niedziela, 24 maja 2015

149. jak to drzewiej bywało…

Zawsze lubiłam słuchać o dawnych czasach. Jako dziecko przepytywałam babcie z ich życia (A jakie wtedy były zabawki? Też nosiłaś warkoczyki?) i chłonęłam wszystkie opowieści o tym, czego już nie ma i dlatego trochę trudno było to sobie wyobrazić. Przez lata sądziłam, że fatalnym zrządzeniem losu trafiłam w niewłaściwą epokę. Bo to, co teraz było takie zwykłe, nieciekawe, za to tamto, co kiedyś… 
Pierwszy raz pomyślałam, że wszystko chyba było tak samo, snując się – zmęczona upałem i odległościami – po pompejskich uliczkach. Że po tych domach, wykopanych spod zwałów popiołu, krzątali się ludzie, którzy mieli takie same, jak nasze współczesne, pragnienia, nadzieje, lęki… I z tymi pragnieniami, nadziejami i lękami zastygli pod popiołem i lawą na zawsze. A może to bujda na resorach i moje rojenia? Mniejsza z tym, zwłaszcza że nie o starożytności chciałam. 

Ciekawi mnie, co było kiedyś, bo oczywiste, że z tego wiele można się nauczyć, wykorzystać doświadczenie, nie popełniać błędów. Lubię też, gdy coś, czego już nie ma ożywa, choć na chwilę, nabiera kształtów i barw. Taka mała porcja magii. Ciekawi mnie zwłaszcza w odniesieniu do moich pasji czy innych koników. Ostatnio usłyszałam kilka anegdot z początków AA w Warszawie. Opowiadali weterani (coraz bardziej mnie bawi to słowo i rośnie ciekawość, od kiedy zaczyna się weteraństwo), niektórzy wcale na weteranów nie wyglądali, ale też te początki nie są aż tak strasznie odległe. Jedna anegdota na przykład była o tym, jak się mówiło alkoholikom, a raczej jeszcze pijakom, którzy dopiero mieli stać się potencjalnymi anonimowymi alkoholikami, czym to całe AA w ogóle jest. Jak ktoś był wierzący, to było prościej. Mówiło się o Bogu i jakoś szło. Gorzej z pozostałymi. Wtedy padało pytanie: A jakie dżinsy wolisz, Odry z Opola czy amerykańskie. No, jasne, że amerykańskie! No, bo widzisz, to AA to właśnie jest z Ameryki…  

Albo taka: Jeden z naszych maluje mieszkanie, dzwoni telefon, właściciela mieszkania nie ma, więc malarz odbiera. 
                            – Czy to mieszkanie tego i tego? 
                            – Tak. 
                            – A jest? 
                            – Nie ma. 
                            – To kto mówi? 
                            – Malarz. 
                            – A czy ten malarz ma na imię X.? 
                            – Tak. 
                            – Aha. Tu Z., słuchaj, zapisz sobie numer lotu, przyleci tam do was z Ameryki alkoholik, 
                               facet, który chodził po księżycu, trzeba go odebrać z Okęcia…
                            – Ale człowieku…

Przyleciał. Buzz Aldrin. Jego kumpel z Apollo, Neil Armstrong, nie miał tyle szczęścia, żeby zostać alkoholikiem, wylądował w psychiatryku. 

*

I właśnie dlatego to lubię.








1 komentarz:

  1. Biuro Anonimowych Alkoholików w Nowym Jorku – oczywiście na długo przed powstaniem GSO. Zjawiło się kilku reporterów, żeby napisać o AA. Rozmawiają z sekretarką Billa, wypytują, starają się zrozumieć, notują… Jeden z nich pyta, czy nie mogliby się spotkać z jakimś weteranem, z kimś, kto zna i pamięta początki – na to Ruth odpowiada: właśnie tam, w kącie na kanapie śpi sam Ebby T., ale jest w sztok pijany.

    OdpowiedzUsuń