niedziela, 27 maja 2012

077. terror szybkiej ulgi


Już w pierwszych dniach maja, po kolejnym mityngowym pytaniu o poczucie ulgi po wyznaniu Piątego Kroku, zaczęłam się nerwowo wiercić wewnątrz siebie. Wiercić w poczuciu zaniepokojenia, że coś przegapiłam albo niewłaściwie zrozumiałam lub źle wykonałam. (Już wcześniej, przy pracy nad tym krokiem zastanawiały i nieco martwiły mnie zasłyszane gdzieś aowskie mądrości i sugestie, jakoby krok ten musiał łączyć się z wyciągnięciem na światło dzienne najohydniejszych postępków, najgłębiej skrywanych, najwstydliwszych tajemnic – skąd miałam je wziąć? A może coś ukrywam tak głęboko, że nawet przed samą sobą?). Krok Piąty miałam „świeżo zaliczony”,  a mimo to nie mogłam się odnaleźć w tym pytaniu: czy odczułeś ulgę? od czego zostałeś wyzwolony/uwolniony?
*
Zaczęłam myśleć. Zaczęłam pytać! I po pierwsze zrozumiałam, że zaufanie to mogę mieć do odczuć i opowieści ludzi, którzy zadanie wykonali (ja, mój sponsor, znajomi alkoholicy na Programie), a nie do tych, którzy o nim fantazjują i teoretyzują, po drugie, że owo legendarne poczucie ulgi to coś znacznie szerszego i ogólniejszego (zwłaszcza w specyficznym języku aowców, czyli anonimowych alkoholików), co wskazuje nasz (alkoholików) podstawowy problem/troskę/centrum zainteresowań/punkt szczytowy w hierarchii życiowych celów. Bo oprócz tego, że jako alkoholiczka byłam uzależniona od alkoholu, przede wszystkim byłam uzależniona od uczucia ulgi! Usłyszałam niedawno, że alkoholik to taki ktoś, kto ulgę potrafi wycisnąć nawet z kamienia. Na pewno więc nie jest dla niego żadnym problemem takie przemodelowanie rzeczywistości, by po wielkim napięciu nadszedł moment odprężenia, a wraz z nim w pełni zasłużona nagroda (nie tylko alkoholik tak działa; nagrodą jest nie tylko szklanka wódki – nie jestem dziś w nastroju do delikatnych pieszczot i rączek w małdrzyk, nie będę się rozdrabniać! – równie dobrze nagradzają kolejnych pięć batoników i tyleż hamburgerów, jakaś rozsądna dawka miłych pigułeczek, kolejka Black Jacka, trzy numerki z samym sobą, pięć nowiutkich par butów…). Czyli: żeby zasłużyć na nagrodę muszę zorganizować sobie to napięcie, spiętrzenie trudności, stres, paniczny lęk. Proste? Dla mnie bomba! Naprawdę, nie ma w promieniu 100, ba, 300! km bardziej dzielnej, zorganizowanej i, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu, genialnej autorki, niż ja po oddaniu 8 tekstów, na napisanie których miałam… tydzień (oczywiście, wcześniej wszystko tak ustawiłam, choć niekoniecznie z ordynarną premedytacją, żeby czasu było mało, a najlepiej jeszcze wcisnąć w ten tydzień ze trzy wizyty w urzędach i dwa ważne spotkania). Po wysłaniu ostatniego zlecenia jestem lekka jak piórko, jestem mistrzem, jestem królową! Nie muszę nawet pić!
*
Ale wracając do Piątego Kroku i rzekomej ulgi po – w moim przypadku nie było to nic spektakularnego. Może dlatego, że większość „tajemnic” i tych strasznych rzeczy, które popełniłam w moim życiu (choć przecież to nie je wyjawiam w Piątym Kroku), opowiedziałam już wcześniej co najmniej jednej osobie. Nie miałam większego problemu, by się nimi dzielić ze sponsorem. Nie bolała mnie też istota moich błędów – zarazem istota Piątego Kroku.
Nie było specjalnej ulgi. Była satysfakcja z pokonania kolejnego etapu. Zmalał lęk przed odrzuceniem, ale to był dopiero początek. Nieco później – jako super bonus – przyszła odwaga przyznania się do siebie. I tak, bycie sobą, bez konieczności udawania, to prawdziwa ulga! Tyle że to chyba już inny temat.