Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mityng AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mityng AA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2013

096. pijackie tourne


Jakiś czas temu odbyłam pijackie tourne. Wiem, brzmi dwuznacznie, ale chodzi o jak najbardziej prozdrowotną, czyli z punktu widzenia wyczulonych na „te tematy” oczu i uszu niewinną podróż z alkoholikami, do alkoholików i w sprawach trzeźwościowych (że posłużę się tym mało zgrabnym żargonowym określeniem). Podróż była intensywna – trzy miasta – wysiłek w „dziele” jeszcze bardziej. Echa odzywają się we mnie do dziś, powoli, przetrawia się doświadczenie i informacje. Znowu w moim życiu potwierdza się to, że po naukę – jakąkolwiek – muszę wyjechać, ruszyć się z mojego wygrzanego, umoszczonego wygodnie miejsca. Podobne do już słyszanych, niekiedy wielokrotnie, treści jakoś są bardziej słyszalne z całkiem obcych ust.

*
Byłam na mityngu na peronie PKP, w knajpie i w pofabrycznym niby-biurowcu. Do piwnic czy kościelnych albo klasztornych katakumb już zdążyłam przywyknąć, podobnie jak do sal w szpitalach, ośrodkach terapeutycznych czy pomocy społecznej. Te nowoczesne rozwiązania bardzo mi się podobają, choć jak sądzę nie mają większego wpływu na przekazywane na spotkaniach treści. Aczkolwiek mogą mieć jedną niepodważalną przewagę nad pomieszczeniami kościelnymi, zwłaszcza w „naszym katolickim kraju”, w którym znaleźć alkoholika o pozytywnym czy choć neutralnym stosunku do Kościoła jest zadaniem niełatwym – właśnie neutralność.

*
Wystarczyły dwa tygodnie, żebym prawie zapomniała o wyjazdowym wyczerpaniu i zapragnęła znowu jakiegoś ruchu. I nie chodzi wcale o ruch na zewnątrz. Otarłam się tam o realną wspólnotę i bardzo mi jej brakuje. I wiem, jak jest cenna i pomocna. I chcę ją taką mieć u siebie, na miejscu. Zadziwiające, że wcale nie jest o nią trudno. Wystarczy tylko… zrobić pierwszy krok, podjąć wysiłek i odezwać się do kogoś. Wyjść z domu, sprzed komputera. Telefon komórkowy potraktować wyłącznie jako narzędzie do umówienia żywego spotkania. Bo wspólnota jest w realu, wtedy gdy jeden alkoholik, jeden człowiek rozmawia z drugim. Siedząc obok, patrząc na niego, czując go.

piątek, 1 października 2010

040. zadość uczynić


Na początku września ruszył temat dziewiątego kroku. Aż dymiło. Kłębiło się i kłębiło, gdzieś tak do połowy miesiąca, a potem nagle ucichło, jak nożem odciął. A ja dalej myślałam, aż wymyśliłam. Coś nowego we mnie. W samą porę, bo wrzesień już się kończy. Najpierw było mi trochę nieswojo, bo od lat nie wracałam do tych spraw, nie odgrzebywałam na nowo niechlubnej przeszłości – przed sobą ani przed nikim. Zdaje się, że gdzieś w okolicach drugiego czy trzeciego roku niepicia wpadłam nagle w ciąg zadośćuczyniania (w moim ówczesnym pojęciu), wyjaśniania i przepraszania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci próba rozmowy z byłym mężem. Nieudana, bo nie chciał rozmawiać (dziś się z tego cieszę, bo nie mam pojęcia, jak jeszcze bardziej mogłam go skrzywdzić moją tyradą i wyjaśnieniami). Na jednym z niedawnych mityngów kręciłam się niespokojnie, bo moje nic na ten temat nie dawało mi spokoju. Wtedy spojrzałam na tablice z krokami. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, o ile nie zraniłoby to ich lub innych. Ani słowa o przepraszaniu. Ani słowa o mówieniu czegokolwiek, o wracaniu do tego (zwłaszcza, gdy mogłoby zranić). Tam jest o działaniu. O naprawieniu szkód. Jeśli zrujnowałam komuś opinię, rozpowiadając, że jest niesolidny, to moje zadośćuczynienie nie będzie polegało na tym, że do niego pójdę i mu powiem: słuchaj, to ja o tobie gadałam, przepraszam. Mogę z nim w ogóle nie rozmawiać (jeśli on nie ma pojęcia, czyja to sprawka), tylko zacząć odkręcać – jeśli już się przyznawać, to tylko tym, na których zdanie wpłynęłam, którzy przez moje pomówienie zaczęli go gorzej traktować, zacząć o nim dobrze (prawdziwie) mówić, bronić go, gdy ktoś powtarza fałszywe (moje dawne) opinie. Jeśli zaniedbywałam chorą matkę/dziecko/rodzinę to mam poświęcać jej teraz czas, dbać o nią, być. Bez wykrętów i „słusznych” wymówek.
Słyszałam wiele razy, że dziewiąty krok to jest rodzaj techniki poprawiania nastroju: wyznam komuś swoje przewiny i zrobi mi się lżej; że to dla mnie to całe przepraszanie, więc warto podjąć trud, skonfrontować się ze wstydem, strachem, pychą. Jest dokładnie odwrotnie! Zadośćuczynienie jest dla tego, kogo skrzywdziłam! To on ma się lepiej poczuć, nie ja. Dlatego – o czym dobitnie piszą w 12/12 – lepiej na siłę nie oświecać niczego nieświadomej osoby w kwestii dokonanych na niej podłości.
Miałam ostatnio okazję usłyszeć to od kogoś z drugiej strony. Od mojej mądrej i kochanej M., na której ktoś (chyba bliski) wykonał swój dziewiąty krok. Jak zostawił ją, oszołomioną, z tym całym gównem, o którym nie miała pojęcia, że jest jego autorstwa. Zadbał o siebie – pozbył się ciężaru poczucia winy. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się wcześniej, jak z tą wiedzą będzie teraz żyć M. Dorzucił do pierwszej rany kolejną, może gorszą (poczucie bycia oszukaną przez przyjaciela, zawiedzione zaufanie, może pomysł, żeby już nigdy nikomu nie wierzyć).
*
Są takie sytuacje, gdy „przepraszam” jest zadośćuczynieniem. Telefon mojej mamy i to słowo. Bo to było jej pierwsze w życiu przepraszam, po latach wypierania, że cokolwiek nam zrobiła, pierwszy raz, gdy wzięła odpowiedzialność i przyznała, że nie wszystko jej wyszło. To mi wystarczyło (tyle, że ona i tak swoim życiem odpłaca, a jej „przepraszam” było jak wisienka na torcie).

wtorek, 29 grudnia 2009

007. wspólnota szczerości

Nie sądziłam, że po dziesięciu latach we Wspólnocie coś mnie zaskoczy. Prawdę mówiąc, nie myślałam nawet w takich kategoriach, nie oczekiwałam fajerwerków. Nie w AA. Tymczasem dzisiejszy mityng… Może dlatego, że tuż po świętach, a te, wiadomo, są trudnym czasem dla alkoholików. A może z powodu nowej osoby – to zawsze kieruje mityng na trochę wspominkowe tory, na dzielenie się doświadczeniem, jak to było na początku z każdym z nas. A może było w tym to coś nieuchwytnego, niewidzialnego, ta energia, o której czasem mówi się Siła Większa. Nagle stało się magicznie, głęboko, szczerze i wzniośle, ale tak bardzo po ludzku, i to od tej najniższej, najnędzniejszej strony. Pięknie po prostu.
Sens mityngów AA jest między innymi w tym, że każdy oddzielny uczestnik może się utożsamić – z problemem, doświadczeniem, uczuciem, trudnością, rozwiązaniem. Na początku to bardzo ważne, bo pomaga zawiązać wspólnotę i zacieśnić więź. Potem uczy, jak rozwiązywać konkretne sytuacje i problemy. Ale po 10 latach coraz rzadziej mi się to włącza. A dziś się włączyło.
Jakiś stary facet, mówiąc o sobie, opowiedział o mnie. O moich najskrytszych lękach, obawach, wstydach. Nie ogólnie, że mam podobnie. On mówił o mnie! Że zawsze bałam się odsłonić, bo to, co we mnie, w środku uważałam za tak nędzne, że nie śmiałam wystawić tego na widok publiczny. Nie widziałam w sobie żadnej wartości, a z tym lepiej się nie wychylać. Jeśli się nie przyznam może nie zauważą. I broń Boże nie mówić, co myślę, sądzę, czuję. To dopiero byłby wstyd. Tak mówił ten facet, a ja zobaczyłam w nim małego chłopca, który, może po raz pierwszy, przezwycięża ten wstyd i odkrywa się całkiem. I jest to przepiękne odkrycie.
Miałam kilka razy (no, może kilka to przesada, ale ze dwa) pomysł, żeby mówić o tym, co czuję. Wprost. Pojawiła się nawet wizja, że to nie takie straszne, mało tego, że to nawet może być podniecające. I co? Nic. Znałam w tym czasie kogoś, z kim werbalnie nie schodziłam z poziomu „jak tam w pracy”, choć emocjonalnie gryzłam ściany. A dziś znowu chciałabym mówić. I tylko ode mnie zależy, czy to zrobię. Mam już wiedzę i doświadczenie, że to może być wspaniałe, a na pewno nie upokarzające. Zresztą, mojemu ego przyda się lekcja, bo to ono podnosi alarm, gdy tylko chcę się odsłonić. Chcę się odsłonić! I na pewno o tym napiszę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...