Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obsesja picia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obsesja picia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

100. zupełnie nie wiem, jak to się stało

Przestałam pić w 26 roku życia. To wiek, gdy spora część alkoholików zaczyna się na dobre rozkręcać. Przestałam pić zanim w pełni zdałam sobie sprawę z mojego stanu i zanim faktycznie go odczułam. Przy okazji, to było dość dawno. Może dlatego nie potrafię sobie przypomnieć niektórych stanów – trudno, gdy nie osadziły się wtedy w mojej świadomości, jeśli przepływały niezauważone (fakt, że włożyłam w to „niezauważenie” mnóstwo wysiłku wcale nie zmniejsza braku kontaktu ze świadomą częścią mnie). Trudno mi było na przykład zlokalizować w sobie, po latach, obsesję picia – być może była ukryta pod moim perfekcyjnym make-up’em samozakłamania – choć inne obsesje z tamtego okresu namierzałam bezbłędnie. Z głodem alkoholowym poszło łatwiej – pokojarzyłam pewne stany, o których dowiedziałam się od specjalistów, że są elementami głodu, z moimi dawnymi zachowaniami i mogłam to sobie odhaczyć. Był jeszcze jeden czynnik, nieco bardziej tajemniczy, trudnonamierzalny. Czynnik z gatunku: zupełnie nie wiem, jak to się stało. W pierwszych miesiącach niepicia, po jakimś zawodowym evencie, poszłam ze znajomym do knajpy, w której kiedyś zwykle pijałam, w której w moim mieście zwykle pili wszyscy (których warto było znać – jak mi się wtedy wydawało). Usiedliśmy przy stoliku, ja z herbatą, on z piwem. Ja z wyjątkowo jasnym przekonaniem i poczuciem, że nie piję, jestem od miesięcy osobą niepijącą. On – nie mający pojęcia o moich myślach i lękach, i napięciu, że ktoś mógłby się dowiedzieć i co ja bym wtedy zrobiła. Gaworzyliśmy sobie dość miło, aż tu nagle… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z jego szklanką w mojej dłoni, tuż przy twarzy. Gotową do użycia, do przechylenia. Równie tajemnicza rzecz zaszła pewnego razu między mną, moją wolą i telefoniczną słuchawką. Sprawa dotyczyła pewnego narzeczonego sprzed stu lat (a dokładniej dziesięciu), który miał stać się zdecydowanie byłym narzeczonym, ale coś z tym czasem przeszłym nie wychodziło. Na aparacie telefonicznym przykleiłam kartkę: pod żadnym pozorem nie dzwoń! Wiedziałam, że nie mogę dzwonić. Nie miałam po co dzwonić. Nie chciałam dzwonić i… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z telefoniczną słuchawką wypełnioną jego głosem przy uchu, a dwa kwadranse później dokładnie w tym miejscu, które cofnęło całą operację rozstawania do linii startu.

Dawno już nie myślałam o tych dziwacznych, trudnych do wytłumaczenia zachowaniach. Nie zdarzają się przecież zbyt często. Ale dziś… od rana czekam na możliwość dopięcia pewnego projektu. Z mojej strony rzecz dawno skończona, potrzebna tylko weryfikacja klienta, a później mój podpis. Czekam na możliwość złożenia tego podpisu. Z tego powodu musiałam przesunąć wyjazd i wyjątkowo mi się to nie podoba. I dzisiaj też się nie doczekałam, pewnie jutro. Złość. I stan zawieszenia. Wieczór w takim stanie zawieszenia to bardzo nieprzyjemna sprawa. Takie niedokończenie, rozgrzebanie źle na mnie wpływa. Zaraz dołączyło doń niezdecydowanie w kwestiach wieczornych planów i nieszczęście gotowe. Weszłam do sklepu do którego wcale nie miałam wchodzić. I… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale wyszłam z niego (nie, no oczywiście, że nie z butelką wódki!) z lodami, których ani nie planowałam kupić, ani nie chciałam jeść, ani nawet – i to chyba kluczowe – nie powinnam jeść, jeśli chcę się dobrze czuć we własnym ciele, co podpowiadał mi od kilku dni rozsądek (podpowiadał w formie specjalistycznych i poważnych wykładów). Co mną kierowało? Bo to przecież nie byłam świadoma ja? Jak to wytłumaczyć? Czy zadecydował moment, w którym zobaczyłam w lodówce właśnie te lody (kiedyś chciałam spróbować), czy rozmowa z ekspedientką (dopytanie o cenę i smak)? Kiedy mogłam się zatrzymać? Tuż przed zapłaceniem? A może zaraz za drzwiami, kiedy powiedziałam sobie: halo, po co je kupiłaś, przecież nie masz ochoty na lody?!
* 
I wreszcie: czy obrazek z zakupami, których się nie potrzebuje, nie chce, o których się nawet nie myślało, a jednak dokonało, byłby czytelną ilustracją zachowań osoby uzależnionej. Modelem stworzonym dla ludzi, którzy z uzależnieniami nie mają nic wspólnego, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie jak tak w ogóle można? Bo dzisiaj też się trochę naczytałam bezsensownych komentarzy w Internecie… które właściwie mnie nie dotyczą i mogłyby mnie nie obchodzić. A jednak, jeśli ten brak zrozumienia nie jest wynikiem ignorancji, to jednak trochę obchodzi, bo jakoś tak… obchodzą mnie ludzie. Ci, którzy piją, którzy przestali, i ci, którzy obok nich i z nimi chcą być.

środa, 27 kwietnia 2011

057. 24 godziny


Kiedyś usłyszałam, że polscy anonimowi alkoholicy, którzy przenosząc na nasz grunt Wspólnotę AA ograniczyli się właściwie do mityngów, gubiąc gdzieś po drodze to, co najważniejsze, a w każdym razie niezbędne: istotę Programu 12 Kroków i osobę sponsora, wypaczyli też ideę 24 godzin. Bo przecież Amerykanie wymyślili tę technikę dla ratowania się przed realnym i bezpośrednim zagrożeniem zapiciem – jeśli masz przymus picia nie myśl o całym życiu, o tym, że nie możesz już nigdy przenigdy się napić, myśl tylko o jednym dniu, masz wytrzymać tylko 24 godziny, a jeśli doba wydaje ci się kosmosem nie do przebrnięcia, podziel ją na mniejsze odcinki, nawet na kwadranse, to dużo łatwiej znieść. Logiczne. A my co? Huzia po bandzie i całości, 24 godziny i 24 godziny. Życzę ci 24 godzin. A co to za życzenia, skoro ja nie mam obsesji picia i akurat dla mnie to niewiele znaczy? Do czego mam to zastosować?
*
Mam czasem takie sekundy tuż po przebudzeniu, właściwie jeszcze na granicy snu i jawy, kiedy wypływa jakaś myśl, niezwykle klarowna, jasna, przemądra, po prostu kwintesencja, odpowiedź na trapiące mnie problemy. To tylko przebłysk, jeśli nie zdążę uchwycić – zniknie, może na zawsze. W jednej z takich sekund zrozumiałam, w jaki sposób mogę zastosować technikę 24 godzin, jak mi to może pomóc. Że tu przecież chodzi o coś większego. Na przykład o stosowanie Programu dzień po dniu, we wszystkich naszych poczynaniach. Co wcale nie jest łatwe. Wymaga uwagi i cholernego wysiłku. Bo znajomość 12 Kroków sama z siebie niczego nie załatwia, oprócz tego, że bezpowrotnie odbiera komfort nieprawego, nieuczciwego życia. Po pierwszej odwykówce nigdy już nie uda ci się beztrosko napić. Po pierwszej przymiarce do Programu nie uda ci się być sukinsynem bez emocjonalnych konsekwencji.
*
Ale odkryłam jeszcze jedno wykorzystanie techniki 24 godzin, bardzo podobne do ratowania się przed obsesją picia. Tyle że ja potrzebuję się ratować przed czymś innym – przed byciem nieszczęśliwą. Już wiem, że ten stan niespełnienia, niezadowolenia, braku satysfakcji to wyłącznie sprawka mojego umysłu. Całe 24 godziny bez frustracji, smutku, cierpienia są dziś dla mnie kosmosem. Muszę je dzielić na mniejsze odcinki, czasem nawet na kwadranse. Wtedy jest lżej. Ci, co się na tym znają, mówią, że z czasem obsesja picia znika. Może w takim razie obsesja nieszczęścia też?

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...