wtorek, 26 października 2010

043. na oścież


Pojawiło się nie wiadomo skąd. Dziwne takie. Niespodziewane. Nie wiadomo jak do tego podejść, co myśleć. Pragnienie prawdziwej bliskości. Nie, że przytulić się. Nie, że czyjaś obecność. Pragnienie czegoś, co dawno, dawno temu, w szczenięctwie mogło być prawie naturalne, potem nie sprawiało jeszcze takiego wielkiego kłopotu, a później, przez lata wydawało się niemożliwe i przede wszystkim niepotrzebne. Powiedzieć o sobie wszystko, pokazać się całkowicie, bez masek, osłonek, przebrań, makijażów. Mieć kogoś takiego, jedną osobę, której to wszystko… Te straszne rzeczy, „okropne” tajemnice, całe dzieciństwo, życiorys cały pogmatwany, wszystkie ciotki, dziadki, zajadłości, choroby dziedziczne, szpitale, cmentarze… Wszystkie głupotki, młodzieńcze miłostki, szkolne zachwyty, pierwsze sanki i sasanki, kolonie, harcerskie obozy, bunty i sny znaczące. Myśli wszystkie, poczucia, wartości, cele i marzenia, strachy i wstydy. I to najgorsze, zawsze pogardzane: te zwykłe, banalne, te flaki z olejem, co to lepiej, żeby ich nie było, bo tak zamulają, tak szarańczą życie, codzienną już i tak codzienność. Wywalić siebie całą. Odkryć się do cna. Nie bać się. Nie wstydzić. Że głupia, że śmieszna, że nudna. I żeby ten ktoś to wszystko przyjął. Tak zwyczajnie, jakby nic się nie stało. Jakby to było coś najnormalniejszego na świecie.
Tak zamarzyłam. Pierwszy raz w życiu.

niedziela, 24 października 2010

042. lubię tylko smutne piosenki


Zakochałam się. Wiem, że to toksyczna fascynacja, że choć inspirująca, to może zaprowadzić tylko w smutne rewiry. Ale na razie nie chcę jej przerywać. Zakochałam się w Osieckiej, która do tej pory mnie bardziej nudziła czy irytowała, niż ciekawiła, której nie rozumiałam, bo nie chciało mi się przyjrzeć, wczytać i wsłuchać. A potem coś przeczytałam, jakiś wiersz, artykuł, list. I wpadłam. Pociąga mnie bardzo, słyszę w niej już tylko smutek albo zapowiedź smutku. Może dlatego, że wiem, jak się skończyło.
*
Lubię tylko smutne piosenki. Nic nie poradzę, wesołe mnie nie ruszają. No, chyba że w takiej wesołej odnajdę jakąś cichą rozpacz ukrytą pod uszminkowanym uśmiechem skocznych nutek. O, wtedy jest się nad czym pochylić, co przytulić i wchłonąć pod skórę. Wiem od długiego czasu, że słuchanie takich piosenek jest dla mnie szkodliwe, bo mnie tak słodko oplata i wciąga, że sama nie wiem kiedy, ale już jestem cała w tym smutku, topię się, już oddychać nie mogę. Więc najczęściej unikam, zwłaszcza, gdy nie czuję się najlepiej, gdy sama z siebie wchodzę w minorową skalę. Ale nie zawsze chcę uniknąć.
Pamiętam czasy – sprzed picia, z picia i po piciu – kiedy upajałam i upijałam się muzyką. Wystarczyły dwie nuty i było po mnie. Dopisywałam do nich swoją żałobną treść. Taplałam się w jakimś nie do końca sprecyzowanym żalu do świata, Boga, za siebie i wcale nie miałam chęci z tego stanu się wydobywać. Było mi dobrze, że było mi źle. Dopiero po latach, gdy to zamiłowanie do użalania się nad sobą i zapał do organizowania świata tak, by dawał mi w kość (albo żeby wyglądało, że daje w kość), porządnie mnie zawstydziło postanowiłam z tym skończyć. Odłożyłam wszystkie moje audio wyzwalacze. Czasem, po tym odwyku, włączałam coś i sprawdzałam, czy nadal ma moc. Zwykle wyłączałam, bo pogodzona ze sobą nie słyszałam już w tym dawnego wołania wspólnym głosem. Nie było żadnego wspólnego głosu. Ale i tak lubię tylko smutne piosenki; mole i septymy…

czwartek, 21 października 2010

041. wartość życia


Jak i czym mierzy się wartość życia? Tym, co zostanie po człowieku, gdy jego już nie będzie? Wspomnieniami? Jego dziełami: wierszami, piosenkami, powieściami, domami, które zbudował, chlebami, które upiekł, samochodami, które zreperował? Zawiązanymi na czyichś warkoczach wstążkami? Otartymi komuś łzami? Wychowanymi, lub nie, dziećmi? Osamotnionymi zwierzętami i przyjaciółmi?
I kiedy życie jest wartościowe? Kiedy zrobił coś dobrego, czy kiedy zrobił po prostu coś, nawet złego, bo wszystko może się zamienić w korzyść i nie nam to oceniać? A może nie musi nic robić, tylko być?
Od lat mam obsesję marnowanego czasu, podsycaną straszną wizją mnie siedemdziesięcioletniej, spoglądającej wstecz i rozumiejącej z bezlitosną jasnością, że na wszystko jest już za późno, że zmarnowałam mój czas, przegapiłam okazje. Wiem, że wielu rzeczy już nie dokonam, że wiele furtek jest już dla mnie zamkniętych, ale wiem też, że mam całą masę innych, które wciąż mnie zapraszają. Nie będę już miała gromady dzieci, może nawet nie doświadczę świadomego, dojrzałego macierzyństwa, ale mogę wynieść się z miasta, zbudować dom, hodować zwierzęta i przyjmować zbłąkane dusze. Skoro w moim, prawie zaawansowanym, wieku nauczyłam się pływać i prowadzić auto, nauczę się jeszcze jeździć konno i na nartach. Napiszę książkę, wyjadę w podróż dookoła świata, choć wcale nie wiem, czy to da mi spełnienie. Ono jest chyba gdzie indziej. Już wiem, że nie muszę daleko szukać, ale to nie znaczy, że będzie łatwo. Bo to dość trudne miejsce – w sobie trudniej znaleźć – brak dystansu i właściwej perspektywy. Ale jest przecież coraz lepiej.
*
Wczoraj postanowiłam zrobić coś tylko dla siebie, tylko dla przyjemności. Okazało się, że nie bardzo umiem, że wciąż coś staje mi na drodze. I że właściwie nigdy tak nie robię, nie potrafię położyć się z książką, przed telewizorem, zostawić cały świat i po prostu odpocząć. Tyle jest ważnych albo po prostu ciekawych rzeczy do zrobienia, tyle wiedzy do odkrycia, tyle słów do poskładania i myśli do wymyślenia. Stan zero pożyteczności jest dla mnie ostatnio fascynujący. I jak się przekonałam – póki co, nieosiągalny.
Więc dziś, godząc się z własnymi nieumiejętnościami, w ramach bycia pożyteczną piekę ciasto marchewkowe – całe wieki minęły od czasu, gdy coś piekłam, gdy w domu pachniało ciepłem i miłością (taki zapach ma przecież ciasto) – choć trochę żałuję, że nie dla najbliższych, nie dla dzieci, nie dla gości, nie dla rodziny. Cóż, niekiedy nawet koleżanki z pracy dają punkt zaczepienia… To też jakaś wartość.

piątek, 1 października 2010

040. zadość uczynić


Na początku września ruszył temat dziewiątego kroku. Aż dymiło. Kłębiło się i kłębiło, gdzieś tak do połowy miesiąca, a potem nagle ucichło, jak nożem odciął. A ja dalej myślałam, aż wymyśliłam. Coś nowego we mnie. W samą porę, bo wrzesień już się kończy. Najpierw było mi trochę nieswojo, bo od lat nie wracałam do tych spraw, nie odgrzebywałam na nowo niechlubnej przeszłości – przed sobą ani przed nikim. Zdaje się, że gdzieś w okolicach drugiego czy trzeciego roku niepicia wpadłam nagle w ciąg zadośćuczyniania (w moim ówczesnym pojęciu), wyjaśniania i przepraszania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci próba rozmowy z byłym mężem. Nieudana, bo nie chciał rozmawiać (dziś się z tego cieszę, bo nie mam pojęcia, jak jeszcze bardziej mogłam go skrzywdzić moją tyradą i wyjaśnieniami). Na jednym z niedawnych mityngów kręciłam się niespokojnie, bo moje nic na ten temat nie dawało mi spokoju. Wtedy spojrzałam na tablice z krokami. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, o ile nie zraniłoby to ich lub innych. Ani słowa o przepraszaniu. Ani słowa o mówieniu czegokolwiek, o wracaniu do tego (zwłaszcza, gdy mogłoby zranić). Tam jest o działaniu. O naprawieniu szkód. Jeśli zrujnowałam komuś opinię, rozpowiadając, że jest niesolidny, to moje zadośćuczynienie nie będzie polegało na tym, że do niego pójdę i mu powiem: słuchaj, to ja o tobie gadałam, przepraszam. Mogę z nim w ogóle nie rozmawiać (jeśli on nie ma pojęcia, czyja to sprawka), tylko zacząć odkręcać – jeśli już się przyznawać, to tylko tym, na których zdanie wpłynęłam, którzy przez moje pomówienie zaczęli go gorzej traktować, zacząć o nim dobrze (prawdziwie) mówić, bronić go, gdy ktoś powtarza fałszywe (moje dawne) opinie. Jeśli zaniedbywałam chorą matkę/dziecko/rodzinę to mam poświęcać jej teraz czas, dbać o nią, być. Bez wykrętów i „słusznych” wymówek.
Słyszałam wiele razy, że dziewiąty krok to jest rodzaj techniki poprawiania nastroju: wyznam komuś swoje przewiny i zrobi mi się lżej; że to dla mnie to całe przepraszanie, więc warto podjąć trud, skonfrontować się ze wstydem, strachem, pychą. Jest dokładnie odwrotnie! Zadośćuczynienie jest dla tego, kogo skrzywdziłam! To on ma się lepiej poczuć, nie ja. Dlatego – o czym dobitnie piszą w 12/12 – lepiej na siłę nie oświecać niczego nieświadomej osoby w kwestii dokonanych na niej podłości.
Miałam ostatnio okazję usłyszeć to od kogoś z drugiej strony. Od mojej mądrej i kochanej M., na której ktoś (chyba bliski) wykonał swój dziewiąty krok. Jak zostawił ją, oszołomioną, z tym całym gównem, o którym nie miała pojęcia, że jest jego autorstwa. Zadbał o siebie – pozbył się ciężaru poczucia winy. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się wcześniej, jak z tą wiedzą będzie teraz żyć M. Dorzucił do pierwszej rany kolejną, może gorszą (poczucie bycia oszukaną przez przyjaciela, zawiedzione zaufanie, może pomysł, żeby już nigdy nikomu nie wierzyć).
*
Są takie sytuacje, gdy „przepraszam” jest zadośćuczynieniem. Telefon mojej mamy i to słowo. Bo to było jej pierwsze w życiu przepraszam, po latach wypierania, że cokolwiek nam zrobiła, pierwszy raz, gdy wzięła odpowiedzialność i przyznała, że nie wszystko jej wyszło. To mi wystarczyło (tyle, że ona i tak swoim życiem odpłaca, a jej „przepraszam” było jak wisienka na torcie).