wtorek, 23 marca 2010

022. krok za krokiem


Przez pierwsze kilka lat niepicia Kroki AA były dla mnie czymś zamglonym, nie do dotknięcia, czymś na później. Zawsze na później. Słyszałam, gdy czytali, sama czytałam, ale przepływały przeze mnie nic nie zostawiając, albo tyle, co woda czerpana sitem – ledwie mokry ślad minionej obecności. Nigdy nie pracowałam nad nimi solidnie i systemowo – nie winię się, systematyczność to po prostu nie mój styl – ale przychodziły chwile, że złapane gdzieś w locie Kroki wpasowywały się idealnie w mój aktualny fragment życia, odpowiadały i prowadziły. Czasem wzajemnie się przenikały, przepływały, przechodziły jedne w drugie, uzupełniały się i tworzyły coś tak oczywistego i jednocześnie tak nowego.
Kroki trzeci, szósty i siódmy.
Powierzenie woli, zauważenie i nazwanie wady, pokorna prośba o jej usunięcie. Takie proste, a tak wiele pułapek po drodze. Definiujesz wadę i prosisz. I nic się nie dzieje. Dlaczego? Czy Bóg ma to gdzieś? Możesz tak prosić i prosić, ale póki nie upadniesz tak naprawdę na kolana, póki nie dotkniesz prawdziwej pokory – nic się nie stanie. Prawdziwa pokora. Co ja mogę o niej wiedzieć… Otarłam się o nią zaledwie kilka razy. Prawdziwa pokora jest wtedy, gdy widzę i dogłębnie, do bólu odczuwam, że ja nic tu nie zdziałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie dam rady. Sama nie podołam. Nie wiem nawet od czego zacząć. Albo może i mam jakieś pomysły, lecz tylko kręcę się w kółko, bo nic nie działa, nic się nie zmienia. Próbuję i staram się (nie wystarczy po prostu chcieć: „chciałabym nie ranić ludzi” to zbyt ogólnikowe), ale nic się nie zmienia. I dopiero wtedy, umęczona i zrezygnowana, oddaję. Może nawet, nim oddam, przez krótką chwilę, godzę się na siebie taką. Taką, czyli nie-doskonałą. O, to już prawdziwy wyczyn, porzucić marzenie o wielkości, o pomniku.
Dobrze, przecież nie chodzi tylko o to, że jestem złośliwa, że sprawiam przykrość innym. To wierzchołek. To skutek. A co pod tym? (Zazdroszczę ludziom, którzy w prostocie oddają, nie zagłębiając się szczególnie w co, i dlaczego, i po co. Ale chyba mogłabym zaakceptować, że ja mam inaczej, że mimo przesadzonego rozrostu procesu myślowego mam szansę na uzdrowienie). Dlaczego tak się zachowuję, czego się boję, co chcę zyskać, jaką się pokazać? Bo chyba o takie rzeczy chodzi. To do nich ma dobrać się mój Bóg, to je uzdrowić. A ja mam tylko pozwolić i ufać, że On to zrobi.

czwartek, 18 marca 2010

021. tylko być


Życie jest do życia, nie do rozumienia. Jeśli starasz się zrozumieć życie, zamiast je przeżywać, wtedy je analizujesz intelektualnie z bezpiecznej odległości i tracisz podwójnie. Po pierwsze, gdy polegasz wyłącznie na intelekcie, patrzysz na życie przez zdeformowaną soczewkę, która zmienia percepcję i może sprowadzić cię na manowce. Intelekt staje się wówczas barierą, niepozwalającą żyć. Po drugie zaś, kiedy chronisz się przed życiem w swojej głowie, zamiast wziąć w nim czynny udział, pozostajesz widzem, który nigdy nie brudzi sobie rąk.
Tymczasem w życiu masz właśnie wprowadzić sobie brud pod paznokcie. Masz załamać się, zagubić, zdezorientować. Nie należy korzystać z intelektu do tego, by regulować, porcjować czy filtrować życie. Życie jest zjawiskiem znacznie większym od ludzkiego umysłu. Rozum jest twoim sługą, a nie panem; musi znaleźć swoje miejsce w dużo szerszym kontekście.
(Odwaga poddania się, Tommy Hellsten)

*

Przez ostatnie dziesięć lat właściwie tylko analizowałam, myślałam, reflektowałam. Przetwarzałam dane. Głównie na mój własny temat. Chowałam do właściwych szufladek i segregatorów. Żeby jakoś poukładać świat, żeby się w nim choć trochę odnaleźć albo nie tak całkiem zagubić. Każde zdarzenie, czy brak zdarzenia musiałam przemyśleć. A potem przemyśleć te przemyślenia. I tak w kółko. Przez to myślenie nie zorientowałam się, że nie istnieję naprawdę. Jeśli w tamtym czasie zdarzyło mi się żyć, to raczej przypadkiem, jakby mimochodem. Pomimo. Pewne rzeczy, te, które muszą się dziać w swoim czasie, jakoś wpychały się w moje życie. Ale potrafiłam je skutecznie zamyśleć. Nie przeżywałam ich, nie wyciągałam wniosków. Dlatego historie się powtarzały, popełniałam te same błędy – bezrefleksyjnie, a miałam je przecież tak gruntownie w głowie przerobione.
To wieczne grzebanie w sobie zaczęło mnie wreszcie męczyć. Miałam tak strasznie dość nieustających analiz. Nie umiałam tylko przestać. Przestało się samo.
Życie jest jak oddychanie, jak chodzenie. Żyć prawdziwie to nie zauważać, że się to robi, może nawet nie wkładać specjalnego wysiłku. Jak z zakochaniem – samo się dzieje. I wszystko jest łatwe. Nie myślę więc, po prostu jestem. Czasem tylko włączy się dawny nawyk – jakiś lęk, czarna myśl, wątpliwość: A jeśli to szczęście zaraz się skończy? A jeśli skończy się nie zaraz, tylko za kilka miesięcy albo lat? A jeśli przestanie być takie, jakie jest? Czy ja mam jakiś wpływ? Czy powinnam zachowywać się w jakiś określony sposób?
To stało się samo, bez mojego udziału. Przyszło do mnie bez moich zabiegów. Jak z łaską, prezentem od Boga. Może więc to puścić – niech się dzieje. Nic nie próbować. Tylko nie szkodzić, nie analizować, nie myśleć przesadnie. Nie umiem nawet dobrze Mu podziękować.

sobota, 6 marca 2010

020. uciekam


Sobota cudowna. Totalnie bez zobowiązań. Żadnych spotkań, prac, szkół, obowiązków. Mogę nie robić nic. Nawet chcę nie robić nic. Tak się ze sobą niedawno umówiłam – że przy pierwszej okazji spróbuję. Jak to jest – usiąść i nic. Bez filmu, książki, gazety, telefonu, kawy, bez jakiegokolwiek rekwizytu uprawomocniającego. Ze sobą. Tylko. Się nie udaje. Myśl ucieka natychmiast w praktyczno-prozaiczne rejony. Ma prawo, a nawet rację, bo zawsze coś. A poza tym chroni przed spotkaniem ze sobą. Bo co miałabym ze sobą począć?

*

Sonata jesienna Bergmana. Monolog wewnętrzny starej kobiety, nie, nie całkiem starej, ale na tyle, by wiedzieć, że przegapiła swoje dojrzewanie. Nie, nie, tylko nie płakać, tylko nie płakać. Co robić? Weź prysznic. Nie Charlotto, żadnych łez. Do obiadu założę kostium albo nie, tę czerwona sukienkę. Co z tymi emocjami? Żadnych emocji, żadnego rozklejania. A w przyszłym tygodniu do Monte Carlo. Tak, Monte Carlo będzie w sam raz…
Najpierw widzę scenę sprzed 15 lat. Stoję za barem, właśnie wymyśliłam najlepszy drink świata – po dwóch nic cię już nie obchodzi, po czterech – nie pamiętasz, że w ogóle, że ty, że ktoś, że coś, że cios. Bosko jest! Zabawa, zabawa… to nic, że twarz jak po botoksie, zero wyrazu – takich wyrazów publicznie się nie używa. To nic, że w środku wszystko poszarpane i skręca się i wyje, ale na zewnątrz żadnych łez, żadnych emocji, zabawa, zabawa…
A potem dociera do mnie, że nadal tak robię. Inaczej, ale nadal. Świetnie się ucieka na brak czasu – skoro go nie ma, trzeba przyspieszyć, może uda się dogonić. A że po drodze wszystko mija jak w pędzącym samochodzie? Albo planowanie dnia, tygodnia, miesiąca. Ileż można wepchnąć w taki jeden biedny dzień! Żeby wyrobić wydumaną normę trzeba gnać, do zadyszki. Albo pogodzić się z kosmicznym rozczarowaniem sobą. Jest jeszcze ucieczka na bardzo dużo pracy albo na bardzo ważne spotkania, albo na inne bardzo. No i, fantastycznie skuteczna, ucieczka na analizowanie siebie. A ja bym tak chciała uciec od ucieczek…