poniedziałek, 21 kwietnia 2014

122. nie przeoczyć łez w deszczu

Wiele lat temu (niedługo będzie 15) dostałam od przyjaciela książkę. Chciałam ją mieć i bardzo chciałam przeczytać. Próbowałam. Brałam do ręki i po stronie, dwóch, odkładałam z powrotem na półkę. Najpierw z niedowierzaniem, potem rozczarowaniem, wreszcie złością. Bo niczego nie rozumiałam. Książka była dla mnie za trudna (choć wtedy wolałam uznać, że jest dziwaczna albo nudna czy głupia, niż przyznać, że to mojemu umysłowi daleko do otwartości, że pewne rejony rzeczywistości są jeszcze poza moim zasięgiem). Musiała odstać prawie dekadę, żebym zaczęła rozumieć. Ta książka to Przebudzenie Anthonego de Mello. Nie o niej jednak chcę dziś pisać. Wspominam ją z dwóch powodów. To była pierwsza książka, która utkwiła w mojej świadomości jako niezrozumiała i która po jakimś, fakt, długim, ale jednak, czasie stała się zrozumiała i bardzo wartościowa, bo praktyczna (czyli wykorzystywalna w moim codziennym życiu). Po drugie, książka, z powodu której ten wpis się materializuje, w sposób niemal automatyczny przywołuje rzeczoną pozycję autorstwa byłego jezuity.

Przebudzenie Meszuge również traktuje o duchowości, ale w sposób, który zaskoczy niejednego czytelnika, w sposób, który po prostu uwielbiam i uważam za mistrzostwo świata: sprowadzanie pojęć abstrakcyjnych, trudnych (bo przeważnie pomijanych w rozważaniach, przemyśleniach oraz procesie wychowania i nauczania) do prostych, powszednich, doskonale znanych, i to każdemu, a nie jedynie wybrańcom, spraw i czynności. Tak, duchowość jest zwyczajna i powszednia. Nie, duchowość nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – duchowość jest elementem rzeczywistości i jednocześnie – jak sądzę i jak doświadczyłam – drogą do poznania i dotknięcia rzeczywistości. Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie, jedyną dotychczas skuteczną (jeśli rozumieć „drogę” jako „narzędzie”). Zatem: proste i jakże trafiające do przekonania i wyobraźni „definicje” i krótkie opowieści o duchowości (zdecydowanie nie jest tożsama z religijnością, jak sama kiedyś uważałam i jak sądzi wielu, bardzo wielu, o czym się ostatnio zbyt często przekonuję), wartościach, cierpieniu, samodyscyplinie, uldze, rezygnacji (doprowadzonej do poziomu sztuki).

Z wiekiem i własnym rozwojem zmienił się mój sposób obcowania z książkami. Od jakiegoś czasu zdarza mi się znaczyć ołówkiem pewne zdania, większe fragmenty czy pojedyncze słowa. Prawdę mówiąc, nie przepadam za tym (wdrukowany przez babcię szacunek do słowa pisanego, do książek, ale też własne doświadczenie, że zaznaczenie wpływa na późniejszą, ponowną lekturę), ale korzyści z podkreślania przewyższają dyskomfort postępowania wbrew zwyczajom i przekonaniom sięgającym dzieciństwa. Przebudzenie Meszuge jest jedną z tych książek, które muszę czytać z ołówkiem w ręku, bo ciągle znajduję tam coś do zaznaczenia, coś co przyda mi się do podręcznego zestawu pojęć duchowych. Podręcznego, bo odkąd duchowość przestała być dla mnie sferą odległą, niepojętą i wysoce abstrakcyjną, tajemniczą czy wręcz magiczną, posługuję się nimi nad wyraz często, weryfikując je regularnie.

Autora Przebudzenia. Drogi do świadomego życia znam z książek o tematyce alkoholowej, a dokładniej rzecz ujmując, z książek prezentujących rozwiązania problemu alkoholowego. Ta najnowsza książka ma dla mnie też dodatkową wartość, i nie wiem, czy to nie największy jej plus: prawdy, rozwiązania, sposoby, narzędzia, poznane i wypracowane na bardzo konkretnym gruncie – choroby alkoholowej i wychodzenia z niej – zostały przedstawione w sposób uniwersalny, pożyteczny i przydatny dla każdego, kto zechce z nich skorzystać, a niekoniecznie jest uwikłany w uzależnienie, od alkoholu czy czegokolwiek. A to oznacza, że nie trzeba tkwić w AA-owskim getcie, do końca, mimo starań, zabiegów i realnych efektów, czuć się innym i być jak inny traktowanym. Można wejść do ludzkiej wspólnoty. Nie wejść po prostu, z pustymi rękoma, z nadzieją, że nikt się nie zorientuje i nie wytknie inności. Wejść z bardzo konkretnym darem, z czymś realnie wartościowym i przydatnym dla tej wspólnoty, czyli wejść jako członek równoprawny. Temu wszak służy trzeźwienie, przywróceniu jednostek chorych społeczeństwu. 

Osobiście jestem wdzięczna za dwie przytoczone przez Autora pierwszorzędne opowieści: o wypełnianiu dzbana oraz stłuczonej szklance. Niby znajome i jakieś takie przewidywalne, ale pokazały mi coś w innym świetle, sprawiły, że pewne rzeczy stały się bardziej zrozumiałe, że moja świadomość się pogłębiła.

I na koniec – postanowiłam zrobić kilka ćwiczeń i odpowiedzieć na kilka postawionych w książce – wyjątkowo wrednych, czyli bezlitośnie trafnych – pytań. Bo tę książkę można również potraktować jako swoisty zeszyt ćwiczeń. A ja już sprawdziłam, że wiedzieć (po przeczytaniu, pomyśleniu, porozmawianiu) to trochę za mało, żeby coś zmieniło się w życiu. Żeby coś zmieniło się w moim życiu, muszę coś zmienić w moim życiu. Zmienić. Nie myśleć o tym, nie rozmawiać, nie planować. Zrobić!  

czwartek, 10 kwietnia 2014

121. manowce cudne i zgubne

Odpoczywanie dla kogoś takiego jak ja potrafi być bardzo męczące… przynajmniej na początku. Nie dziwię się, że tak jest. Nikt mnie nie nauczył odpoczywać, nie widziałam odpoczywających rodziców, nie mam żadnych wzorców. Wszystkiego musiałam nauczyć się sama, wypracować odpowiedni dla mnie model. Ale ten wysiłek opłaca mi się podejmować, bo pamiętam moje stany – fizyczne, psychiczne i duchowe – kiedy zaniedbywałam sferę odpoczynku. Wolałabym to tego nie wracać i myślę, że moi bliscy również – jestem wtedy zupełnie bezproduktywna, nie tworzę dobrej energii w świecie, psuję ją i truję. A to już mi nie bardzo odpowiada.

*

Łagodność i zdrowa dyscyplina kiedyś mocno namieszały mi w głowie. To znaczy, ja sama przy ich pomocy wyprowadziłam się na manowce. Błądziłam tam dość długo, aż odkryłam, że mój pomysł na ten odcinek życia nie jest najlepszy, że może warto odkleić się od moich przekonań i sprawdzić, jak to naprawdę jest z łagodnością i dyscypliną. Dlaczego tak miła, ale jednocześnie trudna do osiągnięcia jest zdrowa łagodność. Dlaczego tak trudna i odpychająca owa dyscyplina (myśleli, że jak dokleją do niej słówko „zdrowa” to nikt się nie skapnie? Że ja tego nie wyłapię?)? Musiałam na nowo zdefiniować to pojęcie. Dla siebie, żeby móc ruszyć z tematem. Czym jest dyscyplina, a dokładniej – samodyscyplina, bo to ona ma kluczowe znaczenie w realizacji wyznaczonych wcześniej celów i rozpisanych planów, również tych, dotyczących odpoczynku. To umiejętność robienia tego, co powinieneś robić, wtedy, kiedy powinieneś to robić, nieważne, czy masz na to ochotę czy nie. Musiałam też przyswoić sobie dość banalną umiejętność, której jednak przez całe wcześniejsze życie z różnych powodów nie nabyłam: najpierw sprawy najważniejsze, najpierw praca, potem zabawa. To była prawdziwa rewolucja w moim życiu – najpierw wykonać pracę, a później obejrzeć film, który miał być nagrodą (dawniej wiele razy zdarzało mi się nabierać samą siebie na numer „tylko rzucę okiem, jaka uczta mnie czeka” i jakoś… dziwnym trafem ocknąć się z tego oszustwa przy napisach końcowych).


Wbrew pozorom, w nauce odpoczynku nie pomogła mi wcale „łagodność”, którą kiedyś najwyraźniej pomyliłam z folgowaniem sobie, a odpowiedzialność. Oczywiście, podobnie jak „dyscyplina” na nowo zdefiniowana jako konieczność, obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje czyny i ponoszenia za nie konsekwencji; odpowiadanie przed kimś, wobec kogoś za kogoś lub za coś. Tak, musiałam zacząć wreszcie odpowiadać przed sobą za moje zaniedbania względem siebie. Byłam w stanie to zrobić dopiero wtedy, gdy pojawiły się pierwsze konsekwencje mojego do tej pory zbyt beztroskiego podejścia do życia i własnego organizmu. Nagle okazało się, że nie mam 20 lat, że moje ciało reaguje na różne wyskoki inaczej niż w tej bajecznej młodości, że być może nawet... ja jestem… śmiertelna! Gdy zaczęło boleć poszłam po rozum do głowy (prawdopodobnie nie doszłoby do tego, gdyby nie praca nad programem 12 Kroków AA, wcześniej nie byłam zdolna do podporządkowania się czemukolwiek, nawet wymaganiom własnego organizmu). Będąc odpowiedzialną, musiałam wyznaczać sobie czas na odpoczynek. Kiedyś tego nie umiałam. Pracowałam bardzo intensywnie, byle szybciej i krócej, byle bliżej do słodkiego lenistwa. Praca do wycieńczenia była, przy okazji, doskonałym alibi dla późniejszego nic nierobienia. Byłam usprawiedliwiona, przed innymi i co najważniejsze, przed samą sobą. Skoro tak się naharowałam, to teraz chyba mi się należy, prawda? Ale nic-nie-robienie bardzo mi szkodziło. Nuda jest wielkim wrogiem człowieka. Męczyłam się sama ze sobą, nie wiedziałam, jak spożytkować energię, wpadałam na dziwaczne, głupie i mało konstruktywne pomysły. W głowie włączała się wirówka, myśli nie dawały mi spokoju. Mało tego, moje lenistwo przeciągałam do granic możliwości, powodując kolejne spiętrzenie już czekających prac i zleceń. W ten sposób koło się zamykało. 



Dlatego musiałam podejść do sprawy konstruktywnie. Zastosować zasady samodyscypliny, napisać plan i się do niego stosować. Spacery, długie i szybkie marsze, basen, joga stały się koniecznością. Tylko niektóre z nich sprawiały mi przyjemność, ale wiedziałam, że wszystkie są niezbędne albo przynajmniej bardzo wskazane dla mojego ciała i, jak stosunkowo szybko zauważyłam, ducha. Najtrudniej było z wyłączeniem się z trybu on-line i z uregulowaniem snu. Mam wolny zawód, więc godziny pracy biura mnie nie obowiązują. Muszę się zmuszać do wstawania od komputera, patrzenia w okno, przeciągania się, przejścia kilku kroków, zrobienia obiadu, wyjścia po bułki lub pod jakimkolwiek innym pretekstem. A wieczorem… Zapakować się do łóżka przed 23 wciąż udaje mi się nieczęsto. Jednak wiem, że to wszystko, poza rzadkimi wypadkami, kwestia mojej decyzji i priorytetów, a tak naprawdę duchowej schludności.

Mimo wszystko, absolutnie i całkowicie umiem odpocząć tylko na wakacjach. Wtedy, gdy wyjeżdżam, nie zajmuję się niczym innym, nawet towarzyskimi sprawami, nie mam żadnych obowiązków. Mogę leżeć na trawie czy piasku i czytać książki, stosy książek, gapić się w morze i korony drzew, godzinami łazić po lesie i jeździć na rowerze. Wreszcie nigdzie się nie spieszyć. Nie zabierać ze sobą żadnych spraw i zaległości, które po powrocie będą jeszcze większymi zaległościami, a teraz byłyby pretekstem do ucieczki od siebie. Od pewnego czasu takie mini wakacje udaje mi się organizować w weekendy – w końcu czekanie cały rok na 10 czy 14 dni laby może przygnębić i nie stanowi już wystarczająco dużej zachęty do wielomiesięcznego wysiłku. Nie planuję wtedy pracy, odbieram tylko niezbędne telefony – również od znajomych, bo odkryłam, że godzinna rozmowa przez telefon wyciąga ze mnie tyle energii, co dwie albo i trzy godziny zawodowych zajęć. Realizuję „program active”: nordic walking – sauna – spacer – kino – basen. I choć czasem się do tego odpoczynku zmuszam, to wiem dobrze, że bez tego długo nie pociągnę. A jednak bym chciała, bo jest mi coraz fajniej na tym świecie.