Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sponsor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sponsor. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

103. sponsor – moja wizytówka, mój sztandar

Od pewnego czasu obserwuję swoisty zwyczaj chwalenia się sponsorem. A także podopiecznym, choć ta pierwsza opcja występuje zdecydowanie częściej (nic dziwnego, łatwiej wszak mieć sponsora niż podopiecznego, do posiadania sponsora nie trzeba właściwie nic, do posiadania podopiecznego przydaje się choćby minimum, na przykład zrobiony własnoręcznie program). Słyszę zatem: moim sponsorem jest Iks, a moim Zet, a ja mam sponsora z miasta Igrek…
Być może nie ma w tym niczego dziwnego, może nikogo poza mną to nie razi, może to znak nowych czasów, ale… zwyczajnie się zastanawiam, czy chodzi wyłącznie o różnice w sposobie wychowania. Kiedyś (przed nową falą sponsorowania w polskim AA) nikt nie miał pomysłu brać potencjalnego sponsora w krzyżowy ogień pytań z gatunku: kto jest twoim sponsorem, czy twój sponsor ma sponsora i skąd, jaką metodą twój sponsor robił program oraz jak długo. Czasy się jednak zmieniły, wzrosła świadomość, w tym świadomość konsumencka – w końcu sponsor ma mi coś dać, a ja zasługuję na najlepszy produkt, w najlepszym opakowaniu! Ale czy dawniej tych pytań nie zadawano wyłącznie z powodów braku światowości? Bo nie wiedziano, że tak można? Nie do końca mnie zadowala takie wytłumaczenie. Z tych dawnych przedpotopowych czasów pamiętam radę: patrz na efekty, na postawę człowieka, którego mógłbyś poprosić o pomoc. Jeśli ma to, co ty chciałbyś mieć – a to również było definiowane: spokój, pogoda ducha, uczciwość, miłość, troska o dobro innych ludzi – poproś. Do dziś uważam, że to najlepszy sposób weryfikacji. Czasem wystarczy rozmowa, niekiedy trzeba poprzyglądać się dłużej.
Dziś, gdy program robi się zdecydowanie szybciej, a więc i do podopiecznych dochodzi się prędzej, być może zanim (i o ile) efekty własnej pracy będą widoczne, imię własnego sponsora i miasto, z którego pochodzi mogą być jedyną podpowiedzią, „reklamówką” moich możliwości jako sponsora, obietnicą tych potencjalnych efektów (jestem z linii Igreka, to powinno wam powiedzieć, na co mnie stać). Tylko czy faktycznie jest – miarodajną – podpowiedzią? Czy można powiedzieć: model toruński, tarnowski, gdański, wrocławski, warszawski, poznański? Czy to czasem nie grozi sprowadzeniem tematu do poziomu stereotypów: niemiecki porządek, pije jak Rusek, kradnie jak Polak czy Cygan?* Bo to by znaczyło, że wszyscy sponsorzy z danego miasta robią to samo, tak samo, używają tych samych słów, i takich samych przebudzeń duchowych doznają. A to przecież niemożliwe! Każdy z nas jest inny, mimo tej samej choroby, każdy ma swoje własne uwarunkowania, możliwości, gotowość. Znaczyłoby to, że jeden sponsor wypuszcza, jak z produkcyjnej taśmy, swoje klony, a to również nieprawda. Choćbym się bardzo starała – jeśli by mi przyszedł taki pomysł do głowy – moje podopieczne i tak mówią własnym językiem, i mają swoje drogi dojścia do pewnych, nawet zbieżnych z moimi (choć tak naprawdę programowymi) konkluzji.
*
Mam nadzieję, że przetrwam najazd barbarzyńców, zachowując własny poziom wrodzonej (a miejscami na własnych plecach wyuczonej) dyskrecji. Mam nadzieję, że nie jestem w tym sama. Ale też niczego nie neguję i nie zwalczam.
Ja patrzę na efekty i postawy, na zbieżność lub rozbieżność słów i czynów (a od pewnego czasu, odkąd mam zdecydowanie lepszy niż dawniej kontakt z rzeczywistością, mocno wyostrzył mi się „wzrok”), i tym się w życiu kieruję.


*Uprzejmie przepraszam wszystkich Niemców, Rosjan, Polaków, Romów, którzy mogli poczuć się w jakikolwiek sposób dotknięci – to wyłącznie losowo wybrane przykłady znanych autorce stereotypów, niemających wszakże wiele wspólnego z jej osobistymi przekonaniami i doświadczeniami.

piątek, 5 kwietnia 2013

094. mój najlepszy rok


Miałam ostatnio kilka pretekstów do zrobienia przeglądu własnego życia. Nie będę czarować, że wiem już wszystko, że przeliczyłam gruntownie i skrupulatnie wszystkie plusy i minusy, i znam dokładny wynik. Precyzyjne określenie owych plusów czy minusów jest zresztą niemożliwe – coraz częściej bowiem odkrywam, że moje życiowe tragedie czy ewidentne porażki zamieniły się w coś dobrego, były odskocznią, początkiem sukcesu, czy wreszcie ratunkiem przed czymś znacznie gorszym. 
Przy okazji uświadomiłam sobie, że… miniony rok był najlepszym w moim życiu! Najlepszym w sposób przyziemny i na tyle obiektywny, na ile jestem w stanie spojrzeć na siebie z dystansu. Bez koloryzowania, euforycznych wykrzyknień i przesady. Nie nastąpiły żadne spektakularne zmiany. Nie osiągnęłam sukcesu i bogactwa, nie zyskałam sławy, nie spełniłam marzeń. A jednak to był najlepszy jak do tej pory czas. Najbardziej satysfakcjonujący i chyba najspokojniejszy i najnormalniejszy (choć, zważywszy na moje dawne nawyki i sposoby odczuwania świata, nic nie było normalne: nie jęczałam, nie histeryzowałam, nie wierzgałam, skończyłam z czarnowidztwem). Oglądając „rzeczy”, których wcześniej w moim życiu nie było, próbowałam znaleźć to coś, co sprawiło, że ten rok taki był. Znaleźć po to, żeby robić dalej, bo kolejne lata chcę mieć równie dobre, a nawet lepsze. Spośród trzech całkiem nowych w mojej rzeczywistości elementów to nie książka mnie uskrzydla, ani nawet wyjątkowo sympatyczna znajomość. Wychodzi na to, że elementem decydującym są moje podopieczne: do niedawna całkiem obce kobiety, z którymi prawdopodobnie w normalnych warunkach nigdy bym się nie zetknęła i nie zadawała, kobiety, którym postanowiłam dać mój czas i zaangażowanie, kobiety, których dobro naprawdę leży mi na sercu (co naprawdę czasem mnie dziwi, bo niby jakim cudem ktoś tak egocentryczny jak ja miałby troszczyć się o obce osoby?), które sprawiają, że są momenty, gdy ktoś interesuje mnie bardziej niż ja sama (może to jest clou – odessać się wreszcie od siebie). Mój sponsor zwykł mawiać: dostaję już od podopiecznych więcej niż od własnego sponsora. Nie do końca rozumiałam, jak zwykle zresztą, gdy objawia mi coś, czego jeszcze nie widzę, nie czuję, nie mam. Jeśli jednak intuicja dobrze mi podpowiada, że kluczem są ci ludzie, którym jakoby pomagam, to znaczy, że Anonimowi Alkoholicy (och, oczywiście, że nie oni, że wymyślono to już wcześniej) mają genialny patent na fantastyczne życie. I że „fantastyczne” może znaczyć coś innego, niż kiedyś sobie roiłam.

niedziela, 17 lutego 2013

089. sponsor potrzebny od zaraz… czyli warsztaty sponsorowania


Na moje pierwsze warsztaty sponsorowania pojechałam po to, żeby się nauczyć sponsorować – jakiś czas wcześniej dwie alkoholiczki ze Wspólnoty poprosiły mnie o pomoc w przejściu przez Program. Ja sama wprawdzie na Programie ze sponsorem nie pracowałam, ale… No właśnie, chyba wydawało mi się, że brak realnego doświadczenia nadrobię wiedzą i inteligencją. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Program AA to konkretne kroki do wykonania, a nie czytania i opowiadania o nich.
Z tych pierwszych warsztatów wyjechałam z przekonaniem, że żeby komukolwiek pomóc, najpierw sama muszę postawić te 12 Kroków. Oczywiście – ze sponsorem. Zatem, w wielkim skrócie: znalazłam, zrobiłam, zaczęłam przekazywać dalej.
Na lutowe warsztaty sponsorowania (zorganizowane i naprawdę świetnie przygotowane przez Intergrupę Wielkopolska) do Poznania jechałam z ciekawością, choć bez wypieków na twarzy. Z „londyńczykami” i ich metodą – dla niektórych kontrowersyjną – spotkałam się już wcześniej i sama wiele dzięki niej zyskałam. Chciałam jednak usłyszeć więcej, bardziej, głębiej, dokładniej, bo – jak powiedział później jeden z uczestników tego warsztatu – praca z podopiecznymi nie tylko umożliwia, ale też wymaga ciągłego rozwoju. A ja sama też ciągle chcę być „na Programie”. Razem ze mną byli tam ludzie z całej Polski. Ci, którym się chce rozwijać, działać i zmieniać. Bo chyba trzeba naprawdę chcieć, żeby jechać przez pół kraju, wiele godzin w jedną stronę, by posłuchać o pewnej metodzie pracy na Programie.
Te warsztaty sponsorowania – o czym na samym wstępie uprzedzili spikerzy – oparte były na doświadczeniu, nie na teorii. Dlatego sensowniejsze od snucia opowieści wydaje mi się przytoczenie kilku ich wypowiedzi, moim zdaniem szczególnie ciekawych.
To o czym będziemy mówić to jeden ze sposobów na sponsoring. Nie jedyny. Nie – najlepszy. Ale taki, który pomógł mi, i widzę, że pomaga wielu innym.
Sponsor to ktoś, kto pomaga nowicjuszowi przejść przez Program 12 Kroków. Sponsor nie rozwiąże problemów podopiecznego i nie takie jest jego zadanie. Sponsor ma mu pomóc nawiązać kontakt z Bogiem. A Bóg rozwiąże kłopoty podopiecznego.
Na początku jedyną rzeczą, którą trzeba wiedzieć o Bogu, to to, że nie ty nim jesteś.
Na mityngach staramy się nie mówić o problemach i smutkach (dzielimy się za to nadzieją, że Program działa). Te rzeczy omawiam ze sponsorem podczas codziennego telefonu.
Trzeźwienie ma pewne warunki: uczciwość, otwarty umysł i gotowość. Uczciwość, na początku nawet nie wobec całego świata, bo to za duży ciężar, ale wobec jednej osoby – sponsora. Otwarty umysł jest wtedy, gdy dopuszczam, że być może istnieje inna wersja wydarzeń niż moja, że nie wszystko jest tak, jak mi się wydaje. Wreszcie gotowość – wychodzi „w praniu”, czyli działaniu – to zdolność zrobienie rzeczy, których nie chce się robić; robienie mimo niechęci i kwestionowania.
Moje trzeźwienie nie zależy od sponsora, tylko od mojej relacji z Siłą Wyższą.
Sponsor wpajał mi: „Pamiętaj, że nie trzeźwiejesz dla siebie! Twoje życie ma być świadectwem dla tych, którym być może będziesz mógł pomóc”.
Nie ma innej drogi wytrzeźwienia niż przeżycie duchowe.
Na początku dostałem zalecenie, żeby się modlić na kolanach. To działa jeśli wierzysz. Jeśli nie wierzysz – też działa.
Jeśli ktoś ma problem ze swoja Siłą Wyższą, to może ją „pożyczyć” od sponsora. Sponsor może wtedy opowiedzieć o swojej Sile Wyższej, podzielić się nią.
Praca ze sponsorem nie kończy się na 12 Krokach. To też Tradycje. Bo Tradycje również mogą mi pomóc żyć lepiej w świecie i społeczeństwie, w rodzinie i w pracy.
Jak znaleźć sponsora? Jest taki żart: przejedź się samochodem ze swoim sponsorem, w godzinach szczytu, a zobaczysz jego prawdziwe oblicze (śmiech). A tak serio, znaleźć grupę macierzystą, chodzić tam i aktywnie szukać sponsora. Na naszych mityngach chętni i gotowi do sponsorowania zgłaszają się na mityngu. Nowoprzybyły sam może wybrać. Dobrze, żeby twój sponsor miał swojego sponsora, z którym ma kontakt – wtedy doświadczenie twojego sponsora jest głębiej zakorzenione w szerokim doświadczeniu Wspólnoty AA.
Nie ma lepszych i gorszych sponsorów jeśli jest Program AA. A jak być dobrym sponsorem? Być dobrym podopiecznym.
O sponsorowaniu nie da się mówić bez mówienia o Krokach. Ale o tym celowo nie piszę – może w niektórych wzbudzi to głód na tyle silny, że sami zaczną szukać. Szukać sponsora. Wiem, że w różnych Regionach już są planowane kolejne warsztaty sponsorowania. Dla mnie to znak, że potrzeba realnej zmiany w anonimowych alkoholikach jest coraz silniejsza, a głód Programu AA coraz większy. Bo jak długo da się żyć z udawaną nadzieją, potwierdzaną wypowiadanymi smutnym głosem deklaracjami: „cieszę się, że dziś się nie napiłem”?

sobota, 15 stycznia 2011

050. sponsor


Odkąd zaczęłam trochę bardziej świadomie uczestniczyć w życiu Wspólnoty (na początku nie przywiązywałam się, przez długi czas sądziłam, że trochę pochodzę, wyleczę się, jakoś zmienię, bo chyba do końca życia nie będę musiała łazić do tego całego AA) poważniej zainteresowały mnie takie narzędzia, jak Kroki, Program, sponsor… No właśnie, sponsor. Dopiero po kilku latach niepicia, kiedy już uporałam się wewnętrznie z niezręcznością tego sformułowania (czy nie lepszy byłby chociażby przewodnik? Sponsor kojarzył się jakoś dwuznacznie, nie wcale nie z cielesno-finansową wymianą, raczej z amerykańskimi firmami trudniącymi się sprzedażą bezpośrednią i budową jakichś łańcuchów ludzkich, co dla mnie było równie nieciekawe – czepiałam się, jak mogłam) byłam w stanie przyjąć do wiadomości, że i mnie przydałby się kontakt z kimś takim. Ale wtedy zaczęły się schody – no bo kto? Niestety, nie byłam już nowicjuszką (na początku byłoby mi zapewne dużo łatwiej, bo każda informacja, każda sugestia były na wagę złota), obrosłam trochę w piórka i zaczęłam kręcić nosem: ta za stara, ta za mało ciekawa, ta ma inny charakter, a ta inny światopogląd. Kiedy już, już byłam bliska poproszenia którejś z kobiet z AA o sponsorowanie, ta, jakby na złość, robiła coś, wyłącznie w moich oczach, karygodnego, mówiła jakąś rzecz, która ją dyskwalifikowała. A lista kandydatek nie była przecież przesadnie długa. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to nie sklep i że nie obowiązuje zasada klient nasz pan, a przede wszystkim, że to ja jestem petentem, czyli to ja czegoś potrzebuję.
W którymś momencie odpuściłam. Pogodziłam się z tym, że nie ma – póki co – w AA kobiety sponsora dla mnie. W nagłych wypadkach ratowałam się radą, sugestią, rozmową czy choćby obecnością któregoś z wypróbowanych przyjaciół z AA, którzy z uwagi na płeć ze sponsorowania mnie zostali wykluczeni. Dziś widzę, że podobnie jak wielu uczestników AA dałam się wpędzić w pułapkę perfekcjonizmu, który zakłada że sponsor to ktoś niezwykły, wszystkowiedzący, chodzący ideał. Siłę tej pułapki odczułam drugi raz, kiedy to mnie poproszono o sponsorowanie. Nic z tego nie wyszło, bo… uważałam się za zbyt niedoskonałą. A może, żeby zamaskować to odczucie, stałam się zbyt „doskonała”? Zbyt wymagająca, ortodoksyjna, mądralińska?
*
Od niedawna jestem sponsorką. Szybko dałam sobie spokój z niepewnością ruchów, zachowań, słów (przecież nikt tego ze mną wcześniej nie przerobił), postanowiłam, że będę mówić tylko prawdę o sobie, o moich doświadczeniach – tym nie zrobię nikomu krzywdy. Radzę sobie bez problemu z pełnymi zdziwienia pytaniami: jak to, sponsorujesz, a nie przerobiłaś Programu z własną sponsorką? Mówię: pracuję na programie teraz, razem z „podopieczną” (znowu – trochę niezgrabne słowo). Sprawia mi to sporą radość, nie tylko dlatego, że wreszcie muszę coś robić – do tej pory byłam zbyt leniwa, by z własnej woli systematycznie pracować nad Programem. Po prostu widzę zachodzące zmiany – w niej i we mnie.
Mało tego, idea dzielenia się tak bardzo we mnie odżyła, że coraz częściej podchodzę w przerwie lub po mityngu do młodszych ode mnie przyjaciół, którzy opowiadają o swoich problemach, z którymi i ja się borykałam lub borykam. Coś się we mnie przekręciło i zapragnęłam być użyteczna.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...