dającemu, i obdarowanemu, są brak oczekiwania i jakiejkolwiek myśli o nagrodzie, a także pobudki: prawdziwa troska o innych. Im bardziej poszerzamy perspektywę – tak, by obejmowała również pomyślność bliźnich – tym pewniejsze stają się fundamenty naszego własnego szczęścia.
Etyka na nowe tysiąclecie, Dalajlama



To nie jest nowa książka, ale Dalajlama z pewnością nie wydał jej przed szaloną przygodą kilku amerykańskich pijaków, znaną dzisiaj jako pisanie książki Anonimowi Alkoholicy. Tymczasem przekaz/duch obydwu pozycji jest tak zbieżny… Zdanie ostatnie jakby żywcem wyjęte z Wielkiej Księgi
Mężczyźni ci odkryli w życiu coś zupełnie nowego. Chociaż wiedzieli, że jeśli chcą zachować trzeźwość, muszą pomagać innym alkoholikom, okazało się że jest jeszcze coś ważniejszego – poczucie szczęścia, które znaleźli w dawaniu siebie innym ludziom. (str. 159)
Nasi dwaj przyjaciele nie mieli jednak łatwego życia. Pojawiło się mnóstwo trudności. Obaj zrozumieli, że muszą być ciągle aktywni duchowo (str. 156)

Wiem, że znalazłoby się jeszcze kilka podobnych fragmentów, i jeśli ktoś ma chęć, może zagrać w intelektualno-duchową grę, odnaleźć je i przytoczyć – zapraszam. Mój sponsor mówił o tym tak: jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to jakby jej nigdy nie było. Można i tak, mniej romantycznie i sentencjonalnie: jeśli nie przekażesz dalej tego, co dostałeś, to ci zgnije i sam też nie będziesz miał. 

Zdanie przedostatnie dalajlamowego cytatu to coś, o czym czasem rozmawiam z przyjaciółmi z AA. Kwestia motywów, leżących u podłoża naszych rozmaitych działań, które nieco górnolotnie można określić jako niesienie posłania. Tak, intencje mają znaczenie! Dlatego muszę dbać o kondycję duchową, by to, co przekazuję, czym się dzielę, było duchowo dobrej jakości, by nie rozdawać półproduktów, podróbek czy duchowo- albo posłaniopodobnych wytworów. A to jest naprawdę niełatwe. Może właśnie tak, jak pisze Dalajlama – jest czymś wyższej klasy. Zbyt często jestem zbyt niska (leniwa, skoncentrowana na własnych małych planach i celach), by dobrze realizować to zadanie.  

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam zdanie pewnego alkoholika: Mam ratować dla Boga dzieci boże, a On zadba o to, bym miał co jeść, wydało mi się odkrywcze, ale też odrobinę megalomańskie. Z upływem lat przyswajam i uwewnętrzniam je coraz bardziej. Już nie widzę w nim megalomanii, tylko ciężką pracę. Chciałam napisać „niewdzięczną”, ale to kompletna nieprawda. Jak najbardziej wdzięczną – gdy się udaje, gdy dostaję od Siły Wyższej prezent i mam okazję obserwować efekty. Zatem nie „niewdzięczną”, tylko żmudną. Ale jeśli podtrzymuję w sobie ducha (a to wymaga wysiłku, treningu, uważności), cała reszta dzieje się jakby sama, jakby od niechcenia. Jakieś pieniądze, nieobrzydliwe zlecenia, przyjaźni ludzie, hojne miejsca… czyli chyba wszystko to, co może być tłem stanu, który w Wielkiej Księdze nazwany został radością życia. 



niedziela, 10 maja 2020

196. AA w sieci (i co z tego wyniknie)


Jeszcze nie wiemy, jak w przyszłości będzie się nazywało te kilka (?) miesięcy 2020 roku. Czy będzie podobnie jak z „wojną”, „sześćdziesiątym ósmym” czy „Czarnobylem”? Podczas korony? W erze covidu? W społecznej komunikacji potrzebny jest jakiś skrót, który błyskawicznie umieści opowieść w kontekście. Ciekawi mnie, jaki to będzie skrót, i co będzie się o tych czasach opowiadać. Może nawet za bardzo bym chciała wybiec w przyszłość, jakby teraźniejszość była nie dość interesująca. Bo to intrygujące, co wymuszona izolacja, a dokładniej nasze sposoby radzenia sobie z nią, po sobie zostawią. Jak zmienią naszą rzeczywistość postizolacyjną. Bo że zmienią, nie mam wątpliwości. 

* 

Niemal zaraz po ogłoszeniu nowej rzeczywistości ruszyły mityngi online. I to, że ruszyły, uważam za rzecz świetną i kolejny dowód na to, jak bardzo przedsiębiorczymi ludźmi są alkoholicy, jak potrafią się zorganizować i zrobić coś sensownego. Sami z siebie. Bo nikt za grupy tego nie wymyślił, nie narzucił, nie polecił (któż miałby taką moc?). Mityngi online funkcjonowały już wcześniej (na świecie od 1999 roku, jak pisze Tadeusz ze Steru w drugim tomie Historii AA w Polsce), ale – w mojej świadomości – raczej jako rozwiązanie specjalne, wyjątkowe, dla kogoś, kto kompletnie nie może dostać się na „żywe” spotkanie, bo jest na misji (najlepiej ONZ lub NATO, żeby brzmiało poważnie), w pracy, w szpitalu albo na mocno egzotycznych wakacjach. Nie miałam pomysłu ani potrzeby korzystania z nich. Lecz kiedy sytuacja wyjątkowa, właśnie taka, która wymaga specjalnych rozwiązań, wśliznęła się w nasze codzienne i nieegzotyczne życia, okazało się, że mamy na nią gotową odpowiedź. 

Na pierwsze mityngi niestacjonarne, nieanalogowe* zalogowałam się z ciekawości. Żeby wiedzieć, jak wyglądają, o co w nich chodzi, a w razie potrzeby dodać otuchy i wesprzeć technicznie nowicjuszy, podopieczne i kogokolwiek, kto byłby zainteresowany. Skorzystałam z kilku różnych platform oferujących połączenie audio-video, byłam na mityngach telefonicznych. I choć jestem tak skonstruowana, że w pierwszej kolejności dostrzegam i wyłapuję różnice, minusy, słabsze strony i potencjalne zagrożenia, to jednak zacznę od plusów, szans i możliwości, jakie spotkania na skype, zoom, gotomeeting, discord i paru innych platformach ze sobą niosą. 

Zatem: dostęp do mityngów wcześniej z powodów geograficznych niedostępnych, a także możliwość posłuchania doświadczeń alkoholików, których w inny sposób nie dałoby się usłyszeć (a identyfikacja i inspiracja są istotne nie tylko dla nowicjuszy). Co za gratka – zaprosić, bez obciążania grupy kosztami, do Jeleniej Góry spikera z Suwałk lub do Sanoka kogoś ze Szczecina. Zaraz, ale dlaczego ograniczać się granicami państwa? Zaprosić ich do Hamburga, Dublina czy Londynu. Jeśli ktoś zna język, może wskoczyć na mityng do Nowego Jorku. Jeśli nie zna… i tak może posłuchać zagranicznych spikerów. Na polskich mityngach. Tłumaczonych na język polski. 

Jeśli ktoś sobie życzy, może uczestniczyć nawet w kilku mityngach dziennie. Wprawdzie mityngi same w sobie nie leczą, ale są nowicjusze, którzy w ten sposób radzą sobie z obsesją picia, szczególnie w krytycznych momentach, a do takich obecna sytuacja z pewnością może należeć.

Wyższa potrzeba – a tym okazuje się być udział w mityngu w czasach zarazy – skłoniła wielu zatwardziałych przeciwników wszelkiej technologii do rewizji dotychczasowych uprzedzeń. I nagle się okazało, że digitalowi analfabeci (w ich gronie bywam i ja) śmigają w zoomy i discordy niewiele gorzej od młodzieży, co ze smartfonem w dłoni przyszła na świat. (Choć akurat ten szeroko edukacyjny, wyrastający poza kwestie trzeźwienia, aspekt wspólnoty odkryłam już dawno, teraz wypatrzyłam tylko kolejny przykład). 

W pierwszych dniach #zostańwdomu wszyscy potrzebujący wsparcia, ci dzwoniący na infolinię AA lub pragnący powrócić na wspólnotowe łono, słyszeli: niestety, nie spotykamy się na żywo. Wkrótce jednak zdanie to zyskało ciąg dalszy: …ale mityngi są organizowane w internecie lub przez telefon. A potem się okazało, że to pozorne utrudnienie staje się ułatwieniem, znosi bowiem bariery (często wyolbrzymione, co nie znaczy, że nie realnie powstrzymujące) przed przyjściem na spotkanie AA. Na jednym z internetowych mityngów usłyszałam wypowiedź alkoholiczki: gdyby nie te spotkania w sieci, nigdy bym do was nie przyszła, tak się wstydziłam. Na mityng telefoniczny czy internetowy można wejść bez rejestrowania się, podawania danych, bez pokazywania twarzy, chyba bardziej anonimowo już się nie da.

Ale ponieważ można bardzo anonimowo, to otwierają się też, na razie na szczęście niezbyt szeroko, drzwi potencjalnych nadużyć (w ten oto sposób przechodzimy gładko do minusów, niedogodności oraz zagrożeń).
Dostałam od jednego z uczestników AA sms-ostrzeżenie o nowym zjawisku na – bodajże – anglojęzycznych mityngach: na online’owe spotkanie loguje się ktoś anonimowo, a następnie zawłaszcza je/uniemożliwia prawidłowy jego przebieg/wprowadza zamieszanie i niepokój, zniesmacza lub bulwersuje swoją wypowiedzią. Fakt, zalogować się może absolutnie każdy, adresy mityngów widnieją na oficjalnej stronie AA. O ile zakłócanie spotkania jakichś tam alkoholików byłoby dla kogoś atrakcją (wiem, szaleńców nie brakuje). Choć wydaje mi się, że problem ten, jeżeli w ogóle, jest dopiero przed nami. Póki co wspólnota AA w Polsce nie jest aż tak znana, popularna i powszechna (jak w USA chociażby), by chciało się na nią robić zajazdy**.  Poza tym admin czy prowadzący mityng online ma możliwość błyskawicznego rozwiązania problemu – wystarczy wyłączyć przeszkadzaczowi mikrofon czy usunąć go ze spotkania. Na żywo pacyfikacja wymaga znacznie większych nakładów cierpliwości, umiejętności, a czasem sił.  

Kolejna rzecz: mam wrażenie, że spotkania na skype, zoom, gotomeeting, a jeszcze bardziej telefoniczne, wymagają znacznie większej koncentracji, większej energii, by nie ulec rozproszeniu (jestem wzrokowcem, brak możliwości skupienia wzroku na czymś/kimś konkretnym powoduje u mnie odlot w inne rejony, kompletnie na przykład nie umiem korzystać z audiobooków). Mniejsze skupienie skutkuje rozproszeniami, a te nudą. A skoro nuda, to może sprawdzę maile, przeskroluję fejsbuka, rzucę okiem na newsy z kraju, ze świata, z pudelka. Rozproszenie jeszcze większe i właściwie poczucie, że ten mityng jest jakiś taki miałki, płaski. Ale… przecież mogę jednym kliknięciem przeskoczyć na inny, może będzie ciekawszy. Turystyka mityngowa ma też ciemniejszą stronę – bez żadnego wysiłku mogę być wszędzie, bo w tym samym czasie odbywa się kilka mityngów, i nawet nie zauważyć, że przez to skakanie nigdzie tak naprawdę nie jestem. Z niczego nie korzystam. Niewiele, jeśli cokolwiek, od siebie daję. 
W pewnym momencie zastanowiły mnie przedłużające się chwile ciszy, uporczywie milczenie, zwłaszcza wobec jeszcze niedawno wyrażanej wdzięczności za dostęp do jakichkolwiek, choćby internetowych spotkań w tak trudnym czasie. Lecz jeśli wpadam na mityng w jego trakcie albo dzielę uwagę pomiędzy kilka tematów/mediów, to może być mi trudno się zorientować w temacie. Najlepiej się więc nie wypowiadać. To i tak lepsze niż opcja: nie wiem, no to powiem, bo mam swoją historię, jedyną, ale pasuje za to na każdą okazję.

Rozmaite czynniki się zapętlają i wzajemnie potęgują: powierzchowność i długie milczenie mogą powodować, że nie bardzo mam chęć podłączyć się do mityngu. Jeśli skaczę ze spotkania na spotkanie, z platformy na platformę, trochę ciężko z utrzymaniem poczucia przynależności i wspólnoty. Bo niby z kim tę wspólnotę zbudować? Z niewidzialnymi głosami? Niewiele mówiącymi nickami? Wiele osób deklaruje tęsknotę za dawnymi prawdziwymi spotkaniami. Pewnego sentymentu może się dorobić nawet ten wkurzający gość, mamroczący w kącie zawsze to samo albo ta trochę arogancka dziewczyna, która ciągle się użala, ale przecież wszystko wie najlepiej. Tak, nawet ich zaczyna jakoś brakować. 

Jest jeszcze jedna kwestia, związana z anonimowością. Logujesz się na rozmaite platformy, dotychczas nie wykorzystywane i nieznane, a może i znajome, ale używane w celach profesjonalnych, pod nazwiskiem, czasem też nazwą firmy. Nawet jeśli zauważysz, że te dane są widoczne dla wszystkich, nie zawsze umiesz je usunąć/schować/zamienić na mniej personalne. Na kilku mityngach spotkałam znajomych z całkiem innych zebrań czy organizacji. Nie miałam pojęcia, że łączą nas również kwestie zdrowotno-duchowe. Pokojarzyłam też parę faktów, których nieznajomość naprawdę mi nie wadziła. Czy to wykorzystam? Nie sądzę. Nie mam ani potrzeby ani zamiaru. Ale… czy wszyscy będą tak dyskretni? 

Zastanawiałam się, a może i martwiłam, jak sobie damy radę ze służbami, sponsorowaniem nowicjuszy, literaturą czy siódmą tradycją. Całkiem niepotrzebnie. Wszystkie te kwestie potrafimy ogarnąć – w końcu alkohol też potrafiliśmy zorganizować zawsze. I prawdopodobnie z pozostałymi zagrożeniami też sobie poradzimy, przekujemy je w lekcje. Trzeźwi alkoholicy stają się nauczalni, wyciągają wnioski.

*


Temat picia (czy w kwarantannie jest większe i straszniejsze), radzenia sobie z nim (ale przecież ośrodki, detoksy i terapie pozamykane) zaciekawił wiele osób. Dziennikarze pytają, specjaliści objaśniają i prognozują. Jeden z branżowych przyjaciół napisał na swoim blogu:
Zastanawiam się, jak będzie wyglądało nasze (AA-owskie) środowisko, kiedy problemy z koronawirusem już się skończą. Alkoholicy przekonani przez psychoterapeutów lub kolegów z AA, że jeśli nie będą obecni na kilku mityngach tygodniowo, to na pewno zapiją się na śmierć, zorientują się, że to nie jest prawda. Bo też nie wszyscy mogą, chcą i potrafią podłączyć się do jakiegoś spotkania on-line, na takiej lub innej platformie internetowej.Oczywiście pewna liczba uzależnionych wróci do picia. Ci, którzy własny lęk przed zapiciem w związku z nieobecnością na mityngach, rozkręcą tak bardzo, że wywołają sobie nawrót choroby alkoholowej, ale nie sądzę żeby były to liczby znaczące. Będą też tacy, którzy brak mityngów potraktują jako usprawiedliwienie picia. Część ze sponsorów pracuje z podopiecznymi zdalnie, przez internet. Czy „po wszystkim”, sponsorom i podopiecznym znów będzie się chciało wychodzić z domów?
A może na mityngach on-line pojawią się ci, którzy dotąd nigdy do AA nie trafili i dzięki temu przekonają się, że nie taki diabeł straszny? ***
(meszuge.blogspot.com) 

Ja mam nadzieję, że pogubieni powrócą, a rozproszeni się zjednoczą, wkleją we Wspólnotę, która przetrwa i ten czas, jak przetrwała wszystko do tej pory. A po mobilizacji wobec stanu wyjątkowego zostanie nam kilka ciekawych rozwiązań, których wcześniej nie widzieliśmy, nawet ich nie przeczuwaliśmy, oraz inicjatyw, które otworzą AA dla nowych członków (tak jak już się to dzieje w przypadku mityngów dla g/Głuchych). 




---
* Jak teraz nazywać dawne spotkania? Z określeniem „normalne” w odniesieniu do AA zawsze mam lekki problem, jakby było jakimś może nie nadużyciem, ale zniekształcaniem rzeczywistości, wydaje mi się, że wszyscy tu w AA (choć może i tu na ziemi) jesteśmy trochę wariatami, co swoją drogą czasem bardzo mi pasuje.
** Oczywiście na otwarte mityngi w realu też może przyjść każdy, ale musiałby się wykazać jednak większym samozaparciem niż wkliknięcie się w spotkanie (trolle należą do gatunku upierdliwego, lecz leniwego, a ponadto strachliwego, więc mało prawdopodobne, by któryś nieuzależniony troll wybrał się fizycznie na spotkanie i próbował się produkować przed żywymi ludźmi). Aczkolwiek znana jest mi frakcja alkoholików (dorobili się nawet własnej nazwy), grasująca po mityngach stacjonarnych w jednym z dużych miast, i podobnie się zabawiająca.
*** Całość tutaj. Na marginesie, szczególnie ciekawe poznawczo wydają mi się komentarze pod tym postem – przerzucanie się tradycjami AA, a raczej ich interpretacjami, rumakowanie z szabelką wspólnego dobra i głównego celu. Rzucić okiem i wyciągnąć wnioski warto. Ale, jak powiedział klasyk, to już zupełnie inna historia.  




piątek, 10 stycznia 2020

195. posłanie i przykład


Raz na jakiś czas zdarza mi się spotkać w AA osobę, która naprawdę chce. Naprawdę! Może już przerobiła wszystkie inne sposoby, może już sprawdziła na wylot własne możliwości i się przekonała (ci, którzy sprawdzili, wiedzą, o co chodzi). A może ma po prostu silne poczucie, że w sytuacji, w której się znalazła, trzeba się powierzyć, czyli uchwycić tego, o czym w AA mówią, słuchać i robić. No więc właśnie spotkałam kogoś takiego i nie mogę wyjść z pełnego podziwu i radości zdumienia (nie wiem, czy z niedoskonałości zasobów językowych czy może z nieopisywalności tego stanu, trudno mi wyrazić to lepiej).  

Pamiętam gdy mój sponsor mówił: Wiem, że teraz tego nie rozumiesz, ale za jakiś czas będziesz to miała… Przez te kilka lat miałam i zrozumiałam już wiele razy i czasem zastanawiam się, jak on widział i przyjmował moje wysiłki, jak patrzył na fakt, że naprawdę robię to, co mam zrobić, według jego instrukcji. Przypomniałam to sobie właśnie przy okazji mojej reakcji na pracę i postawę wspomnianej na początku osoby. To takie pełne wzruszenia zadziwienie, że komuś się chce, że naprawdę słucha tego, co mówię, że mi wierzy, że to działa. I zastanowiło mnie: jak wielką rzeczą jest niesienie posłania, przekazywanie programu (och, umówmy się, jest przy tym normalne, codzienne, zwyczajne, not big deal)! Jakie przynosi owoce, jak potrafi wstrząsnąć i przemienić – nie tyle osobę przyjmującą, to oczywiste, lecz tę, która przynosi, która przekazuje i prowadzi. 

Tak mocno do mnie dotarło, jak wielką siłę ma alkoholik, który realizuje program i realnie się zmienia (i może nawet sam jeszcze tego nie widzi). Jak żywym, gorejącym jest przykładem. 
Ten stan uważam za niezwykły model niesienia posłania. Gdy dzwoni do sponsora, relacjonując przebieg kolejnych rozmów z ludźmi, których kiedyś skrzywdził, gdy na mityngu opowiada o tym, co niektórych może wkurzać, bo zdaje się być odbierane jako natrętny wyrzut (choć przecież niczego nikomu nie wyrzuca, mówi jedynie o swoich działaniach i przeżyciach), ale jest też inspiracją, zarzewiem, energią, która może popchnie i mnie do działania. Gdy aż skrzy od tej energii duchowej, otoczony poświatą opalizującej aury (wiem, wiem, rozpędziłam się, ale sama mam dreszcze). Pamiętam słowa z WK o tym, że sama nasza obecność, każde zdanie wypowiedziane podczas spotkania AA jest niesieniem posłania. I to, jak mocno się z tym nie zgadzałam i nadal nie uważam tego za zawsze prawdziwe. Poza tymi przypadkami, kiedy alkoholik rozpalony przebudzeniem duchowym w rezultacie działania, roztacza wokół siebie dowody na istnienie siły większej, wyższej, cuda, prawdziwość doświadczenia opisanego dziesięciolecia temu w literaturze AA. 


środa, 1 stycznia 2020

194. nie-bilans


Wśród tych, którzy podsumowania roczne robili, gdy mało kto podsumowywał, zapanowała, jak widzę, moda na deklaracje o odejściu od ewaluacji (no, najwyżej tylko małe podkreślenie, złota myśl, ot co, żeby tak całkiem z obiegu nie wypaść), ponieważ wśród mas szerokich z kolei roczne raporty i plany nabrały powabu en vogue. I teraz jestem w kropce: przyznać się do skąpego, macoszego bilansu (wynikającego z czynników tak dalekich od mody i znajomości trendów jak bułka kajzerka), i tym samym stanąć po stronie dumnej nowoczesności, czy z przekory, naciągając w dodatku rzeczywistość (bo podsumowanie jednak blade i szczątkowe), wcisnąć się w mainstream, nadwerężając jednocześnie ego, które chciałoby się wyróżnić. 

Jeśli komuś udało się przebrnąć przez ten niepotrzebnie skomplikowany labirynt wstępu – składam wyrazy uszanowania. I spieszę objaśnić, czemuż to moje podsumowania i agendy wyglądają inaczej, niż dawniej. I dlaczego w ogóle jeszcze są.
Są otóż dlatego, że precedensy w moim życiu to niebezpieczeństwo. Jeśli raz sobie pozwoliłam, raz odpuściłam – czemu miałabym nie odpuścić znowu? A po tym następnym odpuszczeniu/zaniechaniu to już wiadomo, szkoda gadać. Dlatego, mimo może nie niechęci tylko poczucia średniego sensu, postanowiłam zasiąść do moich zeszytów i wypunktować znaczące momenty roku minionego oraz co większe nadzieje, pomysły czy raczej pomysłów zarysy na rok nadchodzący. Właśnie pomysły, nie plany. Bowiem ten rok pokazał mi, jak poprzedni, że trudno te dawne punkty nazwać planami albo celami – rozmyły się, zapomniałam o nich. Inne były tylko pobożnymi życzeniami, chciejstwami. Chciałam, żeby dany temat pojawił się w moim życiu. Niektóre umieściłam na liście, bo zdawało mi się, że tak należy. Efekt – jak zwykle spora doza frustracji. 

Po co mi to? – podszepnęło coś jakoś na jesieni. Mało ci poczucia nieadekwatności, przesypywania czasu przez palce, przepuszczania okazji? Mało presji, poczucia winy i rozczarowania sobą? Tym razem określiłam więc ledwie kilka obszarów czy kierunków, które mnie ciekawią. Ale czy zdołam tam pójść? A dojść? Wciąż zbyt wiele mnie interesuje i pociąga. Rozziew między pragnieniem spenetrowania czegoś a możliwościami/siłą do realizacji z każdym rokiem rośnie. 
  • Nie wiem, ile przeczytam książek – chcę wrócić do lektur starych, do prawdziwych pisarzy, prawdziwego, głębokiego spojrzenia, opisu świata (ale czy ten opisany dogłębnie świat ma jeszcze coś wspólnego z obecnym?).
  • Nie wiem, ile napiszę tekstów – chcę pisać o tym, co mnie choć trochę pociąga (w obszarze zawodowym nie zawsze o to łatwo).
  • Nie wiem, ile kilogramów schudnę, pewnie raczej przytyję – chcę czuć wreszcie moje ciało, słyszeć je i odpowiadać na jego mądre potrzeby. 
  • Nie wiem, ile czasu uda mi się uratować od zmarnowania – chcę nic nie robić, milczeć, gapić się, nudzić.
  • Nie wiem, ile miejsc odwiedzę – chcę być tam naprawdę, zostawiać ułamek śladu i obok zmęczenia czuć wdzięczność za tę możliwość.
  • Nie wiem, ile nowych przestrzeni zwabi mnie i otworzy się przede mną – chcę bez żalu zostawiać stare miłości, wracać do nich choćby na dzień i cieszyć się, że spędziłam z nimi dziesiątki, setki, tysiące godzin i że jeszcze zdarza się choćby słaby poryw, który popchnie do śpiewu, tańca, gry. Do pisania. Jak teraz.




środa, 14 sierpnia 2019

193. poznać siebie


Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, powiedzmy, że to interesujące, co porusza i ciekawi innych, co ich zatrzymuje i pobudza. Dzisiejszy tekst był jakiś taki pół na pół, irytująco-oczywisty. Już sam tytuł książki drażnił (Radość życia), nie mówiąc o przydomku autora: Dr Love! No, hello!  


Kiedy umrzemy i pójdziemy do nieba, spotkamy tam naszego Stwórcę. Nasz Stwórca nie będzie pytał: "Dlaczego nie zostałeś mesjaszem?", "Dlaczego nie odkryłeś lekarstwa na to czy na tamto?". Jedynie, o co nas zapyta w tej cudownej chwili, to: "Dlaczego nie stałeś się sobą?" To jest nasz podstawowy obowiązek. Gdyby było inaczej, to po co bylibyśmy tak niewiarygodnie niepowtarzalni? Każdy jest inny. Każdy ma do zaoferowania światu coś, czego nie ma nikt inny. Czy ten fakt nie wzbudza w was entuzjazmu wobec samych siebie, nie skłania do refleksji: "O Boże, muszę odkryć, co to takiego?"


Nie, nie wzbudza. Naprawdę nie wzbudza, wręcz przeciwnie. (Taki mam nastrój, że bez kija nie podchodź). No jasne, że warto poznać siebie, ale… czy musimy brnąć w to kołczowe trzęsawisko?! W porządku, wysłuchałam, zastanowiłam się, przyjęłam, co mówią inni i z czystym sumieniem mogę odrzucić. I nawet by mi do głowy nie przyszło marudzić tutaj na ten temat, gdyby nie pewna zbieżność. Wieczorem usiadłam do historii pewnego amerykańskiego weterana AA, niepijącego dłużej, niż ja żyję. Nie tylko z tego powodu to, co mówi, uważam za warte uwagi. I tak sobie czytam, czytam, czytam. 

Chciałbym żebyście w ten weekend cieszyli się w pełni tym, kim naprawdę jesteście. Trzy lata temu zadecydowałem, że to jest mój najważniejszy cel życiowy. Ze wszystkich rzeczy, które człowiek może robić w życiu, postanowiłem zająć się odkrywaniem tego, kim naprawdę jestem. Chcę zobaczyć, do jakiego stopnia mogę się przebudzić. Bill pisze, że odpowiedź leży w rozwoju duchowym. W przebudzaniu się coraz bardziej. Tym właśnie jest rozwój duchowy – przebudzeniem. Rozwój duchowy jest ustawieniem się w taki sposób, aby jeszcze więcej rzeczy mogło być przede mną odkryte. A jak to robię? Szukam drogowskazu, za którym pójdę. Szukam znaków. Nikt nie powie mi prawdy o mnie samym. Mogą jedynie wskazać mi, gdzie to jest: „To tam, idź w tamtą stronę”. To może być ktokolwiek, autor jakieś książki, ktokolwiek. Jesteśmy teraz tutaj, by stać się skupionym poszukiwaczem, czyż nie? Jeśli będziesz kontemplował, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze, i znajdziesz odpowiedź, to możesz skreślić wszystkie inne swoje cele. Szukaj najpierw siebie. Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje. Bardzo trudno jest nam porzucić nasze ego i zdać sobie sprawę, że gdybyśmy faktycznie skupili się na tym jednym jedynym celu, to wszystko inne naprostowałoby się. 

COOO? 
Czytam jeszcze raz, i jeszcze, uważniej. Że co? Co on mi tu gada? Właśnie dziś, pięć godzin po historyjce, którą postanowiłam wywalić, przynosi mi zdania identyczne, które w zasadzie łatwo byłoby mi przegapić, machnąć na nie ręką, że dobra, dobra, pitu, pitu. Ileż to ja słów, znacznie mądrzejszych, umówmy się, pożyteczniejszych, proszę państwa, przegapiłam z większą beztroską albo nawet nosząc czas jakiś, zdjęłam do prania i więcej już nie użyłam… A jednak coś z przeszłości się odzywa, jakieś wspomnienie, cień czegoś: mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą… Nie bądź taka nonszalancka w odrzucaniu okruszków, które mogą powieść cię do domu, moja droga. 
No dobrze, tylko dlatego, że to weteran z Ameryki! Ale co to właściwie znaczy: poznać siebie? Dość łatwe, przyznam, było to na początku. Siadasz do Czwartego Kroku, zasuwasz z tymi tabelami, wypisujesz swoje życie, zdarzenie po zdarzeniu, potem wyłapujesz istotę swoich błędów, w Krokach Szóstym i Siódmym zmagasz się ze sobą, dzięki czemu widzisz dokładnie, kim jesteś. I w Ósmym widzisz, a jeszcze bardziej w Dziewiątym. O, Dziewiąty Krok, każde spotkanie lub próby uniknięcia konfrontacji ze skrzywdzoną osobą, pokazują ci jak cholera, kim jesteś. Mijają lata i to oglądanie siebie jest coraz bardziej rozcieńczone, wiesz już dużo, już nie chce ci się tak gapić na siebie, zresztą mówią – i przecież mają rację – żeby się nie skupiać za bardzo na sobie, bo to szkodliwe. Tak, po latach potrzebne jest szkło powiększające. Albo zwyczajny wpierdol od życia, który ci pokaże, gdzie jest twoje miejsce. I tak doszliśmy do tego punktu, w którym widzę, że szarpanie się nie ma sensu, bo przecież sama widzisz, moja miła, że ten weteran ma rację i… musisz poznać siebie. I co z tego, że zbiera mi się na wymioty, skoro jak mus to mus… No dobrze, przynajmniej się temu przyjrzę. 

A wy, co myślicie o tym poznawaniu siebie? Jak je rozumiecie? Co konkretnie robicie?

*

Edit, 19 sierpnia 2019: Dziękuję z całego serca za to, że chce wam się napisać, co myślicie. Dziękuję również za te kategoryczne, przesiąknięte racją opinie. Bardzo to dla mnie cenne. Wydaje się, że pokrzepiająca i dająca poczucie bezpieczeństwa jest pewność, że coś jest bzdurą, naiwnością, jest chore, głupie i bombastyczne. Z doświadczenia wiem, jak trudno żyje się w niepewności, w stałym poszukiwaniu odpowiedzi, ciągłym sprawdzaniu, czy ta wczorajsza pasuje do dzisiejszej sytuacji. 
Pamiętam zdanie: „Przestaliśmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek”, pamiętam słowa starszych przyjaciół z AA, że nie muszą już walczyć z opiniami, pomysłami, przekonaniami innych, a nawet swoimi własnymi. Wierzyłam im. Było to dla mnie i wciąż jest niezwykle ważne.

I dziękuję, nawet jeśli mam wrażenie, że ktoś tu mnie chce mocno do czegoś przekonać lub przed czymś uchronić. A może tylko upewnić się, że zaglądanie na ten blog będzie przewidywalne, i nie zagrozi dyskomfortem, jaki niosą podejrzane pytania. Wprawdzie tego natężenia niezadowolenia i krytyki trochę nie rozumiem, bo w moim wpisie nie ma żadnych prawd objawionych, ani roszczeń co do dysponowania jedyną słuszną racją, niczego – wydawałoby się – co komukolwiek by zagrażało. Ale i tak dziękuję. Ja po prostu zadałam kilka pytań. Postanowiłam się czemuś przyjrzeć, czemuś, co sama latami negowałam (kolejne fundamentalne dla mnie zdanie, które co i rusz okazuje się w moim życiu aktualne i przydatne: „Nie pozwól, aby jakieś twoje uprzedzenia wobec tych określeń zniechęciły cię do szczerego spytania samego siebie, co one dla ciebie oznaczają”). I nie wiem jeszcze, co będę o tym sądzić za tydzień czy miesiąc…

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

192. prawdziwe problemy



Rozmawiam ze znajomą, która od jakiegoś już czasu nie używa alkoholu i opowiada o swoich spostrzeżeniach w tej nowej rzeczywistości. Pada zdanie: w zasadzie wszystko jest w porządku, problemy nie pochodzą z zewnątrz, chyba je wymyślam, właściwie chyba ich tak naprawdę nie ma. Zawieszam się na tym zdaniu, bo… przecież to kwintesencja naszego chorego postrzegania, opisana w książce Anonimowi Alkoholicy: w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problem, butelka była i jest tylko ich symbolem.
To zdanie jest znacznie bardziej uniwersalne, niż się mojej znajomej wydaje. I mogłoby być rewolucyjne, gdyby tylko ktoś chciał przeniknąć je i potraktować poważnie. Gdybym ja chciała… Bo co, jeśli problemów naprawdę nie ma? Co, jeśli moje niezadowolenie, naburmuszenie, niepokój są odpowiedzią na niewłaściwą/błędną interpretację faktów? A co, jeśli nawet tych faktów nie ma? 
Lecz gdybym miała przyjąć taką ewentualność, musiałabym się rozstać z całym dotychczasowym systemem postrzegania, analizowania, reagowania. Kim bym wówczas była? Kim się stała? Czy mogę sobie pozwolić na takie ryzyko? 

Kilka dni później trafiam na spikerkę amerykańskiego weterana. Gościa, który nie pije ponad 40 lat i zdecydowanie wie, o czym mówi.




Może pora potrenować nowe patrzenie? Ja w to wchodzę. Weszłam już jakiś czas temu, możliwe, że mało świadomie, ale efekty i tak były i są widoczne w mojej codzienności. Mnóstwem spraw nie zaprzątam sobie głowy, one naprawdę zostały usunięte, nie istnieją. Są jeszcze te większe, może dla mnie za trudne, ale nawet wobec tych mam pewność – nie one są problemem. Tylko mój brak akceptacji. Nieumiejętność spojrzenia na nie z innej perspektywy. 


198. AA online, czyli odmęty nadmiaru

W ciągu tygodnia nadeszły wieści i zaproszenia na mityngi z udziałem weteranów, najpierw z jednego krańca Stanów Zjednoczonych, potem z drug...