czwartek, 21 października 2010

041. wartość życia


Jak i czym mierzy się wartość życia? Tym, co zostanie po człowieku, gdy jego już nie będzie? Wspomnieniami? Jego dziełami: wierszami, piosenkami, powieściami, domami, które zbudował, chlebami, które upiekł, samochodami, które zreperował? Zawiązanymi na czyichś warkoczach wstążkami? Otartymi komuś łzami? Wychowanymi, lub nie, dziećmi? Osamotnionymi zwierzętami i przyjaciółmi?
I kiedy życie jest wartościowe? Kiedy zrobił coś dobrego, czy kiedy zrobił po prostu coś, nawet złego, bo wszystko może się zamienić w korzyść i nie nam to oceniać? A może nie musi nic robić, tylko być?
Od lat mam obsesję marnowanego czasu, podsycaną straszną wizją mnie siedemdziesięcioletniej, spoglądającej wstecz i rozumiejącej z bezlitosną jasnością, że na wszystko jest już za późno, że zmarnowałam mój czas, przegapiłam okazje. Wiem, że wielu rzeczy już nie dokonam, że wiele furtek jest już dla mnie zamkniętych, ale wiem też, że mam całą masę innych, które wciąż mnie zapraszają. Nie będę już miała gromady dzieci, może nawet nie doświadczę świadomego, dojrzałego macierzyństwa, ale mogę wynieść się z miasta, zbudować dom, hodować zwierzęta i przyjmować zbłąkane dusze. Skoro w moim, prawie zaawansowanym, wieku nauczyłam się pływać i prowadzić auto, nauczę się jeszcze jeździć konno i na nartach. Napiszę książkę, wyjadę w podróż dookoła świata, choć wcale nie wiem, czy to da mi spełnienie. Ono jest chyba gdzie indziej. Już wiem, że nie muszę daleko szukać, ale to nie znaczy, że będzie łatwo. Bo to dość trudne miejsce – w sobie trudniej znaleźć – brak dystansu i właściwej perspektywy. Ale jest przecież coraz lepiej.
*
Wczoraj postanowiłam zrobić coś tylko dla siebie, tylko dla przyjemności. Okazało się, że nie bardzo umiem, że wciąż coś staje mi na drodze. I że właściwie nigdy tak nie robię, nie potrafię położyć się z książką, przed telewizorem, zostawić cały świat i po prostu odpocząć. Tyle jest ważnych albo po prostu ciekawych rzeczy do zrobienia, tyle wiedzy do odkrycia, tyle słów do poskładania i myśli do wymyślenia. Stan zero pożyteczności jest dla mnie ostatnio fascynujący. I jak się przekonałam – póki co, nieosiągalny.
Więc dziś, godząc się z własnymi nieumiejętnościami, w ramach bycia pożyteczną piekę ciasto marchewkowe – całe wieki minęły od czasu, gdy coś piekłam, gdy w domu pachniało ciepłem i miłością (taki zapach ma przecież ciasto) – choć trochę żałuję, że nie dla najbliższych, nie dla dzieci, nie dla gości, nie dla rodziny. Cóż, niekiedy nawet koleżanki z pracy dają punkt zaczepienia… To też jakaś wartość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz