Pokazywanie postów oznaczonych etykietą użalanie się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą użalanie się. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

146. nie zawsze się chce

Rano zaczęłam przymierzać się do wpisu o tym, jak to jest za szybą. Za brudną szybą. Bo wiadomo, bywają czasem dni, których wcale nie powinno być. Chciało by się je przespać, przekręcić zegarek do przodu albo zastosować jakiś inny trick, jak większość nierealny i nieskuteczny, ale w fantazjach wszystkie chwyty dozwolone. Tyle że właśnie po kilku dniach pobytu za taką szybą zaczęłam zza niej wychodzić – akurat teraz, w tej chwili – i już prawie nie pamiętam, co miałam zamiar napisać rano. I cieszę się bardzo, bo ten stan bywa naprawdę podły i bardzo nie polecam, i trochę boleję, bo chciałam wpis dokończyć, a tu nagle nie mam nic do powiedzenia. Rozpacz, wiadomo, bardziej jest romantyczna i widowiskowa. Można pisać i pisać, o ile rzecz jasna jest się w stanie zwlec z łóżka albo z siebie. A o takim dobrym stanie to co właściwie pisać? To nudy są i kicz. Ale chociaż – jakiś pożytek będzie – napiszę, co zrobiłam (bo może to nie tylko zjazd hormonów był, ale i konkretne działanie pomogło).
Poszłam na dywanik do Pana Boga i się przyznałam, że sobie rady już nie daję ze sobą. Że bardzo przepraszam, iż w ogóle mam takie myśli i odczucia, ale wcale mi się nie podoba, że nie mam kasy i muszę się bać o jutro (no dobra, o jutro może nie, ale o czerwiec to już bardzo realnie, wyprostowałam – w końcu ma wgląd we mnie to i w moje konto pewnie też). I jeszcze – ciągnęłam – mi się nie podoba, że sobie nie mogę kupić nowych butów, a na stare już patrzeć nie mogę, wiosna przyszła, dziewczyny chodzą pięknie ubrane, a ja w starych łachach. Ja wiem, że nie szata etc., ale może bez przesady. I że komputer zaczyna szwankować, a na nowy to nawet pół cienia szansy nie ma, a przecież On chyba wie czym ja zarabiam na życie, więc bez jaj. I jeszcze, że najmocniej przepraszam, ale nabrałam na łeb tyle rzeczy, że płakać mi się chce, również ze strachu, że zawalę, a przecież ja nie mogę zawalić, a wzięłam to wszystko na siebie w ramach walki z lenistwem, bo ono też przesadza i odziera mnie ze wspaniałych owoców tych wszystkich szans, które dostaję. Chcę je wykorzystać, a lenistwo nieugięte. A może wcale nie lenistwo, tylko te ograniczenia, z którymi to ponoć miałam się pogodzić, uprzednio je zauważając. No, to jeszcze się z nimi nie pogodziłam. Bo nawet jeszcze nie rozgryzłam, czy to faktyczne ograniczenia czy też ordynarne wady. I wreszcie, na sam koniec, poprosiłam grzecznie, żeby może jednak coś zrobić ze mną i tą szybą, bo tak długo nie pociągnę.
Jak zeszłam z tego dywanika, to akurat trzeba było komuś trochę czasu poświęcić i porozmawiać z nim sensownie. Skupić się. Ileż to siły nagle napłynęło po tym poświęcaniu czasu i skupieniu!
Potem jeszcze zaufanej osobie opowiedziałam o tych strachach, wypuściłam je z szafy i zrobiło się jakby trochę luźniej, spokojniej, lżej.
Wykonałam dwie czynności z długaśnej listy spraw, które wzięłam sobie radośnie na głowę, a one wdzięcznie mnie przygniotły.

I przez to wszystko nie mogę się teraz uczciwie poużalać nad losem biednym swym. Nie mogę napisać porządnego tekstu o przygnębieniu, beznadziei i szarości. Trudno. Może uda się następnym razem…

środa, 12 września 2012

083. naturalny stan nienormalny


Wytrącona z błogostanu, który od jakiegoś czasu nierozsądnie zaczęłam traktować jako stan naturalny (i niejako mi należny! Za co? To chyba oczywiste – za moją wyjątkowość, a także wykonaną wreszcie metodą 12 Kroków AA pracę nad własnym rozwojem!) zaczynam wpadać w panikę i uruchamiać akcję ratunkową już przy pierwszych chmurach na do tej pory niebieściutkim niebie. Byle tylko nie powalać bucików, byle się nie spocić. A już myślałam, że skończyłam z użalaniem się nad sobą…
Niestety, ciągle traktuję siebie zbyt serio, bez zbawczego dystansu. Ciągle jestem Makową Panienką. A przecież wiem, do czego to prowadzi, już to przerabiałam. Lata całe chodziłam nadąsana, że głupi świat się na mnie nie poznał, że nie rozesłał czerwonego dywanu, nie posypał ziemi płatkami złotych róż. Że się nie układa. Bo wydawało mi się, że właśnie ja wiem, jak ma się układać. Ale przecież wcale nie wiedziałam. Nie tylko nie miałam pojęcia, co tak naprawdę jest ważne i mi potrzebne. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, nie umiałabym nawet odpowiedzieć, czego właściwie chcę. Wybierałam na oślep. I ciągle na ślepo usiłowałam wydrzeć dla siebie, to co wyznaczyłam za cel.
*
No dobrze, trochę się jednak zmieniło. Patrzę trochę realniej na świat. Ale jak widać, tylko trochę. Bo znów wyłożyłam się na nierealistycznych oczekiwaniach: że ciągle będzie super, łatwo, przyjemnie. Że już nie będę się bać, że sobie ze wszystkim poradzę. Teraz już przecież wiem…
No to wiem tyle, że mam się jak najszybciej (z miejsca najlepiej) przestawić na bliższe rzeczywistości myślenie. Więc: mam dwie ręce i nogi obydwie. W ogóle wszystkie członki na miejscu i sprawne. Nic nie boli, a w każdym razie nie na tyle dotkliwie, by uniemożliwić normalne funkcjonowanie. Mam dach nad głową – obecnie nawet całkiem luksusowy – jestem goszczona niczym księżniczka. Jedzenie – świetne – z cyklu: w domu tego nie masz. Warunki do pracy, myślenia, odpoczynku – pełen komfort. Świeże powietrze, słońce, widoki, góry, las i rzeka na wyciągnięcie ręki. Przyjaciele i znajomi – są, dzwonią, troszczą się. Czy naprawdę co chwila muszę sobie przypominać, że mi się to wcale nie należy jak psu zupa? Że to gigantyczny bonus? I że właśnie ja mam fart?
Po tym przeglądzie stanu faktycznego ten mój prywatny błogostan mogę przywołać od ręki. Byle tylko nie zapomnieć, że to nie jest na stałe. I że czasem może być gorzej. I właśnie to jest naturalne.

niedziela, 8 stycznia 2012

070. nowy rzeczy porządek

Będąc Wszechmocną Potęgą, zaspokajał nasze potrzeby, pod warunkiem, że pozostawaliśmy w bliskiej z Nim łączności i wypełnialiśmy właściwie nasze obowiązki wobec Niego.
(Anonimowi Alkoholicy, str. 53)
Kiedy czytałam to po raz pierwszy, uważnie, ze zrozumieniem, strasznie się jeżyłam i buntowałam. Znowu jakieś obowiązki? Czyli że co, stworzył mnie po to, żeby mieć robotnika, kukłę jakąś? To ja już nie mam tu nic do powiedzenia? I co, dostanę marchewkę dopiero gdy zrobię co mi każe?! To ja nie potrzebuję! (Tekst „nie potrzebuję” towarzyszy mi od dziecka i jest jednym z największych kłamstw, jakim posługuję się – choć teraz już coraz rzadziej – niemal dla siebie niezauważenie, prawie na co dzień.)
A teraz, zaledwie kilka miesięcy później od tej lektury, ale po odpowiednim nastawieniu i przestawieniu (nie będę udawać, że stało się to „samo z siebie”, zrobił to pewien człowiek, któremu ufam, wcale nie bezinwazyjnie, raczej metodą kręgarza nastawiającego pogięty kręgosłup) myślę – a skąd pomysł, że jestem na tym świecie za darmo? Skąd pomysł, że jestem tylko dla siebie, najważniejsza i to cały świat ma mi się podporządkować. Bo ja jestem. Bo JA jestem! Nie wspomnę, ile w tym pychy (nie ma potrzeby komentować), ale… jaka byłam (ciągle jestem, a tych miejsc do zmiany, do nastawienie pokrzywionych kosteczek jest jeszcze mnóstwo) w tym podejściu śmieszna. Tragicznie śmieszna. Przecież prowadziło mnie to do ruiny, a na pewno do pogłębiającej się frustracji. Bo jak tu być zadowoloną, spełnioną, szczęśliwą, gdy okoliczności wcale nie układają się według reguł – moich reguł. Reguł, które uznałam za najświętsze, za pierwotne i wcale nie miałam zamiaru im się przyjrzeć, przewietrzyć, może podważyć. Jasne, było mi z tym wygodnie – litować się nad sobą, wierzgać i kopać, że Los/Bóg/Opatrzność tak niesprawiedliwie ze mną postępuje. Miałam realne korzyści. I ciągle jeszcze mam – z całą masą innych przekonań, które służą utrzymywaniu mnie w złudnym poczuciu bycia pępkiem świata.
*
Przez całe życie byłam dzieckiem. Bycie wszystkim, centrum, jest dla dziecięctwa stanem normalnym. W moim życiu nie było naturalnego etapu dorastania, wychodzenia z tego mitu. Nikt mnie nie nauczył, nie pokazał – nie było czasu i możliwości. Ale teraz, zamiast grać bezbronną ofiarę niedojrzałych rodziców i niesprzyjających okoliczności, mogę i muszę wreszcie sama się tym zająć. Wyjść z emocjonalnego niemowlęctwa. Jestem dorosłą kobietą. Mam rozum, i to całkiem sprawny (choć jeszcze nie całkiem zdrowy). Mam też wolę, którą wiem, że mogę ustawić w korzystnym dla mojego rozwoju kierunku. Nie mam już za to wytłumaczenia dla mojej bierności i dla pozostawania w stanie nieświadomego rozkosznego gaworzenia. Bo świadomość też już mam.

wtorek, 29 marca 2011

054. podział


Że istniejemy my, alkoholicy, i oni, normalni, wiedziałam i słyszałam wiele razy. Że my mamy źle, przechlapane, a oni, ci zdrowi, mają lepiej. Dużo w moim myśleniu było naiwności, ale było coś jeszcze, co jest bardzo dla kogoś takiego jak alkoholik (czytaj: człowiek z rozdętym ego) niebezpieczne. Chodzi o poczucie wyjątkowości, inności, odrębności. O coś, ku czemu ciągnie alkoholika przez całe życie: przedpijane, pijane i popijane też, coś, czym się upija i upaja, co jednocześnie winduje go na szczyty i gotuje upadek. Im bardziej jestem inna, tym bardziej wyobcowana. Inność wpajam sobie sama. Mam w tym cel. Jest nim znalezienie alibi, idealnego wytłumaczenia do niezadowolenia z życia, użalania się i w konsekwencji do picia. Tak, wyjątkowość jest wspaniała i upajająca, ale pamiętam jaką ogromną ulgę sprawiło mi odkrycie, że jestem taka sama, że inni też mają gorzej, i że odczuwam jak oni i nie jestem nienormalna. To przede wszystkim: że nie ja jedna mam taką wrażliwość i tak odbieram świat. „Wydzielanie się” jest dla alkoholika bardzo szkodliwe, jak każde oddzielanie. Prowadzi do rozrostu ego, tego, co właśnie należałoby umniejszyć.
*
Ten podział wydał mi się ostatnio nie tylko szkodliwy, ale też bezzasadny. Bo oprócz tego, że niczego tak naprawdę nie nazywa, nie pokazuje rzeczywistości (poza tą oczywistą, że niektórzy są alkoholikami, a inni nie): nie rozdziela faktycznie świata na tych chorych, w sensie pewnego upośledzenia, i całą resztę zdrowych, wolnych od wszelkich zaburzeń, od nieuporządkowanych emocji, od pokiereszowanego życia. Bo skąd pomysł, że gdy ktoś nie zmaga się z widocznym uzależnieniem to nic go nie gryzie? Że nie trawią go lęki, nerwice, głupie przekonania, narzekactwo, pesymizm, złość, różne dysfunkcje i nieumiejętności interpersonalne? Że ma ze sobą spokój i wie, jak żyć?
Czasem nawet mam wrażenie, że ci normalni mają bardziej przechlapane niż my, niby-chorzy. Bo ja mam Program zmiany i od 11 lat, dzień po dniu, może bardziej kwartał po kwartale i rok po roku, staję się innym człowiekiem. Wiem, że lepszym, bardziej świadomym, uważnym, niż byłam (mam na to konkretne dowody). Nie lepszym od ludzi „nieświadomych”, nie ma w tym tonu wartościowania. Mogę powiedzieć, że bardziej uprzywilejowanym – miałam szczęście trafić na Drogę – ale moje uprzywilejowanie nie stawia mnie bynajmniej w wygodniejszej pozycji. Bo ja wiem, że komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie. Takie to uprzywilejowanie.

niedziela, 2 stycznia 2011

047. epatowanie żałością


Użalanie mnie żenuje. Nawet jeśli jest elementem świata przedstawionego, czyli fikcją literacką. I kiedy słyszę od faceta: Jestem pieprzonym DDA, Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. Nie wierzę w siebie za grosz, nawet jeśli nie mówi tego żywy facet, tylko bohater Gretkowskiej (Miłość po polsku), to jakoś mnie wewnętrznie skręca. Może dlatego, że spotkałam wielu takich żywych i zawsze się to źle kończyło? Ale dlaczego ja nie mam tolerancji na taką żałość? Ktoś kiedyś powiedział żartobliwie o mnie (nawet z dozą czułości to było):  ty zły człowieku, który tępi w innych słabość… Myślałam, że już to przerobiłam, przecież zrozumiałam wtedy, że ta złość, a czasem nawet coś na kształt pogardy są tylko maską dla zazdrości, że ja tak nie mogę. A nie mogę, bo sobie na taką słabość nie pozwalam. Mój wewnętrzny krytyk wydał rozkaz – nie będziesz się mazgaić! – i nie ma wyjścia. No dobrze, ale czy przyszycie sobie łatki DDA musi się łączyć z wskakiwaniem od razu ludziom na plecy: bo ja jestem taka mala, taka biedna, taka skrzywdzona? Może to znowu nieprzerobiony 1 krok, w sensie akceptacji? No, faktycznie, nie mam akceptacji dla bycia ofiarą – nie chcę nią być i prawdę mówiąc już się nią nie czuję. Doszłam do punktu, w którym wiem, że wyłącznie ja sama odpowiadam za siebie, za moje życie i stany. Mało tego, zrozumiałam, i uwewnętrzniłam, że moi rodzice swoje już zrobili, ale nie „całe zło” jest po ich stronie, że wiele z tego „złego” zrobiłam sobie sama, być może pod ich dyktando czy raczej zaszczepiony mi wzór, ale jednak sama. I dziś nie mam już żalu za ten dom, który mi się przytrafił. Czasem coś się odezwie, ale to chwilowe, nie rujnuje mi codzienności, nie zamienia mnie w ofiarę (i kata, który z chęcią by wziął rewanż za lata poniewierki i bólu).
*
Czytam to i zastanawiam się czy skasować to wszystko, czy po prostu przyjąć ten kawałek mojej pychy. Bo tak, widzę w moim pisaniu jakąś wyższość, mniej więcej taką, jaką odczuwałam dawniej na rozmaitych warsztatach, w których brały udział dziewczyny z Al-Anon. Rany, jak one mnie złościły! A przecież wiem, że mam z nimi tak wiele wspólnego, tylko czasem nie chcę się do tego przyznać przed sobą samą. Może z tym użalaniem u mnie jest jak z innymi czynnościami u pewnej kobiety, która powiedziała mi kiedyś: fakt, nie kradłam, nie kurwiłam się, ale nie dlatego, że jestem taka święta – ja po prostu nie miałam okazji.
*
Wracając do kwestii obecności zespołu/syndromu DDA w masowej świadomości – bo chyba tak trzeba mówić, jeśli pojawia się w prasie i książkach (czy w publicznej debacie nie wiem, bo niestety nie śledzę) – to świetnie, że istnieje, że wychodzi z cienia. Ten opór, który w sobie wyczuwam, jest może po prostu cechą tej choroby, cechą współuzależnienia: nie mówić, bo wstyd. A przecież, jeśli się zagnieździ w społecznej świadomości, jeśli stanie się czymś nazwanym, lekko choć oswojonym, z czym można sobie radzić, co można rozbrajać i leczyć, to wszyscy znormalniejemy.
Niby śmieszne, że wgląd w siebie i świadomość własnych zaburzeń mają w oczach czytelnika uczynić z bohatera osobę wrażliwą, bardziej ludzką (bo ma mocno rozwinięty pierwiastek kobiecy), bardziej dojrzałą. Śmieszne tylko jako zabieg literacki. Kiedy porównuję moich przyjaciół alkoholików z innymi – tymi niby-normalnymi – mężczyznami naprawdę myślę sobie, że mają wiele szczęścia w tym nieszczęściu. Bo mogą być wrażliwi. Żeby przeżyć musieli przyznać się i do swoich wad (jakie ładne słowo, jakie eleganckie, jakie… nieoddające; do diabelnego popieprzenia, całkowitej wewnętrznej ruiny raczej) i do słabości (znów eufemizm; do bezsiły, od której wyć się chce jak pies) – który „normalny” może?

poniedziałek, 27 grudnia 2010

045. co mi się narodziło


Święta są straszne. Zwłaszcza te święta. Przed Wigilią atak złych myśli, użalania, czarnowidztwa. O śmierci, końcu, pustce. Wreszcie o piciu. Tak, to by było nawet coś – dowalić sobie jeszcze bardziej, dobić się, zniszczyć. Choć w tamtej chwili jeszcze tego nie widziałam, że nie chodzi o wątpliwą ulgę, ale o kolejny cios; umysł zatrzymał się na rozważaniu, z kim albo w czyjej asyście w tym moim starym mieście mogłabym dokonać aktu autodestrukcji. Ta praca umysłu i spacer wokół domu wystarczyły, żeby jakoś się postawić do pionu, wyleźć ze skorupy, zacząć rozmawiać, coś robić, nie myśleć. Na trochę wystarczyło, bo potem znowu: czyjeś zaręczyny, czyjeś ciąże, czyjeś plany, czyjeś coś. A moje? Co moje? Moje nic. Brak celu, psychiczna emerytura mocno przedwczesna. Nic do zdobycia, do realizacji jest czymś strasznym. Zakopuję się w ziemi. Samodzielnie, jak na dzielną dziewczynkę przystało. Ale gdy to robię, gdy atak trwa, nie potrafię i nie chcę spojrzeć szerzej, że to głupie, niepotrzebne, że szkoda czasu i energii, że nie służy życiu. Przecież jakiś czas temu podjęłam decyzję – życie jest naprawdę tym, czego chcę, nawet jeśli czasem powraca stare myślenie.
*
Rozmowa z J. o piciu i niepiciu. Znamy się od dziecka i zupełnie na inny temat, ale gdy okazało się, że łączy nas nie tylko wspólny plac zabaw, czasem zapuszczamy się w pijackie rewiry. Od początku – głupia! – czułam się „mądrzejsza”, z większym doświadczeniem w trzeźwieniu, bo J. nie pije po swojemu, bez terapii, psychologów, AA. Opowiadałam, tłumaczyłam, raz nawet zabrałam na mityng. A wczoraj, chyba pierwszy raz zlazłam z tego piedestaliku, pokazałam siebie słabą, niepewną, zagubioną. I gdy wracałam ze spotkania poczułam, że się uśmiecham, że lżej, że 12 krok… Czy ja w ogóle rozumiem 12 krok? Czy można o nim sensownie opowiedzieć – teoretycznie? 12 krok to było moje spotkanie z J. Nie – radzenie, nie – mądrzenie się. Tylko prawda o sobie.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...