wtorek, 20 lipca 2010

033. ściąga


Tym razem było o fałszywej dumie. Chciałabym umieć opisać to wszystko, co się zdarzyło, tę falę szczerości, takiej najprostszej, do bólu, a przy tym wcale niewysilonej, niezawstydzającej. Zwyczajnej i dobrej. Tyle że nie potrafię tak prosto. Jeszcze dziś nie potrafię. Wychodzi pretensjonalnie. Podkreśliło mi się tylko w głowie to, co siedzi w niej od jakiegoś czasu: Kim jestem, że mam prawo żądać, oczekiwać, mieć roszczenia? Kim jestem? Takich pępków świata są miliardy. Cała ziemia jest nimi obstawiona. Skąd pomysł, że ktoś coś mi ma albo powinien…
(Piszę to i od razu wpadam w popłoch: przecież cel terapii był taki, że jednak mam czegoś oczekiwać, nie godzić się na traktowanie, które mi nie odpowiada, na ochłapy; a może chodziło tylko o to, żeby patrzeć realistycznie i nie skręcać się z nieszczęścia, nie próbować uszarpać czegoś od kogoś, kto sam nie ma albo z różnych powodów nie chce się dzielić?)
…a może mylę moje prawdziwe potrzeby z oczekiwaniami innych, z jakimiś wymaganiami, normami, z tym co należy, co się powinno, co wypada, co się nie godzi. Ponieważ sama tego nie wiem – skąd miałabym wiedzieć, nikt mnie nie nauczył – opieram się na cudzej opinii. Ale skąd pewność, że oni mają rację? Próbowałam pójść na łatwiznę i odpisać pracę domową. I nie chodzi o to, żeby nie przyglądać się innym, wręcz przeciwnie, tylko w taki sposób się nauczę. Problem w tym, że zrzynałam nie od najlepszych uczniów, tylko od mi podobnych. Albo myliłam strony i spisywałam nie to zadanie. W pośpiechu, lęku, zagubieniu łatwo było o pomyłkę. W największych emocjach działałam na oślep. Tak, miałam przymus działania właśnie wtedy, kiedy najlepszym rozwiązaniem było przeczekanie, wyciszenie i spokojne przyjrzenie się sytuacji. Teraz mam czas na analizę, ale czy następnym razem zadziałam właściwie? Nie wiem, jednak każdy kolejny raz to nowa szansa na najlepszą dla mnie reakcję.

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

poniedziałek, 5 lipca 2010

031. ciągnie mnie


Śmierć we mnie jest tak silna… Już nawet nie mami jakimiś wizjami, kolorowymi płatkami, po prostu gwałtem wciąga. Każe mamrotać te okropne słowa, budzące najgłębszą trwogę deklaracje, od których rozum nagle otrzeźwiały natychmiast się odżegnuje. Ale po stronie życia nie stoi już – jak dawniej – Malutka, radośnie (choć to chyba radość histeryczna, podszyta rozpaczą) rzucająca się na wszystko, co może ją przy życiu zatrzymać. (Co ona, biedulka, mogła wskórać? Zaledwie odroczenie.) Od jakiegoś czasu zastąpiła ją jakaś dorosła cząstka, strasznie wątła, cherlawa, wcale sobie nie radzi. Coś tam próbuje, jakieś negocjacje, jakieś logiczne argumenty, jakieś racjonalne racje. Ale słaba jeszcze, słabiutka. Tak, sama to widzę, napisałam „jeszcze”, jakby nagle zaświtała nadzieja, że ona taka słaba, bo to początek, że z czasem i kolejnymi próbami oparcia się mrokowi nabierze krzepy i doświadczenia, że będzie lepiej i lepiej. A w końcu pragnienie zniszczenia siebie zniknie, rozpuści się, odpłynie. Bo nie dam rady inaczej. Nie wytrzymam. Ktoś musi to zatrzymać.
*
Niesienie posłania zawsze mnie elektryzowało. Nie tylko mnie, przecież. To takie niesamowite móc komuś pokazać, otworzyć oczy, dać nowe życie. To tak wspaniale karmi ego. I tak boli, gdy ten ktoś nie chce/nie może skorzystać. Ale boli tylko wtedy, gdy działa pycha. Nie wiem dlaczego, lecz tym razem zaskoczyła zapadka z poczuciem, że to nie mój kawałek życia, że ja mam bardzo ograniczoną rolę, i przyjęłam to ze spokojem (może tylko lekki wewnętrzny – zwodniczy – uśmieszek pokazuje mi, że potrzebna większa pokora, bo co ja tam wiem…). Tak, to wspaniałe, coś komuś pokazać, a potem z boku widzieć, jak się zmaga i jak się heroicznie gramoli przez to życie. I niczego nie oczekiwać, tylko się cieszyć z tego, co jest.