piątek, 5 kwietnia 2013

094. mój najlepszy rok


Miałam ostatnio kilka pretekstów do zrobienia przeglądu własnego życia. Nie będę czarować, że wiem już wszystko, że przeliczyłam gruntownie i skrupulatnie wszystkie plusy i minusy, i znam dokładny wynik. Precyzyjne określenie owych plusów czy minusów jest zresztą niemożliwe – coraz częściej bowiem odkrywam, że moje życiowe tragedie czy ewidentne porażki zamieniły się w coś dobrego, były odskocznią, początkiem sukcesu, czy wreszcie ratunkiem przed czymś znacznie gorszym. 
Przy okazji uświadomiłam sobie, że… miniony rok był najlepszym w moim życiu! Najlepszym w sposób przyziemny i na tyle obiektywny, na ile jestem w stanie spojrzeć na siebie z dystansu. Bez koloryzowania, euforycznych wykrzyknień i przesady. Nie nastąpiły żadne spektakularne zmiany. Nie osiągnęłam sukcesu i bogactwa, nie zyskałam sławy, nie spełniłam marzeń. A jednak to był najlepszy jak do tej pory czas. Najbardziej satysfakcjonujący i chyba najspokojniejszy i najnormalniejszy (choć, zważywszy na moje dawne nawyki i sposoby odczuwania świata, nic nie było normalne: nie jęczałam, nie histeryzowałam, nie wierzgałam, skończyłam z czarnowidztwem). Oglądając „rzeczy”, których wcześniej w moim życiu nie było, próbowałam znaleźć to coś, co sprawiło, że ten rok taki był. Znaleźć po to, żeby robić dalej, bo kolejne lata chcę mieć równie dobre, a nawet lepsze. Spośród trzech całkiem nowych w mojej rzeczywistości elementów to nie książka mnie uskrzydla, ani nawet wyjątkowo sympatyczna znajomość. Wychodzi na to, że elementem decydującym są moje podopieczne: do niedawna całkiem obce kobiety, z którymi prawdopodobnie w normalnych warunkach nigdy bym się nie zetknęła i nie zadawała, kobiety, którym postanowiłam dać mój czas i zaangażowanie, kobiety, których dobro naprawdę leży mi na sercu (co naprawdę czasem mnie dziwi, bo niby jakim cudem ktoś tak egocentryczny jak ja miałby troszczyć się o obce osoby?), które sprawiają, że są momenty, gdy ktoś interesuje mnie bardziej niż ja sama (może to jest clou – odessać się wreszcie od siebie). Mój sponsor zwykł mawiać: dostaję już od podopiecznych więcej niż od własnego sponsora. Nie do końca rozumiałam, jak zwykle zresztą, gdy objawia mi coś, czego jeszcze nie widzę, nie czuję, nie mam. Jeśli jednak intuicja dobrze mi podpowiada, że kluczem są ci ludzie, którym jakoby pomagam, to znaczy, że Anonimowi Alkoholicy (och, oczywiście, że nie oni, że wymyślono to już wcześniej) mają genialny patent na fantastyczne życie. I że „fantastyczne” może znaczyć coś innego, niż kiedyś sobie roiłam.

1 komentarz:

  1. :-) :-) :-)

    Trudno doprawdy w to uwierzyć, ale w istocie alkoholicy mogą stać się na nowo ludźmi szczęśliwymi, poważanymi i użytecznymi społecznie (WK s. 134).

    Praca z innymi wniesie do życia każdego z nas nowe wartości. Zobaczyć, jak ludzie odzyskują zdrowie, jak pomagają innym, jak znika samotność i rozwija się wspólnota, mieć wokół siebie mnóstwo przyjaciół – to przeżycia, których nie wolno stracić(WK s. 77).

    OdpowiedzUsuń