Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor Osiatyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor Osiatyński. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 sierpnia 2013

104. my wiemy! (bo musimy, bo… się boimy)

Byłam jakiś czas temu na warsztatach sponsorowania AA. W części dyskusyjnej padło w kierunku spikera pytanie: A jak się zachowujesz wobec podopiecznych jeśli masz nawrót, czujesz się koszmarnie sam ze sobą, żyć ci się nie chce? Nie boisz się, że przekażesz im coś skażonego, niewłaściwego? Po sali przeszedł szmerek. Szmerek pobłażliwych, ukrytych za chrząknięciami, uśmiechów. Tych, co wiedzą! Spiker, z tym samym uśmieszkiem, powiedział: Nie rozumiem, o czym mówisz. Zaraz jednak się zorientował, że ironia może nie być właściwie albo w ogóle odczytana (bo pytanie zadane było zduszonym i dość zdesperowanym głosem, co sugerowało, że w tym wypadku może zabraknąć dystansu niezbędnego do czytania jakichkolwiek pozawerbalnych niuansów), i dodał: To znaczy wiem, ale to mi się nigdy nie zdarzyło. Pobłażliwym uśmieszkom zaczęło towarzyszyć porozumiewawcze kiwanie głowami. To się nie zdarza! My wiemy! My, na Programie znamy odpowiedź. Jeśli jesteś na Programie to wszystko gra, wszystko jest jasne i proste. A nawet jeśli zdarzają się kłopoty, to wiadomo jak je rozwiązać! OK., powierzamy się, ale i tak wiemy. Przyjmujemy wolę, ale… zaradzamy.
*
No dobrze, to teraz się przyznam: i ja tam byłam, i kiwałam. Może i najbardziej ze wszystkich. Wtedy tak właśnie wiedziałam. Skąd ta żarliwość w uśmiechaniu i kiwaniu? Za taką postawą mocno chronionej pewności czai się strach – że coś jednak pójdzie nie tak, że może ta metoda, ta ostatnie deska ratunku, w moim przypadku nie zadziała. Muszę więc przed sobą trzymać, niczym tarczę z godłem, przekonanie, że jeśli będę robić wszystko, jak przykazano, to nic złego mnie nie spotka, Program mnie ocali, to już tylko samo dobro, duchowa błogość. Jeśli będę robić wszystko… W pewnej starej księdze jest opowieść o bogatym człowieku, który stawiał spichlerze i krzątał się wokół swojej przyszłej, jeszcze większej niż dotychczasowa, pomyślności, całkiem zresztą rozsądnie i logicznie – skoro szykował mu się urodzaj stulecia. Jednak Historia czy Los (jakkolwiek je rozumiał) obeszły się z nim nienajlepiej. Mimo że się tak rozsądnie starał. Że zabiegał. W starej księdze nie piszą, że coś zaniedbywał, że robił coś wbrew. A jednak go zmiotło, zanim ujrzał pierwszy złoty kłos nowego zbioru.
* 
W Drogowskazach Wiktora Osiatyńskiego jest rozdział poświęcony jednej z książek Scotta Pecka, ważnego dla mnie autora i człowieka. Przeczytałam tam: Coś takiego („ciemna noc zmysłów”) przydarzyło się samemu Peckowi. Gdy miał 50 lat, w czasach największego sukcesu i powodzenia, zawładnęła nim na wiele miesięcy depresja. (…) Przez półtora roku było coraz gorzej, Pecka nie opuszczała depresja, nachodziły go myśli samobójcze, aż w końcu skończyło się to równie nagle, jak przyszło. Przeczytałam i zrzedła mi mina. Jak to? On? Przecież on wiedział! Wiem, że wiedział, bo napisał fantastyczną książkę (Droga rzadziej wędrowana; The Road Less Traveled), w której to wszystko jest! Jak to możliwe, że te przepisy, które jak się zdaje – i jak sam pisał – wprowadzał w życie, teraz nie poskutkowały? Ziarno niepokoju zostało zasiane, tym bardziej, że sama od jakiegoś już czasu odczuwałam zdecydowany spadek witalności, sił, chęci i towarzyszący im dyskomfort, że coś mi się rozłazi, nie nadążam, że to nie tak ma być. Nosiłam ten niepokój, to nierozwiązane równanie, przez dłuższy czas, a witalność, siły i chęci coraz bardziej nikły, co wywoływało natychmiastową reakcję: coś z tym zrobić, koniecznie! Zaradzić, rozwiązać, naprawić. Im bardziej chciałam zrobić, tym bardziej linka się zaciskała. Jak we wnykach – szarpiesz się rozpaczliwie i jest coraz gorzej, ranisz się coraz mocniej i tylko sił ubywa. Aż ubędzie ich na tyle, by móc się poddać, ogłosić bezsilność (na szczęście wciąż dzieje się to przed śmiercią nadziei).
*
Wiem, o czym mówił człowiek z sali. Bardzo mocno to odczuwam na własnej skórze. Pytanie "głupca" zamieniło się w zagadkę filozofa. Rozpaczliwe szukanie – i stosowanie – rozwiązań nie jest dla mnie dobrą metodą, bo tylko oddala od istoty. Ale to nie znaczy, że mam porzucić wszelkie rozwiązania i podpowiedzi. Są trzy, które zresztą dobrze znam: Tylko jedna rzecz na raz, Najpierw sprawy najważniejsze i Działaj tak, jakby… Aowskie mądrości, z których kiedyś tak szydziłam i nadal stosuję wyłącznie z odpowiednim komentarzem, to nic innego, jak zamknięte w skondensowanej formie hasła, sloganu konkretne rozwiązania. Krótko, żeby było łatwiej zapamiętać. Może i topornie, ale finezja nie jest kluczowa w ratowaniu życia, również duchowego… 

piątek, 13 listopada 2009

001. jakby wstęp

Chyba tylko raz czy dwa chciałam pisać o alkoholizmie. Jako chorobie. Oczywiście – najlepiej nie mojej! Tak ogólnie, socjologicznie. Było to bardzo krótko po diagnozie. Trafiłam na terapię i pomyślałam: rany, ależ to świetny materiał na reportaż, na książkę. Teraz wiem, że włączył się wtedy jak najbardziej naturalny mechanizm obronny. Jako osoba pisząca zawodowo uchwyciłam się jedynej szansy, by móc na terapię patrzeć z dystansu, nie dać się w to wciągnąć, ochronić moją chorobę i nie dopuścić do świadomości, że to ja jestem uzależniona. (Później, czytając Rehab, zrozumiałam, że to bardzo naturalny manewr zniewolonego umysłu – Osiatyński chyba miał tę samą pokusę).
Wtedy się nie udało. Żaden reportaż nie powstał, za to mury obronne runęły. Dotarło, że tam, w tym, jak sądziłam, poniżającym miejscu, mówią o mnie, że mnie to dotyczy, że to ja mam problem. Później zabrałam się za układanie życia, porządkowanie, nadrabianie, wygładzanie. Czasem burzenie, rozgrzebywanie, plątanie się i szamotanie. Na czynności niekonieczne nie starczało siły, czasu i wytrwałości.
*
Picie to był wierzchołek góry lodowej. Ale gdybym nie przestała pić, nie odkryłabym tego, co pod spodem. I nie miałabym siły tego zmienić. Dlaczego przestałam? Bo było już tak źle, że więcej bym nie uniosła. Tak mi się wtedy wydawało. Jak mi się to udało? Nie mam pojęcia. To musiał być cud – sama z siebie nigdy czegoś podobnego nie dokonałam, nie podołałam takiemu wysiłkowi. A jednak. Ktoś po prostu powiedział zdanie: musisz przestać pić. Ja usłyszałam: wystarczy, że przestaniesz pić, i będzie lepiej. Uchwyciłam się dymu – to objaw rozpaczy. Dlaczego sądziłam, że odstawienie alkoholu to taki drobiazg, że pasuje do niego słowo „wystarczy”? To był jeden z mechanizmów obronnych, który wcześniej podtrzymywał komfort picia – picie to nic takiego, w każdej chwili mogę przestać, piję, bo to fajne, bo lubię – teraz, paradoksalnie, zadziałał nie na korzyść choroby, tylko na moją. Skoro to takie łatwe, nie ma się czego bać. Jeśli to tylko kwestia „wystarczy” – dam radę.
Cóż, jasne że wystarczy. Na początek. Ale gdyby wtedy ktoś mi mówił, że zmiana na lepsze, że wyjście z tego bagna będą wymagały wielu zabiegów, jakichś schodów odeskich, nigdy bym się nie zdecydowała. Bo nie wierzyłabym, że mi się uda, że podołam. Bo nie chciałoby mi się. Bo za trudno.
Nie okłamali mnie. Naprawdę wystarczy przestać pić – tylko dzisiaj – żeby zaczęło być lepiej. Sprawdziłam to. Dokładnie. Bo nawet gdy w tych czasach, już bez alkoholu, bywało źle lub nawet bardzo źle, to nigdy nie było aż tak beznadziejnie, jak z alkoholem. Trzeźwa rozpacz nie jest tym samym co dół zalany wódą.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...