poniedziałek, 7 grudnia 2015

165. zabawne filmiki

Człowiek jest tak skonstruowany, że jeśli wokół niego dzieje się coś dziwnego (coś, czego nie zna, co wykracza poza jego doświadczenie, co jest „z innej płaszczyzny”), zwiększa czujność. Tu dzieje się coś nienormalnego, w sensie – niezwykłego – więc trzeba mieć się na baczności, sprawdzić trzeba, zbadać, jak się do tego odnieść. Czy uciekać, walczyć, a może odpuścić, bo to neutralny element innej, nieznanej rzeczywistości. Kluczowym słowem jest „neutralny”, a więc nie niebezpieczny.

*

Oglądam filmik na fb: hipermarket, zabiegani kupujący. Nagle, przy stoisku warzywnym rozlega się przyjemny baryton, ewidentnie szkolony. Po kilku taktach dźwięk dobiega do kupujących – zatrzymują się zdziwieni, szukają źródła głosu. To pan w stroju ochroniarza albo parkingowego, namiętnym śpiewem wabi cebulę. Za chwilę dołącza do niego drugi pan, elegancki taki bardziej, w dopasowanym płaszczyku, z żelem na grzywie, nowoczesny. Doprawia baryton nutą tenoru. Klienci już formują się w grupki, już telefony komórkowe w dłoniach, już filmują. Teraz sopranem zajeżdża ekspedientka z rybnego, niosąc okazałego okonia. Ludzie już wiedzą, już złapali – to przedstawienie jest. Robią nam tu operetkę na żywo. Ale super!

Może i super. Może to nowe formy marketingu (w tym hiperku robią niespodzianki, dzieje się, warto tu chodzić, mają luz, spójrzmy na nich z sympatią, polubmy ich). Fajnie, że ludzie się bawią, mają chwilę na oddech. Fajnie, że nie tylko w tym sklepie, bo jeszcze śpiewają w metrze (widziałam na żywo), stepują, na ulicy tańczą grupowo z zaskoczenia biorąc przechodniów, różne takie robią performance i inne akcje artystyczne. Nawet jak dziwne są, to artystyczne, im bardziej dziwne, tym pewnie bardziej artystyczne, tylko ja za prosta jestem i nie rozumiem współczesnej sztuki. A może mam świra w drugą stronę, może jestem ogarnięta manią prześladowczą i teorią spiskową (niewykluczone, że niedługo zacznę spacerować z brzozowym pieńkiem pod pachą), ale… Przychodzi mi do głowy taka wizja:
Rok 2025. Metro, autobus, plac zabaw, kino. Wstaje jakiś człowiek i zaczyna wyrzucać do góry ręce. Albo szarpać drugiego człowieka, obok. Bez słów. Albo wchodzi sznur gości, idą równo, okrążają siedzących. Normalnie, w dawnych czasach, pomyślałabym – ki diabeł? Co jest grane? Zwiększyłabym czujność. Omiotła miejsce wzrokiem, łapała szczegóły, zlokalizowała wyjścia awaryjne. Tak, w dawnych czasach. Ale teraz jestem już wytresowana, już wiem, że ludzie teraz tak robią, to sztuka może jakaś będzie czy inna akcja. Spokojnie, trzeba to jakoś przetrwać, a może nie będzie badziewia, może nawet ciekawie będzie. Nawet jeśli ktoś kogoś szarpie, nawet jeśli idzie z butelkowymi tulipanami, łańcuchami albo dymiącym przedmiotem to przecież tylko performance, nie ma co szumu robić, nie ma co się wygłupiać, jeszcze mnie nagrają na te cholerne smartfony, wrzucą potem w sieć i będę skończona po wsze dni, że się tak wyrwałam i ośmieszyłam, że na sztuce się nie poznałam, wieśniara jedna. No, więc nie reaguję, gdy pani wywleka niemowlaka z wózeczka i rzuca nim o huśtawkę. E, to na pewno lalka. Gdy młodzieniec kopie staruszkę – e, to pewnie taka choreografia, wrestlingowcy też przecież udają, a widziałam na filmiku, jak taka jedna staruszeczka o kulach wymiatała potem szpagaty do taktów tanga. Gdy goście w kominiarkach biegną z bronią – film może kręcą jakiś, eksperymenty na psychice ludzkości robią, jak ludzkość zareaguje. A jak się potem okaże, że to nie była lalka, nie choreografia, nie eksperyment, to zawsze będę mogła powiedzieć (o ile ci goście w kominiarkach nie zahaczą mnie kulą, również nieślepą): ale skąd mogłam wiedzieć? No przecież teraz to wszystko jest dla beki, dla kontentu na FB czy inną platformę. Bo przecież ja widziałam podobne akcje, nie ma się czego bać, nie ma co robić szumu, bo to wszystko na niby.

*

Jestem w średnim wieku – chyba tak to się nazywało zawsze, choć teraz to w kwiecie jestem, a raczej będę, jeśli się podeprę hialuronami i etceterą – a to znaczy, że zahaczyłam o zamierzchłą epokę bez komórek, Internetów, efektów specjalnych, za to z żywymi relacjami, z paroma dotkliwymi upadkami, które mi pokazały, że sztuczka z filmu nie działa na żywo, że rzeczywistość jest inna niż pokazują media. Załapałam się na hasło: media kłamią. Wtedy, 30 lat temu, wiedzieli to wszyscy i tego się trzymali. Dziś niby wiemy, ale… przecież komuna już zdechła. A media kłamią tak samo (pokazują nieprawdziwą wersję świata), tyle że żyjąc tak, jak w większości żyjemy, nie mamy okazji, może też nie chcemy, zweryfikować tych treści. Jeśli moim jedynym nauczycielem i oknem na świat jest Internet (jasne, tam jest mnóstwo przydatnych informacji, oprócz hałd chłamu) to nawet nie wiem, kiedy łyknę tę wizję jako najprawdziwszą na świecie.
I jak oglądam któryś z kolei taki filmik, to nawet się uśmiecham, nawet bym zalajkowała, ale… coś mi mówi, że to po prostu kolejny odcinek fałszu, który ma znacznie bardziej podstępne dno – stępia mnie naprawdę, stępia moją wrażliwość i rzecz najważniejszą i najpierwotniejszą, wprost z gadziego mózgu – mój instynkt przetrwania.




piątek, 27 listopada 2015

164. to jednak jest fart

Choroba, jakakolwiek, to nie jest wygrana na loterii. Ale od dłuższego czasu uważam, że alkoholizm nie jest najgorszą rzeczą, która mogła mi się przydarzyć. Zwłaszcza, że – z niezbadanych przyczyn – miałam w sobie pęd ku życiu, i chciałam się ratować. Kiedyś myślałam, że każdy, kto dowiaduje się o swojej chorobie, idzie się leczyć. Wiem, to infantylne i zupełnie nieprawdziwe, nie tylko w odniesieniu do uzależnienia, ale tu szczególnie. Od lat patrzę inaczej, wiem, że miałam szczęście, farta zwykłego czy też niezwykłego, że właśnie mi udało się z tego wyjść. Bo nie wszystkim się udaje, napatrzyłam się przez lata. Teraz czytam – w posłowiu do ciekawej, tak na marginesie, pozycji o alkoholikach wysokofunkcjonujących – dane szacunkowe:

Liczbę osób nadużywających alkoholu (w Polsce) należy szacować na ponad 3 miliony, a wśród nich ponad 600 tysięcy to osoby z zespołem uzależnienia. (…) 81 procent osób uzależnionych skrzętnie skrywa swoje picie i tym samym nie jest zdiagnozowanych. Szacuje się, że 92 procent osób uzależnionych się nie leczy; leczenie podejmuje jedynie jedna trzecia z 19 procent osób, które zostały zdiagnozowane.

Z posłowia Bohdana Woronowicza do wydania polskiego: 
Alkoholicy wysokofunkcjonujący 
(z perspektywy profesjonalnej i osobistej), 
Sarah Allen Benton, wyd. Feeria, 2015


92 procent się nie leczy… A z tych leczących się i tak nie wszyscy wracają do zdrowia. Pamiętam zdanie, które usłyszałam na samym początku terapii (moi przyjaciele i znajomi też o podobnym komunikacie wspominają, wydaje się więc, że zdanie to nie było wymysłem mojego terapeuty): Z waszej grupy (z 10 osób) nie wrócą do picia najwyżej 3 osoby. Moja myśl, tak mocna, że pamiętam ją do dziś: Będę w tej trójce! 

Byłam. Jestem.    


wtorek, 10 listopada 2015

163. dwanaście kroków instant – 9


I to właściwie byłoby na tyle…

Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.


Jeśli jestem świadoma czym jest alkoholizm, jeśli znam rozwiązanie i sama je zastosowałam, to najprawdopodobniej mam w sobie potrzebę (efekt przebudzenia duchowego, czyli nowej świadomości i pragnienia działania), by dzielić się tym odkryciem z innymi potrzebującymi.

Dzięki realizacji 12 Kroków AA zyskałam nowe spojrzenie na rzeczywistość, ono pozwala mi określić wartości, którymi chcę się od teraz kierować w życiu. Powierzenie się Sile Wyższej, czyli nowa, pożyteczna dla mnie zależność, daje mi dostęp do duchowej siły, więc jestem w stanie według tych wartości żyć. I ten sposób życia mam kontynuować i rozwijać, żeby nie zmarnować tego, co zostało mi dane. Bo jeśli nie będę oddawać, czyli działać, ta mityczna trzeźwość rozwieje się lub zgnije.  

poniedziałek, 12 października 2015

162. moje moje moje szczęście

Usłyszałam niedawno na spotkaniu AA zdanie, które doskonale rozumiem i z którym absolutnie się nie zgadzam. Rozumiem, bo przerabiałam na własnej – a co gorsza, tych, którzy mieli nieszczęście być zamieszani w moje życie – skórze. Nie zgadzam się – bo ono nie działa! To znaczy, działa, ale według mnie dokładnie odwrotnie do postulowanego efektu. Zdanie brzmi: Jeśli ja będę szczęśliwy/szczęśliwa, to i innym będzie ze mną lepiej.
Hm, pomyślmy… Może gdybyśmy nie mieli do czynienia z alkoholikami, czyli osobami skrajnie egoistycznymi, egocentrycznymi i skoncentrowanymi na sobie, to twierdzenie miałoby jakąś rację bytu. Ale mamy z nimi do czynienia, sami nimi jesteśmy, i wiemy, bo pamiętamy, jak to wyglądało. Bo otóż wyglądało tak, że jak nam się zachciało szczęścia – a zachciewało się w najróżniejszych momentach, bez względu na wszystko – to nic innego nie miało znaczenia. Ani smutna, opuszczona emocjonalnie rodzina, ani Bogu ducha winien mąż, ani tym bardziej płaczące dziecko, ani matka, ani młodsze siostry. Moim szczęściem był fajnie – na luzie, bez zobowiązań i odpowiedzialności – spędzony czas w gronie przyjaciół (najlepiej płci męskiej, z wyraźną ochotą na moje towarzystwo albo i coś więcej), przy drineczku (albo i więcej, oczywiście, że więcej). Sukces to było dla mnie szczęście. Pochwała i cudzy zachwyt to było szczęście. Uznanie. Łatwa kasa. Mało pracy. Święty spokój. W takich okolicznościach – pijąc i już przez lata nie – stawałam się „szczęśliwa”. Czy to miało wpływ na moje otoczenie? O, tak!! Zdecydowanie. Dla dziecka nie miałam czasu, tak jak dla sióstr i matki, z mężem nie chciałam gadać, z przyjaciółmi – tylko gdy mogli mnie wesprzeć. Zaiste, dzieliłam się szczęściem. Gdy sukces/szczęście przychodziły, stawałam się – naprawdę mnie to dziś smuci – arogancka, wyniosła i zimna. Cesarzowa dzielnicy. Gdy sukces/szczęście mijały, byłam… tak samo nieużyteczna, dodatkowo wieszałam się na innych, dając im iluzję bliskości i poczucia, że skoro czerpię od nich, to może się odwdzięczę.
 

*

Wierzę w inne, rewolucyjne w pewnych kręgach, hasło: Jeśli innym będzie ze mną lepiej, to będę szczęśliwa! Nie tylko wierzę, sprawdzam je. Może uczciwiej byłoby powiedzieć – staram się i trenuję. Bo to nie łatwe. Ale widzę efekty i dlatego wiem, że jest prawdziwe.
Dlaczego to pierwsze zdanie tak mnie uderzyło? Bo zostało powtórzone przez trzy czy cztery osoby, w dodatku z dość długą abstynencją, trudno zatem udawać, że to nieznaczący pomysł niezbyt ogarniętego jeszcze, nietrzeźwego nowicjusza. Również dlatego, że zostało wypowiedziane na mityngu AA, a jest całkowicie sprzeczne z duchowymi zasadami Anonimowych Alkoholików. Nie dziwi mnie to, bo wiem, jak silne są terapeutyczne naleciałości na polskie AA, ale marzy mi się, coraz bardziej, coś, co można by nazwać czystym AA. Czystym od wszelkich, nie tylko terapeutycznych (czyli raczej wspierających ego), nie tylko religijnych wpływów. Chciałabym w czymś takim brać udział… Chciałabym czegoś takiego dla tych, którzy przyjdą – byłoby im łatwiej.

czwartek, 8 października 2015

161. dwanaście kroków instant – 8



Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia.


Więź z Siłą Wyższą jest mi niezbędna na mojej nowej drodze życia, bo stamtąd ja – wciąż chora na alkoholizm – czerpię i będę czerpać siłę duchową, konieczną do trzeźwego, pożytecznego i satysfakcjonującego życia. Anonimowi Alkoholicy nie dyktują, w jakiego Boga mam wierzyć, mówią tylko: Musimy stale trzymać się Go, pogłębiać relację. Jedenasty Krok mówi o świadomej więzi z Bogiem. Wcześniej jakieś relacje miewałam, ale podlegały przypadkowi i moim kaprysom, teraz mam wziąć odpowiedzialność za ten aspekt mojego życia. 
Modlitwa i medytacja są narzędziami. Metoda czy technika nie są najważniejsze, ważny jest akt stawienia się na spotkanie z Siłą Wyższą (muszę stworzyć warunki: cisza, skupienie, otwartość, czas). Świadome stawianie pytań (do tej pory raczej omijanych), i stworzenie przestrzeni, w której możliwe będzie usłyszenia odpowiedzi. 
Przyglądanie się sobie (10 Krok) i nowa wizja siebie (zainspirowana np. modlitwą św. Franciszka z 12x12) kształtują nową postawę i spokój, niezbędne, by zrównoważyć mroczną, negatywną stronę mojej osobowości, wciąż we mnie obecną (prawdopodobnie do końca życia).




środa, 30 września 2015

160. znalezisko


Znalezione na półce w starym domu za miastem. 

Wśród wielu alkoholików i ich rodzin można zaobserwować opór przed zaangażowaniem się w ruch AA. Często gotowi są zgodzić się na dowolną formę terapii byle nie na AA. Można dopatrzeć się kilku co najmniej źródeł tego oporu. Czasami wynikają one z posiadania błędnych informacji, czy wiary w pewne mity związane z AA. Bardzo często mamy do czynienia z najzwyklejszym zażenowaniem. Alkoholik może być stałym bywalcem przyjęć urządzanych w pracy, jego nazwisko może nie schodzić z łamów miejscowej gazety w rubryce „kryminalna” lub też może niemal w pojedynkę utrzymywać sklep z piwem, ale nie daj Bóg, aby ktoś zobaczył go wchodzącego do budynku, gdzie odbywa się mityng AA! Pójście na mityng może być potraktowane jako publiczne przyznanie się do swojego alkoholizmu, lub co najmniej jako osobiste uznanie, że picie alkoholu stało się problemem życiowym. Rozmowa z psychoterapeutą, nawet jeśli jest on specjalistą od alkoholizmu, pozwala alkoholikowi ciągle jeszcze na rozmaite interpretacje swojej sytuacji. Udanie się na mityng nie pozostawia już żadnych co do tej sytuacji wątpliwości (…).
Nie jest istotną kwestią to, czy ruch AA podoba się czy też nie. Zwykle nie przywiązujemy wagi do tego, czy jakiś rodzaj terapii „podoba się” pacjentom, póki daje ona dobre rezultaty. W końcu mało kto lubi nosić gips na złamanej ręce albo leżeć w szpitalu, a jednak akceptuje się te przykrości w imię osiągnięcia pożądanych korzyści.
Zdarza się, że alkoholik trafia na psychologa, który utwierdza jego opór wobec AA. Taką sytuację należy uznać za bardzo niefortunną. Do jej powstania prowadzi niezrozumienie przez niektórych terapeutów istoty choroby alkoholowej. Zapominają o prawdziwym piekle, jakim jest życie alkoholika. A właśnie głównym celem programu AA jest pomoc w wyjściu z piekła tym, którzy tego potrzebują. Nie dostrzegając i nie doceniając tego, niektórzy psycholodzy mogą w swej działalności traktować wspólnoty AA tak, jakby zajmowały się czymś zupełnie innym – na przykład rozwojem wewnętrznym albo rozwiązywaniem problemów małżeńskich – i rezygnować z ich pomocy wówczas, gdy nieuzasadnione oczekiwania zostaną zawiedzione. Czasem można odnieść wrażenie, że niektórzy psycholodzy nie traktują AA jako „prawdziwej” terapii. Zdarza się też, że zawodowi terapeuci żywią mylne przekonanie, że według Wspólnoty AA ich programu nie da się pogodzić z innymi formami terapii. Nic bardziej błędnego! Nie ma w programie AA niczego, co mogłoby podtrzymać takie mniemanie.

Zrozumieć alkohol. J. Kinney, G. Leaton, wyd. PARPA, 1996, str. 217-218



niedziela, 27 września 2015

159. dwanaście kroków instant – 7

Gdyby ktoś miał nadzieję (ja chyba w bardzo głębokim zakamarku umysłu jednak ukryłam taką myśl, do czasu), że Program AA to coś, co można potraktować jak jednorazową kurację, to właśnie Krok 10 jednoznacznie utrąca tę błogą i naiwną wiarę. 

Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.


Sama świadomość moich wad i zalet, poznanie istoty moich błędów, którą nabyłam w rezultacie postawienia Kroków 4 i 5, nie sprawiła automatycznie, że stałam się lepszym człowiekiem. Nadal jestem tym, kim byłam. Praca nad 6 Krokiem jest zadaniem na całe życie, co oznacza, że nie zdołam wyłączyć moich wad jednym przyciskiem, raz na zawsze. Ale jeśli wszystko poszło dobrze w Krokach 4, 5 i 6, to chcę być porządnym człowiekiem i nie krzywdzić innych. Narzędzia do tego zadania daje mi właśnie 10 Krok. Proponuje, bym na bieżąco przyglądała się sobie, mojej postawie, myślom, słowom, bo gdy widzę co robię, mogę sterować moim zachowaniem, zatrzymać złe, ale też uruchomić dobre. Bo nie wystarczy już tylko nie czynić zła, nie krzywdzić, konieczne są zachowania i postawa ze znakiem dodatnim.
Na tym etapie muszę też zacząć się przyglądać moim intencjom, bo okazuje się, że dobre rzeczy mogę robić z niewłaściwych, nieczystych pobudek – i to szkodzi mojej sterze duchowej.
Codzienny, bieżący obrachunek moralny to świetne narzędzie, które obejmuje: przyglądanie się postępom i korektę zachowań w ramach 6 Kroku, budowanie świadomości i postawy wdzięczności, rozwijanie myślenia o wspólnym dobru, a także dobru innych (co doskonale chroni przed zabójczymi dla mnie egoizmem i egocentryzmem).
Przyznawać się do popełnianych błędów mam przed sobą – żeby nie wpaść w stare nawyki usprawiedliwień i racjonalizacji – przed tymi, których skrzywdzę i wobec których muszę naprawić szkodę, przed sponsorem, jako zaufaną osobą, z którą mogę omówić te zdarzenia i znaleźć sposób, by wadliwych zachowań nie powtarzać.  

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

158. dwanaście kroków instant – 6



Średni z tego wyszedł instant, ale może kiedyś odparuję bardziej…

*

Dawno temu, jeszcze po pijaku (a nawet jeśli bez alko, to z pijanym myśleniem, więc jakby po pijaku) trudne sprawy załatwiałam w specyficzny sposób. Na przykład, gdy kogoś ewidentnie skrzywdziłam. Tak skrzywdziłam, że nie dało się już udawać, wyprodukować jakiejś urazy, zracjonalizować albo w ogóle uznać, że on/ona skrzywdzili mnie bardziej, więc właściwie ten mój postępek, to prawie nic. Robiłam wtedy coś, do czego bardzo wstyd mi się dzisiaj przyznać, ale wierzę, że moje doświadczenie może się komuś przydać – może nie będzie musiał popełniać moich błędów. Mój egoistyczny i egocentryczny (dodałabym z łatwością jeszcze ze dwie, trzy wady) modus operandi polegał na tym, że kiedy już wykonałam akt krzywdy, chwilę (godzinę, dzień, miesiąc) później zrozumiałam, że konsekwencji nie da się uniknąć, że bardzo prawdopodobnie wstrętna prawda o moim postępku wyjdzie na jaw, stawiałam się przed skrzywdzoną przeze mnie osobą i… przyznawałam się! Ze łzami, z autentycznym przejęciem i żalem, z miną zbitego psa, który wie, że pogryzł najlepszego buta swojej pani. To był nie lada gest odwagi! Tak mogło by się wydawać. Ale prawda jest zupełnie inna. Nie dość, że nie kierowała mną odwaga, tylko jej negatyw – ordynarne tchórzostwo – to jeszcze ta skrucha była obliczona na konkretny efekt. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno – naprawdę nie robiłam tego na zimno i z wyrachowania, zacierając tłuste łapki, że moja ofiara się nabierze. Nic z tych rzeczy. Nie byłam do końca świadoma moich intencji i motywów. Było to, jak mówią, działanie celowe, lecz nieświadome. Robiłam to, bo miałam potworne wyrzuty sumienia, bo faktycznie bardzo się bałam – że się wyda, że konsekwencje będą, nie wiem jakie, ale może właśnie to było najgorsze, lepiej już pójść na czołówkę, byle nie czekać w niecierpliwym strachu na moją kolej w sądzie.
Dlatego przyznałam się przyjaciółce, że po pijaku wygadałam jej sekret innej przyjaciółce (rozważania na temat jakości mojej ówczesnej „przyjaźni” może litościwie odłożę na inny raz), bo wolałam nie czekać na moment, w którym dowie się tego z całkiem innych, może obcych i niechętnych ust.
A moje poruszenie, łzy, skrucha? Na pewno ich nie odgrywałam jak w teatrze, to były prawdziwe emocje. Tyle że… Będę teraz bezlitośnie (wobec siebie) uczciwa – te emocje dotyczyły czegoś całkiem innego. Ja nie płakałam nad krzywdą poszkodowanych przeze mnie osób. Ja płakałam nad sobą! A jaki efekt osiągałam? Moja przyjaciółka (jej przyjaźń była najprawdopodobniej znacznie wyższej próby niż moja) przejęła się mną! Zamiast się wściec, powiedzieć parę mocnych słów, może i ograniczyć naszą relację – co mi się przecież należało i na co zasłużyłam na sto procent – zaczęła mnie pocieszać, minimalizować krzywdę, wmawiać nam obu, że to nie moja wina, zabijać własne poczucie krzywdy (realne, nie urojone!).
Ten przydługo – jak na wstęp – malowany obrazek był mi potrzebny do zilustrowania jednej ważnej rzeczy: jako alkoholiczka i wytrawna manipulantka umiałam „przepraszać”. 9 Krok zaś nie może z takim czymś mieć nic wspólnego! Próba takich „zadośćuczynień” jest kolejną krzywdą! Wiem, co mówię, bo i takie pomysły mam niestety na swoim koncie, gdy próbowałam robić Program po swojemu, na własną rękę i pijaną wciąż, mimo że bez alkoholu, głowę.

Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.



Krok 9 jest dla ofiar, nie dla katów. To osoby z mojej listy mają poczuć się lepiej, a nie ja. Moja ulga jest sprawą drugorzędną, efektem ubocznym. Jeśli głównym motywem moich działań jest pragnienie ulgi, pozbycia się wyrzutów sumienia – warto raz jeszcze się zastanowić, czy mam właściwe nastawienie i prawdziwą gotowość.
Gotowość – z 8 Kroku – oznacza, że wiem co, jak i kiedy zrobić. Mimo że większość rozmów i tak przebiegnie inaczej, niż się spodziewam, warto się do nich przygotować, bo samo stanięcie przed kimś, kogo najprawdopodobniej unikałam, a na pewno nie poruszałam tych drażliwych tematów, jest trudne i wywołuje silne emocje, mogę się „zaciąć” albo w ogóle stwierdzić, że nie tym razem… To, co może się znaleźć w takiej rozmowie, to: wiem, co ci zrobiłam(to i to); nie zasłużyłeś na to, to nie była twoja wina; to się więcej nie powtórzy (jeśli nie mam stałego kontaktu z tą osobą albo rzecz dotyczy spraw niepowtarzalnych, pomijam oczywiście tę kwestię); jak mogę naprawić wyrządzone szkody
Zadośćuczynienie to nie są przeprosiny! Przeprosić mogę kogoś, komu wylałam kompot na obrus. Ale Wielka Księga radzi też unikania drugiej skrajności. Ja osobiście nie klękam i nie próbuję wymusić wybaczenia – obydwie te czynności uważam za co najmniej szantaż emocjonalny, a do tego coś, co stawia osobę, która przecież ma lepiej się poczuć w kłopotliwym położeniu. A przecież przyszłam naprawić krzywdy, a nie dodać kolejne! 
Zadośćuczyniać mam osobiście, a więc twarzą w twarz, bez pośredników. List czy telefon to wyjątkowe rozwiązania w bardzo wyjątkowych sytuacjach (np. osoba z listy mieszka na drugim końcu świata). Nie robię też działań zamiennych – jeśli nie mogę komuś oddać 100 zł, to wrzucenie ich do puszki na ofiary nie rozwiązuje sprawy; jeśli nie mogę się spotkać się ze zgwałconą kobietą to symboliczne przeproszenie jakichś innych kobiet jest, moim zdaniem, nieporozumieniem. Dlaczego? Wystarczy postawić pytanie: dla kogo to było? Przecież człowiek, któremu ukradłam lub nie oddałam 100 zł nadal nie ma tych pieniędzy, nie mówiąc o wyjaśnieniu, przeprosinach, zgwałcona kobieta nadal nosi w sobie ból, strach, upokorzenie! A więc to nie było dla ofiary, tylko dla mojego lepszego samopoczucia, dla poprawienia sobie bilansu emocjonalnego.
Nie jestem w stanie zadośćuczynić osobom nieznanym i nieżyjącym – nie spotkam ich. 
Pewnych krzywd nie da się w ogóle zadośćuczynić. I muszę z nimi żyć, nieść ciężar ich konsekwencji. To nie oznacza, że jestem „zwolniona” ze spotkania i konfrontacji z osobą, którą skrzywdziłam. Ja tylko nigdy nie będę w stanie tego naprawić. I o tym też mam powiedzieć. 



* Jak przy wszystkich poprzednich Krokach instant oraz pozostałych wpisach dotyczących Programu AA - prezentuję wyłącznie moje przemyślenia, oparte o własne doświadczenia podczas realizacji Programu ze sponsorem, a nie oficjalną wykładnię AA.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

157. dwanaście kroków instant - 5

Był czas – dawne dzieje – gdy postanowiłam ruszyć wreszcie te kroki, bo chyba po coś je ci Anonimowi Alkoholicy napisali. Oczywiście, ruszyć samodzielnie. Bo jak inaczej? Kto niby jest mądrzejszy ode mnie? Krok 8 wydawał mi się dość prosty: ot, lista osób. Drugiej części, po „i”, jakbym nie widziała. Na pewno jej nie rozumiałam. Albo inaczej – rozumiałam ją po swojemu, co było jeszcze gorsze! Dziś jestem przekonana, że lista zrobiona z biegu, wyrwana z kontekstu całego Programu AA, będzie niepełna i zafałszowana. Wiem, bo to przerabiałam. Do jej zrobienia potrzebna jest samoświadomość (Kroki 4 i 6), natchnienie i otwarcie się na pomoc Siły Wyższej (Kroki 2 i 3) oraz pomoc sponsora (szczególnie w kontekście moich pomysłów na zadośćuczynienie).

Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.


Listę sporządzam na piśmie – z głowy tak łatwo mogą ulecieć co kłopotliwsze przypadki. A może te drobiazgi, mało ważne? Mam zresztą już bazę – tabelę krzywd z 4 Kroku. Na liście umieszczam wszystkie osoby, które skrzywdziłam w całym moim życiu. Nie mogę się ograniczyć do okresu picia, bo to byłby obraz mocno zafałszowany – większa część listy to krzywdy z czasów, gdy nie piłam jeszcze bądź już. Lista zawierać ma też konkretny rodzaj krzywdy, a także mój pomysł na zadośćuczynienie – oczywiście, do zweryfikowania i poddania osobie skrzywdzonej. Bo to ona zadecyduje o tym, co jest odpowiednim zadośćuczynieniem (pora rozstać się z pomysłem, że ja wiem najlepiej, również w temacie uczuć i odczuć innych ludzi). Moją gotowość – czyli przekonanie, że skrzywdzonym osobom coś się ode mnie należy – zaznaczam, dookreślając termin – bo gotowość lubi się utleniać. Z tego też powodu nie powinnam zwlekać, tylko przejść do konkretnej realizacji naprawienia wyrządzonych krzywd.   

poniedziałek, 13 lipca 2015

156. dwanaście kroków instant - 4

Oto kroki, które mi uświadomiły, kim naprawdę jestem i co mogę. Piąty Krok był w pewien sposób łatwy – dotyczył przeszłości, którą bardzo potrzebowałam uporządkować. Ale nagle okazało się, że ja w teraźniejszości też wymagam uporządkowania, po to choćby, żeby za jakiś czas nie musieć powtarzać inwentury i kolejnego wyznania istoty moich błędów.  Świetne, trudne kroki, które z jednej strony budują mój charakter, z drugiej – nie pozwalają odlecieć w pychę. Mechanizm samoregulujący działa z odroczeniem, ale jest niezawodny (ile upokorzeń muszę sobie zafundować zanim spokornieję?). 

Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.

Mam przed sobą całą listę moich wad i wypaczeń, które odkryłam w kroku IV i wyznałam w V. Większość z nich mnie zasmuca i nie chcę nimi więcej krzywdzić innych i siebie. Co mogę zrobić, żeby zbudować gotowość i pragnąć pozbyć się wszystkich wad, a nie tylko tych, które teraz mi przeszkadzają? Żeby zobaczyć wady takimi, jakie są, w prawdzie, by nie chcieć zostawić już żadnej z nich, nie chcieć ich używać? Mogę powiększać moją świadomość, odpowiadając na pytania: w jaki sposób tą wadą krzywdzę, jakie straty ponoszę ja i inni z faktu, że jej używam? Ale też: jakie mam korzyści – trudniej mi będzie zapanować nad sobą, jeśli nie będę świadoma, kiedy i z jakiego powodu/po co korzystam z jakiejś wady. A także – co mogę zrobić, jakie konkretnie stosować metody, żeby nie używać wad. 

Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.


Wykonałam i wykonuję moją część zadania – czyli staram się nie używać wad – ale wciąż skazy charakteru tkwią w mojej „torbie podręcznej”. Nad wieloma, mimo starań, nie udaje mi się zapanować. To nie ja zlikwiduję moje wady, choć tylko ja mogę przestać ich używać, tylko ja mogę zacząć być porządnym człowiekiem. Do likwidowania, a więc usuwania wad z „torby podręcznej” potrzebna jest Siła potężniejsza niż moja własna – Bóg. Muszę się jednak do Niego zwrócić w pokorze, czyli ze świadomością własnych ograniczeń. Widzieć, czego już sama nie zrobię, gdzie jest granica. I pogodzić się z tym. Poprosić o pomoc to znaczy: nie wysługiwać się. Swoją część – to co naprawdę jestem w stanie – muszę wykonać uczciwie.  


wtorek, 7 lipca 2015

155. 12 Kroków od dna. Sponsorowanie


Mam duży szacunek, a przy okazji sentyment do Meszugowego ujęcia alkoholizmu i Programu 12 Kroków AA (choć dziś już wiem, że to nie jest Program ani ujęcie Meszuge, to po prostu Program AA). Dlatego, że uratowało mi życie. Gdy po 11 latach trzeźwości (hm…) w AA sądziłam, że wiem już wszystko i niestety to wszystko nie działało, a więc nie było dla mnie ratunku, natknęłam się na jego teksty. Nadzieja znowu we mnie wstąpiła… Ale nie tylko z powodów sentymentalnych uważam, że 12 Kroków od dna. Sponsorowanie to ważna książka.


Wydawnictwo WAM, Kraków, czerwiec 2015
Moja przygoda z Meszuge zaczęła się ponad pięć lat temu. Od dwóch lat prowadziłam blog i chciałam sprawdzić, jak robią to inni i czy ja mogę to robić lepiej. Tak naprawdę, prawdę odartą do gołej kości, chciałam znaleźć potwierdzenie, że nikt nie robi tego tak dobrze jak ja (mój egocentryzm buzował jeszcze bez opamiętania). Póki szukałam pobieżnie, trafiałam na jakieś fiu bździu z alkoholem w tytule i faktycznie przekonanie o własnej wspaniałości rosło. Któregoś dnia jednak grzebnęłam głębiej w sieci i natknęłam się na stronę-studnię. Wpadłam w nią na jakieś trzy dni. Czytałam, chłonęłam, z wypiekami na twarzy, pół na pół zazdrości i ogromnej ciekawości. Zazdrościłam, że można o alkoholizmie pisać tak dużo, rzetelnie, interesująco. Ciekawość związana była z zawartością i jakością tych wpisów – nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim ujęciem alkoholizmu! Byłam pod ogromnym wrażeniem. Coś we mnie mocno tąpnęło i wiedziałam, że nie mogę tego puścić. Choć nie miałam pojęcia, że to zdarzenie odmieni moje życie.

*

Książka 12 Kroków od dna. Sponsorowanie. (Wydanie poprawione i rozszerzone. Wydawnictwo WAM, 2015) pojawiła się w dobrym momencie. Wprawdzie od wydania pierwszych 12 Kroków od dna minęły zaledwie cztery lata, ale sytuacja w polskim AA zmieniła się tak dalece, że warto pewne informacje, przemyślenia i opisy skorygować, a inne dopowiedzieć. Wydanie jest rozszerzone o ponad 100 stron: rzut oka na Koncepcje AA i cały blok dotyczący sponsorowania. Również treść publikowana w pierwszej książce uzupełniona jest o dodatkowe przykłady.
O Programie AA mówi się coraz więcej. Nawet na mityngach. Nie, to nie pomyłka ani przejęzyczenie. Alkoholicy, którzy trafili do Wspólnoty AA rok temu i później mogą nie mieć świadomości (bo i skąd?), że mityngi w takim wydaniu jak dziś, na których mówi się o rozwiązaniu, dzieląc doświadczeniem, siłą i nadzieją płynącymi z życia na Programie AA, nie były sprawą powszechną. Program smutków i radości – jak najbardziej. Piciorysy i obryzgiwanie ścian posoką moralnego ekshibicjonizmu – jasne. Ale konkretne rozwiązania alkoholizmu – niekoniecznie. Zatem zmiana jest: coraz więcej mityngów polega na wspieraniu (realnym!) nowicjuszy i zapoznawaniu ich z tym, co AA ma najlepszego – rozwiązaniem alkoholizmu, coraz więcej jest alkoholików i alkoholiczek pracujących na Programie ze sponsorem. Coś, co jeszcze pięć lat temu brzmiało jak bajka o żelaznym wilku dziś jest faktem. Metod pracy na Programie jest wiele, bo sponsorowanie ruszyło w Polsce z impetem. Już są też pierwsze efekty, jak to w początkach każdego zjawiska, które bliższe jest rewolucji niż spokojnym, delikatnym zmianom – różne, miejscami niepokojące. Tym bardziej warto przeczytać, jak to widzą inni. I piszę to nie dlatego, że to właśnie Meszuge widzi (a ja już przyznałam się do pewnego sentymentu), ale dlatego, że słuchając trzeźwych, zdrowych alkoholików z różnych stron świata, z różnych szkół, słyszę bardzo podobne rzeczy. To potwierdza, że nie metoda jest najistotniejsza, a efekty. I że Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy czy też nie pojmujemy, prowadzi nas – w różnych miastach i krajach – do bardzo podobnych odkryć. Jestem przekonana, że zawsze warto zobaczyć, co odkrywają inni. Bo to może zmienić coś istotnego we mnie.
Druga rzecz, która mnie w stiuningowanej książce Meszuge ujęła, to fakt, że postanowił podzielić się z czytelnikiem wykazem błędów, które sam popełnił na drodze zdrowienia. To dla mnie wyższy poziom świadomości – opisywać swoje porażki po to, żeby ktoś mógł ominąć te i podobne pułapki. Przyznać się do sukcesu – o tak, bardzo chętnie. Ale porażka? Tyle że to właśnie z czyjejś przegranej mogę wyciągnąć lekcję dla siebie (bo odkąd Siła Wyższa przywróciła mi zdrowy rozsądek, umiem już to robić), nie muszę osobiście popełniać tych błędów. Dla mnie to szczególnie ciekawe fragmenty książki, bo będąc już kilka lat na Programie (to w AA-owskim slangu znaczy, że zrealizowałam Program AA, czyli 12 Kroków, i od kilku lat wcielam go w życie) wiem, że nadal potrzebuję wskazówek, że ten czas pracy ze sponsorem to była najłatwiejsza część, bo pod nadzorem (opieką), a w dodatku na lekkiej euforii – bo tyle nowych rzeczy się dzieje, udaje się, jest wreszcie dobrze, jak nigdy nie było, z barków opadł ten nieznośny ciężar siebie, można się śmiać i cieszyć życiem, wreszcie. Ale kilka lat później, gdy euforia i radość nieco powszednieją, a życie wymaga banalnego, żmudnego toczenia spraw, hm, przyda się kilka kolejnych wskazówek i ostrzeżeń przed czyhającymi pułapkami. 
Część o sponsorowaniu zawiera wiele sugestii i podpowiedzi nie tylko dla tych, którzy chcą znaleźć sponsora i rozpocząć z nim pracę, ale również dla tych, którzy już sponsorują i chcą to robić lepiej (co dla mnie znaczy – nie chcą szkodzić podopiecznym). Przyznam, że takie treści interesują mnie najbardziej. Dlatego też nie mogę się doczekać drugiej edycji warsztatu sponsorów, o którym w książce wspomina Meszuge.
Jak zwykle u tego autora, mam swoje ulubione kawałki i w pierwszym odruchu chciałam je tu wypunktować, ale… może nie będę jednak odbierać czytelnikom przyjemności samodzielnego tropienia perełek.

Książka Meszuge nie jest w żadnym razie oficjalną wykładnią pracy nad 12 Krokami AA (nawet jeśli AA coś takiego jak oficjalne stanowisko by posiadało, a nie posiada). Widzę w niej wartość innego rodzaju. Chętnie czytuję/słucham opowieści trzeźwych alkoholików – mniej z czasów picia, zdecydowanie chętniej z czasów radzenia sobie z alkoholizmem bez alkoholu, a szczególnie po prostu z życiem, już z rozwiązaniem w ręku. Niekoniecznie dlatego, że czegoś nie wiem. Wiele razy już doświadczyłam pewnego zjawiska: czasem trzeba coś po prostu usłyszeć/przeczytać! Mogłam już z podobną rzeczą zetknąć się, nawet kilka razy, ale w tym właśnie momencie, w tych okolicznościach, w takim kontekście dociera to wreszcie do mnie i pomaga pokonać przeszkodę, przed którą właśnie stoję. Bo już sobie nie roję, że zjadłam wszystkie rozumy.  

sobota, 4 lipca 2015

154. dwanaście kroków instant - 3


Pora na kolejne kroki – pierwsze bardzo konkretne działanie na Programie. Weryfikacja mojej gotowości z Kroku Trzeciego.  

Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.

Gruntowny, bo z całego życia. Odważny, bo bez przemilczeń, tuszowania i przerzucania odpowiedzialności na innych. To wstęp do godzenia się ze sobą samym. Muszę najpierw zobaczyć, co we mnie jest, by później móc coś z tym zrobić. Obwinianie innych, obrażanie się, kolekcjonowanie uraz, strach, wstyd, krzywdzenie innych – to różne sposoby rujnowania relacji (wcześniej to były różne sposoby radzenia sobie z nieprzyjaznym, jak sądziłam, światem). Mam zobaczyć, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu, co mną kierowało, żeby nie robić tego więcej, żeby to nie wady i wynaturzone instynkty mną kierowały, niszcząc kolejne relacje. To również okazja do zweryfikowania, za co naprawdę jestem odpowiedzialna w moim życiu, a co nie jednak nie leżało po mojej stronie.

Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.


Mówią, że tak głęboka jest nasza choroba, jak głębokie są nasze tajemnice – dlatego dobrze dla mnie samej jest ich nie mieć. Powiedzieć prawdę o sobie, przyznać się do siebie, swoich błędów i „wypracowanych” chorych schematów działań. To nie jest wyznanie moich świństw i podłości, ani tym bardziej epatowanie nimi przed tłumami. To klarowne przedstawienie – przynajmniej jednej osobie, w osobistej rozmowie – istoty moich błędów, czyli dojście i powiedzenie dlaczego robię to, co robię, dlaczego wybieram tak, jak wybieram, co we mnie takiego jest, że podejmuję określone decyzje i reaguję w określony sposób. Mogłam tej wiedzy wcześniej nie mieć, zwłaszcza, że usilnie starałam się jej nie mieć, ale po IV Kroku już wiem, już nie da się ukryć i zakłamać. Dobrze, żeby wybrana osoba czy osoby znały istotę alkoholizmu (były alkoholikami), inni mogą nieświadomie mi zaszkodzić, starając się, w dobrej wierze, ale nieumiejętnie podnieść mnie na duchu, mówiąc np.: No co ty, nie jesteś taka zła… V Krok nie jest spowiedzią, jest czymś znacznie szerszym – ma w sobie dodatkowy element – świadomość motoru moich niewłaściwych działań. Niekiedy zresztą istota błędów nie jest tożsama z konkretnymi grzechami. Dlaczego muszę wyznać to przed innym człowiekiem? Bo tylko wtedy przestaję być oddzielna, tajemnice (choć tak naprawdę chodzi o prawdę o sobie, to nie muszą być nie wiadomo jakie sekrety) przestają mnie oddzielać od innych.  

niedziela, 21 czerwca 2015

153. Bob D. w Bełchatowie


Kilka miesięcy temu natknęłam się na informację o przyjeździe do Polski jakiegoś weterana z Ameryki. Nie jestem przesadnie zaangażowaną turystką aowską, zaliczającą wszelkie możliwe warsztaty i spikerki (poza wszystkim innym, jest ich ostatnio zbyt wiele, by to było realne), ale w tym wypadku od razu wyczułam, że to rzecz warta uwagi. Postanowiłam, że jadę! Takie okazje nie zdarzają się często. W Polsce nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nie pomyliłam się – było cholernie warto!

Świetny mówca (widoczne bliskie związki z Chuckiem C., którego Big Book Study wprost uwielbiam i wciąż mam nadzieję, że ktoś – może nawet obecny właściciel licencji, który się ogarnie i poprawi robotę – wreszcie przetłumaczy Nową parę okularów po ludzku), z gigantycznym doświadczeniem w trzeźwieniu, sponsorowaniu i przekazywaniu tego dalej, mówiący bardzo prostym językiem, w wyjątkowo zrozumiały, ale też przyciągający sposób. To sztuka mówić tak prosto o tak skomplikowanych sprawach.
Warsztaty były przygotowane bardzo dobrze (poza małą wpadką z tłumaczeniem, co szczęśliwie udało się dość szybko naprawić i uratować sprawę, bo widziałam, że po pierwszej części osoby z żadną lub minimalną znajomością angielskiego, zdane tylko na tłumacza, były sfrustrowane i zniechęcone – słyszałam, że dla nich to było nudne i nijakie – bo też znikał cały, niemały, dowcip i głębia wypowiedzi Boba D.), a to niełatwa rzecz – zorganizować coś dla kilkuset osób.

Początkowo chciałam napisać kilka zdań, które mnie poruszyły i które sobie zanotowałam, ale to tak gigantyczny materiał, że… nie wiem, czy bym podołała. Na szczęście spikerka Boba D. jest już do posłuchania: tutaj. (Swoją drogą, super robota i pomysł, i wdzięczna jestem osobie, która umożliwiła odsłuchanie tych warsztatów, bo choć sama tam byłam, widziałam i słyszałam, to wiem, że będę słuchać tego jeszcze nie raz – zbyt wiele było tam istotnych rzeczy, a ludzka percepcja ma swoje granice).

*

Te warsztaty miały dla mnie dodatkową wartość – spotkać tak wielu alkoholików pragnących być lepszymi ludźmi (bo wstać o świcie i jechać kilka godzin po to, by przez następne kilka siedzieć w duchocie i słuchać jakiegoś starego pijaka, zamiast się wyspać i miło spędzić sobotę na grillu z kumplami to jednak jest wyraz tego pragnienia), którzy odnoszą się do siebie z tak dużą serdecznością i cieszą się, że są w takim miejscu, razem, to jest mocne przeżycie. Nie cierpię ocierać się o ckliwość, ale to mnie wypełniło czymś… bardzo dobrym, co już procentuje, bo jestem od wczoraj jakoś przyjaźniej nastawiona do otoczenia. Cieszę się, że było tam wiele, naprawdę wiele osób, które znam. Cieszę się, bo to znaczy, że mam wokół siebie ludzi, którym się chce, którzy chcą zmieniać swoje życie i oddawać światu lepszą cząstkę siebie. Zastanowiło mnie jedno: nie spotkałam na tych warsztatach weteranów z AA. Nie spotkałam alkoholików, którzy byli w AA, gdy ja przyszłam i uczyli mnie, jak powinno się trzeźwieć i na czym podobno AA polega. Dziś nadal upierają się, że wiedzą lepiej i są w tym samym miejscu, co piętnaście, dziesięć lat temu. Bob D. powiedział: Jeśli sądzisz, że wiesz, niczego się już nie możesz nauczyć. Jeśli przyznajesz, że nie wiesz, świat otwiera się i daje ci odpowiedzi
Zapisałam to sobie, bo bardzo pilnuję, żeby mi się nie zaczęło wydawać, że już jestem taka mądra, że wszystko wiem, że niczego nie mogę się już nauczyć. Bo bardzo prawdopodobne, że ten moment będzie początkiem mojego końca. A życie za bardzo zaczęło mi się podobać, żebym chciała szybko kończyć…


wtorek, 16 czerwca 2015

152. dwanaście kroków instant – 2

Pierwszy odcinek dwunastu kroków instant miał zawierać trzy pierwsze kroki AA. Ale zatrzymałam się wtedy na Kroku Trzecim, bo nagle zdałam sobie sprawę, że od czasu napisania go (w wersji skompaktowanej), zdarzyło się parę rzeczy, które zmieniły nieco moje myślenie. Spotkałam kilka osób, których doświadczenie z tym konkretnym Krokiem było odmienne od mojego. I właśnie dzięki tym spotkaniom musiałam jeszcze raz sprawę przemyśleć. (Ciekawe, kiedyś napisałabym: przez te spotkania musiałam… no, wiadomo, roboty mi dołożyły, to wszystko przez nie!

Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.


Skoro nie mam siły (vide Krok Pierwszy) – potrzebuję jej z zewnątrz. Skoro nie kieruję i nie jestem w stanie sensownie pokierować własnym życiem – potrzebuję wskazówek. Wciąż mogę mieć problem z oddaniem się, zaufaniem jakiejś zewnętrznej Sile. Pomocna może okazać się odpowiedź na pytanie: Wierzę w Boga? A czy wierzę Bogu?
Jeśli wierzę, że Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, mówi przez innych ludzi, np. sponsora, innych alkoholików – może zaczęłabym ich słuchać? I robić to, co radzą. Szczególnie jeśli wierzę (albo chociaż mam nadzieję) w uzdrawiającą moc Programu AA. Powierzenie woli to coś w rodzaju: Boże spraw, żeby mi się chciało robić właściwe rzeczy… Ale zaraz potem mam te rzeczy – czyli to, co do mnie należy, np.: codzienne sugestie i Krok 4, również obowiązki w pracy, rodzinie – robić!
To najwyższa pora, bym przestała odgrywać rolę Głównego Reżysera. Kluczem jest podporządkowanie się, czyli wyzbycie samowoli, bo to ona mnie zabija.

A co, jeśli nie wierzę w żadnego Boga, ani nawet jakiś większy porządek, Los, Kosmos, prawa natury? Na pomoc może mi przyjść metoda: tak, jakby. Krok Trzeci mówi o postanowieniu. A zatem, postanawiam, że powierzę moje życie i wolę Sile Wyższej, większej niż moja własna (Naturze, Prawom Kosmosu, Losowi), tak jakbym w nią wierzyła. I również zabieram się do robienia tego, co do mnie należy. Na tym etapie to wystarczy. 


czwartek, 11 czerwca 2015

151. ja i mistrz







Całe życie o tym marzyłam. O tej eksplozji szczęścia i spełnienia, która zawiera się między 2:08 a 2:45 tego filmiku. Szukałam tego odkąd pamiętam, próbowałam wyrwać dla siebie, uskubać chociaż. Głupio, nieumiejętnie. Nie tam, gdzie to było możliwe. Pakowałam się przy okazji w tarapaty albo zwyczajnie beznadziejne historie. Tak bardzo potrzebowałam Mistrza (wiem, wiem, że tatuś, nie trzeba mi robić amatorskiej psychoanalizy, sama jestem w tym świetna). Tak łatwo trafiałam na nędzne podróby. Właśnie sobie uświadomiłam, że kolejne drzwi z hukiem zatrzasnęły mi się przed nosem. Już dawno się zatrzasnęły – Mistrzowie należą się młodym dziewczynom, a nie starym babom. Jeszcze jakiś czas mogłam udawać, naciągnąć czas i rzeczywistość, gówniarski wygląd i zachowanie pomagały oszukać ludzi. Koło 30. jeszcze się sprawdzało, teraz bez szans, żal próbować, nie ma co się ośmieszać. No, więc pora pożegnać się z marzeniem, że kiedyś ktoś (mądry, wspaniały i męski koniecznie) powie: Jesteś niezwykła, mały geniusz, nie spotkałem nigdy kogoś takiego! No, do starej baby trudno powiedzieć: mały geniusz. Nawet w potężnym ataku desperacji wyczułabym fałsz.

Niejedno już przełknęłam, niejedno wstrętne i gorzkie. Mam wprawę. Ale tak sobie myślę… każdy wiek i stan musi mieć swoje marchewki. Starym babom, takim koło 40. chyba też się przytrafiają jakieś wisienki na torcie? Muszą chyba, nie? Jak byście mieli jakąś wiedzę, obserwacje lub doświadczenie, to poproszę.


wtorek, 2 czerwca 2015

150. dwanaście kroków instant – 1


Parę lat po zrobieniu Programu z przewodnikiem (po AA-owsku ze sponsorem), po kilku turnusach czy sezonach (jak czasem pozwalam sobie żartobliwie to określić) pracy z podopiecznymi, zatrzymałam się dla nabrania oddechu i zastanowienia, czy idę w dobrym kierunku, czy to, co robię i jak robię przynosi zadowalające efekty, a nade wszystko, czy mogę zrobić coś, żeby innym – przyszłym podopiecznym – było lepiej, znaczy: efektywniej.
Wpadłam na świetny pomysł (za który pukałam się potem w głowę, bo kto to widział samemu prosić się o robotę?) i poprosiłam mojego przewodnika po Programie AA, żebyśmy przyjrzeli się raz jeszcze konkretnym sposobom pracy z podopiecznymi. Przez kilka lat nazbierało się w końcu trochę doświadczeń, niektóre metody okazały się mniej skuteczne niż inne, a zawsze warto mieć otwartą głowę, bo może jakiś zdawałoby się naiwny pomysł pomoże komuś bardziej niż jakiś na oko super mądry. Było zresztą tak, że przez kolejne sezony nabywałam doświadczenia, a najwięcej nauczyłam się wcale nie na przypadkach miłych, łatwych i przyjemnych (koloryzuję oczywiście – wśród alkoholików nie ma takich), tylko trudnych, bolesnych i druzgoczących moje ego i dobre samopoczucie. Tak, te najgorsze okazały się… może nie najlepsze, ale na pewno najcenniejsze.
Tak więc stanęłam przed zadaniem takiego spojrzenia na 12 Kroków AA, by w jak najprostszy i najbardziej skoncentrowany sposób wyrazić ich istotę. W ten sposób powstało 12 Kroków instant. Oto pierwsze dwa.


Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu – że nasze życia stały się niekierowalne.


Po pierwsze, muszę zidentyfikować problem – realny, czyli że straciłam kontrolę w odniesieniu do spożywania alkoholu (a nie, że mąż, dziecko, kochanek, szef, rodzice…). Muszę przyznać, że to ja mam ten problem, i zobaczyć, że polega on nie tyle na nadmiernym i niekontrolowanym spożyciu alkoholu (to tylko symptom), co na braku siły (duchowej), żeby się oprzeć, żeby przestać, żeby nie walczyć, z nadzieją, że może tym razem się uda. W odniesieniu do alkoholu nigdy nie odzyskam tej siły, nie zapanuję nad nim. Ponieważ mój organizm – biologicznie – różni się od organizmu ludzi, którzy uzależnieni nie są i nigdy się nie uzależnią.
Z powodu picia, ale prawdopodobnie nie tylko tego, utraciłam możliwość sensownego zarządzania własnym życiem. Nawet jeśli miałam dobry pomysł – nie byłam w stanie go zrealizować z powodu braku siły duchowej. Często jednak nie miałam dobrych pomysłów, tylko pijane. Może zatem przestałabym się wreszcie upierać, że wiem lepiej (dowody w postaci konkretnych faktów z mojego życia są druzgoczące), że sama to zrobię, muszę się tylko bardziej postarać. Mam się wreszcie poddać – skoro nie mam ani pomysłu jak wyjść z impasu, ani siły, żeby cokolwiek sensownego zrobić – może bym zdała się na pomoc innych, którzy wiedzą.

Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek.


Pijane myślenie to coś, co mam w głowie nie tylko w czasie picia, ale i po odstawieniu alkoholu. To, czego potrzebuję, by zacząć podejmować zdrowe i dobre decyzje, to właśnie zdrowy rozsądek, trzeźwe myślenie. Sama z siebie nie jestem w stanie przestawić się na takie myślenie – nie mam siły, jestem przecież bezsilna, już wiem, że nie tylko wobec alkoholu, ale wobec wielu aspektów życia, również wobec moich pomysłów. Nie mówiąc już o tym, że nie mam pojęcia, co to jest trzeźwe myślenie – muszę się tego dopiero nauczyć. Potrzebuję jakiejś Siły, większej niż moja własna, bo moje pomysły się nie sprawdziły, a nawet wtedy, gdy pomysł był dobry, ja nie miałam siły go wdrożyć w życie. Muszę tylko uwierzyć, że jest taka Siła i że zechce mi pomóc. Jeśli pomogła tylu innym – a patrząc na alkoholików z AA widzę wiele takich przykładów – to jest szansa, że pomoże również mi. To nie musi być jakaś konkretna Siła, która do tej pory kojarzyła mi się z Bogiem (zwłaszcza, że jako alkoholiczka mam raczej wypaczony obraz Boga i nie po drodze z Nim), bo duchowość Programu AA to nie jest religia, nie o nią tu chodzi. Na tym etapie wystarczy, żebym odpowiedziała sobie na pytanie: Czy jestem skłonna przyjąć, że jest na tym świecie jakaś Siła potężniejsza niż moja własna, jakaś moc ponad moje problemy?



niedziela, 24 maja 2015

149. jak to drzewiej bywało…

Zawsze lubiłam słuchać o dawnych czasach. Jako dziecko przepytywałam babcie z ich życia (A jakie wtedy były zabawki? Też nosiłaś warkoczyki?) i chłonęłam wszystkie opowieści o tym, czego już nie ma i dlatego trochę trudno było to sobie wyobrazić. Przez lata sądziłam, że fatalnym zrządzeniem losu trafiłam w niewłaściwą epokę. Bo to, co teraz było takie zwykłe, nieciekawe, za to tamto, co kiedyś… 
Pierwszy raz pomyślałam, że wszystko chyba było tak samo, snując się – zmęczona upałem i odległościami – po pompejskich uliczkach. Że po tych domach, wykopanych spod zwałów popiołu, krzątali się ludzie, którzy mieli takie same, jak nasze współczesne, pragnienia, nadzieje, lęki… I z tymi pragnieniami, nadziejami i lękami zastygli pod popiołem i lawą na zawsze. A może to bujda na resorach i moje rojenia? Mniejsza z tym, zwłaszcza że nie o starożytności chciałam. 

Ciekawi mnie, co było kiedyś, bo oczywiste, że z tego wiele można się nauczyć, wykorzystać doświadczenie, nie popełniać błędów. Lubię też, gdy coś, czego już nie ma ożywa, choć na chwilę, nabiera kształtów i barw. Taka mała porcja magii. Ciekawi mnie zwłaszcza w odniesieniu do moich pasji czy innych koników. Ostatnio usłyszałam kilka anegdot z początków AA w Warszawie. Opowiadali weterani (coraz bardziej mnie bawi to słowo i rośnie ciekawość, od kiedy zaczyna się weteraństwo), niektórzy wcale na weteranów nie wyglądali, ale też te początki nie są aż tak strasznie odległe. Jedna anegdota na przykład była o tym, jak się mówiło alkoholikom, a raczej jeszcze pijakom, którzy dopiero mieli stać się potencjalnymi anonimowymi alkoholikami, czym to całe AA w ogóle jest. Jak ktoś był wierzący, to było prościej. Mówiło się o Bogu i jakoś szło. Gorzej z pozostałymi. Wtedy padało pytanie: A jakie dżinsy wolisz, Odry z Opola czy amerykańskie. No, jasne, że amerykańskie! No, bo widzisz, to AA to właśnie jest z Ameryki…  

Albo taka: Jeden z naszych maluje mieszkanie, dzwoni telefon, właściciela mieszkania nie ma, więc malarz odbiera. 
                            – Czy to mieszkanie tego i tego? 
                            – Tak. 
                            – A jest? 
                            – Nie ma. 
                            – To kto mówi? 
                            – Malarz. 
                            – A czy ten malarz ma na imię X.? 
                            – Tak. 
                            – Aha. Tu Z., słuchaj, zapisz sobie numer lotu, przyleci tam do was z Ameryki alkoholik, 
                               facet, który chodził po księżycu, trzeba go odebrać z Okęcia…
                            – Ale człowieku…

Przyleciał. Buzz Aldrin. Jego kumpel z Apollo, Neil Armstrong, nie miał tyle szczęścia, żeby zostać alkoholikiem, wylądował w psychiatryku. 

*

I właśnie dlatego to lubię.








środa, 13 maja 2015

148. wyłączność celu AA

Od pewnego czasu w AA w moim mieście (a tak naprawdę w AA w moim kraju) sporo nowego się dzieje. Zrobił się ruch, ożywczy prąd powiał. Minęło kilkanaście do kilkudziesięciu miesięcy i pojawiły się pierwsze efekty tych zmian. Właściwie nic nowego, w AA nie ma już nic nowego, wszystko było, chyba wszystkie błędy popełnione. Niestety, wygląda na to, że każda wspólnota, w każdym kraju, musi popełniać swoje błędy samodzielnie, od początku. Jak z dziećmi – na własnych błędach muszą, „mówiła matka, mówiła babka” nie działa. Widać taka nasza natura, niech i tak będzie. Na szczęście gdzieś indziej już przez to przechodzili, mogą się podzielić doświadczeniem. Więc przyjechali się dzielić. Alkoholicy z Bełchatowa i Londynu. I z różnych zakątków Polski też – posłuchać i opowiedzieć. Przyjechali na świetnie zorganizowane przez grupy Patryk i Jestem odpowiedzialny warsztaty Wyłączność celu w AA: w historii, Tradycjach i dniu dzisiejszym Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

*

Bo jak pojawiło się trochę nowego, świeżego, to i mityngi zaczęły się otwierać. I to było fajne i w porządku. Ale jak zaczęły się otwierać to tu i ówdzie sporo osób spoza AA, z innymi niż alkoholizm problemami zaczęło przychodzić. I jeszcze też było OK. Jak zaczęli przychodzić i mile byli witani, i czuli się jak u siebie, to zaczęli też zabierać głos, a potem nawet do służb się zgłaszać. Niealkoholicy na grupach AA. I wtedy trochę zaczęło się robić kłopotliwie. Ale niby dlaczego, jeśli nie ma żadnego chętnego alkoholika do zabrania głosu, to komu przeszkadza, że się Al-Anonka odezwie albo cztery? Jak nie ma odpowiedzialnych alkoholików w grupie to może jakiś bardziej odpowiedzialny albo zwyczajnie chętny do pomocy DDA czy hazardzista się nada i komu to zaszkodzi? No, i przecież nie wyrzucimy, bo jesteśmy od pomagania! I właściwie to dlaczego niby mielibyśmy wyrzucać? Kto nas upoważnił? A jak przychodzą alkoholicy, którzy do tego alkoholizmu mają doklejonych jeszcze ileś tam innych izmów to niby czemu mają to trzymać w tajemnicy? To trzeba mówić! Bo tak głęboka jest twoja choroba, jak głębokie są twoje tajemnice…
I wtedy ktoś przeczytał: Byłoby objawem pychy uważać, że Wspólnota Anonimowych Alkoholików jest lekarstwem na wszystko, nawet na alkoholizm. Oraz: Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego.*

Jest wiele programów dwunastokrokowych, zainspirowanych Programem 12 Kroków AA. Warto jednak mieć świadomość, że Program AA, Programy AN, AH, SLAA, DDA, nawet Al-Anon, jedynej siostrzanej wspólnoty AA, to nie są te same programy! Niektórzy uważają, że chodzi o to samo i tak samo. O pustkę przecież, co potrzebuje się wypełnić. Obawiam się, że jednak niekoniecznie. Ale nie moje prywatne zdanie jest tu ważne. Ważne są konkretne realia – czy ja jestem w stanie porozumieć się z hazardzistą, depresantem, lekomanem? Przykro mi, ale mimo najszczerszych chęci jedynie do pewnego stopnia i to naprawdę nie ze wszystkimi. Nawet w kwestii współuzależnienia, którego miałam nieszczęście skosztować, mogę złapać wspólne płaszczyzny tylko do pewnych granic, mimo że zaliczyłam diagnozy: DDA i współuzależnienie, a nawet uczestniczyłam w terapiach i mityngach w tych dwóch obszarach. Całości, czystego współuzależnienia nie rozumiem. Bo poza DDA jestem po prostu alkoholiczką.
I tu pojawił się realny i jak dla mnie mocny argument na trzymanie się jednego celu, zawartego w Piątej Tradycji AA – żeby zaczął się proces zdrowienia potrzebna jest identyfikacja. Dlaczego zostałam we wspólnocie AA? Bo na mityngu byli ludzie tacy sami jak ja. Mimo pewnych różnic czułam, że mamy to samo!
Żeby ruszyć z trzeźwieniem, żeby uwierzyć, że jest jakaś szansa, muszę zobaczyć na mityngu AA trzeźwych ludzi, którzy mówią z sensem, normalnie wyglądają, są spokojni i uśmiechnięci, a przy tym przedstawiają się jako alkoholicy i opowiadają o zdarzeniach i stanach, w których i ja byłam, a nawet wciąż jestem lub bywam, opowiadają też o tym, jak z tych stanów wyszli. Trudno będzie mi zidentyfikować się z kimś, kto mówi o wymiotowaniu po zjedzeniu pięciu bochenków chleba albo czyszczeniu karty kredytowej na cztery kolejne pary kozaczków w tym tygodniu. Bo to mnie nie dotyczy. Mało tego, jeśli słyszę, że tak wygląda alkoholizm – jestem przecież na mityngu AA – to w żaden sposób nie przykleję się do miejsca i ludzi stąd, bo wymiotowałam, owszem, ale wyłącznie po wódce, chleb lubię, zwłaszcza świeżutki, ciepły jeszcze z masłem i solą, ale nawet takiego nie jestem w stanie zjeść więcej niż pół. I w życiu nie miałam karty kredytowej. Nawet jeśli osoba wymiotująca i czyszcząca kartę kredytową przedstawi się również jako alkoholik – nic tu po mnie, to nie dla mnie, ja jestem inna, spadam! Może tylko w otchłań rozpaczy spadam, skoro nie ma dla mnie nadziei, ale jednak. A chyba nie taki jest sens istnienia grup AA.
Jeśli jesteś z tych farciarzy, co to mają uzależnień na pęczki, to mimo wszystko może na mityngu AA bądź zwyczajnym alkoholikiem, takim samym jak reszta, takim samym, jak ten nowy, który przyjdzie i potrzebuje zobaczyć takich samych jak on? Na swoim spotkaniu DDA będziesz dorosłym dzieckiem alkoholika, na swoim mityngu AH będziesz hazardzistą, a na AN – narkomanem. Jak dla mnie to ma sens. Choć mam przy okazji poczucie, że ci, którzy byli na warsztatach w większości już o tym wiedzieli i do tego się stosują, bo rozumieją. Szkoda, że nie było tych pozostałych, którzy prezentują uzależnienia wachlarzowe (to chyba trafniejsze określenie niż uzależnienia krzyżowe, tym bardziej, że „krzyżowe” znaczy w rzeczywistości coś całkiem innego, niż się potocznie sądzi, ale używanie pojęć w błędnym znaczeniu to rzecz dość powszechna, nie tylko w AA). To zresztą zawsze jest ciekawe – ci nieobecni. To wiele mówi o nich samych i ich stosunku do tematu. Ale to dygresja na całkiem inną okazję…
Przekonuje mnie, że zdrowienie rozpoczyna się gdy jeden alkoholik rozmawia z innym alkoholikiem. Kropka. Przekonuje mnie nie na głowę, ja to sprawdziłam. Nie raz, wiele razy.

Ale żeby była jasność: to nie znaczy, że osoby z innymi niż alkoholizm uzależnieniami czy komplikacjami – które zresztą prywatnie bardzo lubię (osoby, nie komplikacje!) i chętnie z nimi rozmawiam – nie powinny mieć wstępu na teren wspólnoty AA. Bynajmniej! Różnorodność jest cenna i rozwijająca, choć bywa, że rodzi strach. Warto jednak wiedzieć, po co się przychodzi i co można uzyskać, a co jest zwyczajnie nierealne, a czasami wręcz szkodliwe. Bo oczywiście, można wszystko, ale nie wszystko jest pożyteczne.

* Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość, str. 302.

czwartek, 30 kwietnia 2015

147. szczyt intymności

Czasem, trochę niechcący, wypuszczę słowo Bóg i naprawdę nie wiem potem, co z tym zrobić. Po czasie, gdy już się zorientuję, że posunęłam się za daleko. Że wywołałam coś. A przecież nie chciałam. Bo z tym wywołanym też nie wiem, co robić. Zawstydza mnie, że mogę być opacznie zrozumiana. Tłumaczenie się w tych kwestiach uważam za tym bardziej deprymujące, więc odpada. 
W pewnej rozmowie padło kiedyś zdanie: Mówienie o Bogu i wierze jest bardziej intymne niż o seksie. Spodobało mi się, zaintrygowało. Nie było prawdziwe. W odniesieniu do mnie. Do tamtej mnie. Wtedy nie umiałam nawet o seksie i bliskości. Odkąd jednak nie powtarzam lukrowanych fraz albo choćby mądrych i suchych, ale nie moich, nie przetrawionych, cudzych przekonań, tylko naprawdę coś sądzę, bo myślę i rozważam, czuję, że to zdanie jest coraz prawdziwsze. 
Mówienie o Bogu jest jak pisanie wierszy. Prawdziwe pisanie prawdziwych wierszy. Poezji, znaczy się. A ja z poezji nie jestem najlepsza. Nawet w okresach największych uniesień, durnej młodości buzującej hormonami pisanie wierszy było bardzo ryzykowne. Wino, namiętność i naiwność były w stanie zamaskować leciutki wstyd ocierania się o kicz. Zwłaszcza, że obiekty tych namiętności zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pamięć, nie mogąc za nimi nadążyć, odpuszczała i gubiła dowody. Dziś już nic tej nieporadności zamaskować nie może. Więc może zamilknę, żeby się nie pogrążać.  

niedziela, 26 kwietnia 2015

146. nie zawsze się chce

Rano zaczęłam przymierzać się do wpisu o tym, jak to jest za szybą. Za brudną szybą. Bo wiadomo, bywają czasem dni, których wcale nie powinno być. Chciało by się je przespać, przekręcić zegarek do przodu albo zastosować jakiś inny trick, jak większość nierealny i nieskuteczny, ale w fantazjach wszystkie chwyty dozwolone. Tyle że właśnie po kilku dniach pobytu za taką szybą zaczęłam zza niej wychodzić – akurat teraz, w tej chwili – i już prawie nie pamiętam, co miałam zamiar napisać rano. I cieszę się bardzo, bo ten stan bywa naprawdę podły i bardzo nie polecam, i trochę boleję, bo chciałam wpis dokończyć, a tu nagle nie mam nic do powiedzenia. Rozpacz, wiadomo, bardziej jest romantyczna i widowiskowa. Można pisać i pisać, o ile rzecz jasna jest się w stanie zwlec z łóżka albo z siebie. A o takim dobrym stanie to co właściwie pisać? To nudy są i kicz. Ale chociaż – jakiś pożytek będzie – napiszę, co zrobiłam (bo może to nie tylko zjazd hormonów był, ale i konkretne działanie pomogło).
Poszłam na dywanik do Pana Boga i się przyznałam, że sobie rady już nie daję ze sobą. Że bardzo przepraszam, iż w ogóle mam takie myśli i odczucia, ale wcale mi się nie podoba, że nie mam kasy i muszę się bać o jutro (no dobra, o jutro może nie, ale o czerwiec to już bardzo realnie, wyprostowałam – w końcu ma wgląd we mnie to i w moje konto pewnie też). I jeszcze – ciągnęłam – mi się nie podoba, że sobie nie mogę kupić nowych butów, a na stare już patrzeć nie mogę, wiosna przyszła, dziewczyny chodzą pięknie ubrane, a ja w starych łachach. Ja wiem, że nie szata etc., ale może bez przesady. I że komputer zaczyna szwankować, a na nowy to nawet pół cienia szansy nie ma, a przecież On chyba wie czym ja zarabiam na życie, więc bez jaj. I jeszcze, że najmocniej przepraszam, ale nabrałam na łeb tyle rzeczy, że płakać mi się chce, również ze strachu, że zawalę, a przecież ja nie mogę zawalić, a wzięłam to wszystko na siebie w ramach walki z lenistwem, bo ono też przesadza i odziera mnie ze wspaniałych owoców tych wszystkich szans, które dostaję. Chcę je wykorzystać, a lenistwo nieugięte. A może wcale nie lenistwo, tylko te ograniczenia, z którymi to ponoć miałam się pogodzić, uprzednio je zauważając. No, to jeszcze się z nimi nie pogodziłam. Bo nawet jeszcze nie rozgryzłam, czy to faktyczne ograniczenia czy też ordynarne wady. I wreszcie, na sam koniec, poprosiłam grzecznie, żeby może jednak coś zrobić ze mną i tą szybą, bo tak długo nie pociągnę.
Jak zeszłam z tego dywanika, to akurat trzeba było komuś trochę czasu poświęcić i porozmawiać z nim sensownie. Skupić się. Ileż to siły nagle napłynęło po tym poświęcaniu czasu i skupieniu!
Potem jeszcze zaufanej osobie opowiedziałam o tych strachach, wypuściłam je z szafy i zrobiło się jakby trochę luźniej, spokojniej, lżej.
Wykonałam dwie czynności z długaśnej listy spraw, które wzięłam sobie radośnie na głowę, a one wdzięcznie mnie przygniotły.

I przez to wszystko nie mogę się teraz uczciwie poużalać nad losem biednym swym. Nie mogę napisać porządnego tekstu o przygnębieniu, beznadziei i szarości. Trudno. Może uda się następnym razem…