piątek, 1 października 2010

040. zadość uczynić


Na początku września ruszył temat dziewiątego kroku. Aż dymiło. Kłębiło się i kłębiło, gdzieś tak do połowy miesiąca, a potem nagle ucichło, jak nożem odciął. A ja dalej myślałam, aż wymyśliłam. Coś nowego we mnie. W samą porę, bo wrzesień już się kończy. Najpierw było mi trochę nieswojo, bo od lat nie wracałam do tych spraw, nie odgrzebywałam na nowo niechlubnej przeszłości – przed sobą ani przed nikim. Zdaje się, że gdzieś w okolicach drugiego czy trzeciego roku niepicia wpadłam nagle w ciąg zadośćuczyniania (w moim ówczesnym pojęciu), wyjaśniania i przepraszania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci próba rozmowy z byłym mężem. Nieudana, bo nie chciał rozmawiać (dziś się z tego cieszę, bo nie mam pojęcia, jak jeszcze bardziej mogłam go skrzywdzić moją tyradą i wyjaśnieniami). Na jednym z niedawnych mityngów kręciłam się niespokojnie, bo moje nic na ten temat nie dawało mi spokoju. Wtedy spojrzałam na tablice z krokami. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, o ile nie zraniłoby to ich lub innych. Ani słowa o przepraszaniu. Ani słowa o mówieniu czegokolwiek, o wracaniu do tego (zwłaszcza, gdy mogłoby zranić). Tam jest o działaniu. O naprawieniu szkód. Jeśli zrujnowałam komuś opinię, rozpowiadając, że jest niesolidny, to moje zadośćuczynienie nie będzie polegało na tym, że do niego pójdę i mu powiem: słuchaj, to ja o tobie gadałam, przepraszam. Mogę z nim w ogóle nie rozmawiać (jeśli on nie ma pojęcia, czyja to sprawka), tylko zacząć odkręcać – jeśli już się przyznawać, to tylko tym, na których zdanie wpłynęłam, którzy przez moje pomówienie zaczęli go gorzej traktować, zacząć o nim dobrze (prawdziwie) mówić, bronić go, gdy ktoś powtarza fałszywe (moje dawne) opinie. Jeśli zaniedbywałam chorą matkę/dziecko/rodzinę to mam poświęcać jej teraz czas, dbać o nią, być. Bez wykrętów i „słusznych” wymówek.
Słyszałam wiele razy, że dziewiąty krok to jest rodzaj techniki poprawiania nastroju: wyznam komuś swoje przewiny i zrobi mi się lżej; że to dla mnie to całe przepraszanie, więc warto podjąć trud, skonfrontować się ze wstydem, strachem, pychą. Jest dokładnie odwrotnie! Zadośćuczynienie jest dla tego, kogo skrzywdziłam! To on ma się lepiej poczuć, nie ja. Dlatego – o czym dobitnie piszą w 12/12 – lepiej na siłę nie oświecać niczego nieświadomej osoby w kwestii dokonanych na niej podłości.
Miałam ostatnio okazję usłyszeć to od kogoś z drugiej strony. Od mojej mądrej i kochanej M., na której ktoś (chyba bliski) wykonał swój dziewiąty krok. Jak zostawił ją, oszołomioną, z tym całym gównem, o którym nie miała pojęcia, że jest jego autorstwa. Zadbał o siebie – pozbył się ciężaru poczucia winy. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się wcześniej, jak z tą wiedzą będzie teraz żyć M. Dorzucił do pierwszej rany kolejną, może gorszą (poczucie bycia oszukaną przez przyjaciela, zawiedzione zaufanie, może pomysł, żeby już nigdy nikomu nie wierzyć).
*
Są takie sytuacje, gdy „przepraszam” jest zadośćuczynieniem. Telefon mojej mamy i to słowo. Bo to było jej pierwsze w życiu przepraszam, po latach wypierania, że cokolwiek nam zrobiła, pierwszy raz, gdy wzięła odpowiedzialność i przyznała, że nie wszystko jej wyszło. To mi wystarczyło (tyle, że ona i tak swoim życiem odpłaca, a jej „przepraszam” było jak wisienka na torcie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz