środa, 22 maja 2013

098. warto wiedzieć, co się nosi


Napisałam niedawno o Piątej Tradycji AA, ale wyszło mi dość… ciężko. Postanowiłam więc trochę rzecz skrócić i uprościć. Bo chodzi w tym przecież o sprawy bardzo proste i realne sytuacje, a nie żadne wydumane teorie czy abstrakcyjne historie.

Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. 
Tradycja Piąta AA

* 
W skrócie, tradycja ta określa zakres działalności Anonimowych Alkoholików. Dlaczego mówi tylko o jednym celu? Bo lepiej robić jedną rzecz dobrze niż zaledwie jako tako działać na wielu frontach. Tylko jeden cel, by nie rozpraszać się i nie tracić z pola widzenia tego, co najważniejsze. (Tego akurat Anonimowi Alkoholicy nauczyli się z historii i na błędach Towarzystwa Waszyngtona: wszystko szło dobrze, póki Towarzystwo skupiało się na pomocy osobom uzależnionym od alkoholu, ale sukces w jednej dziedzinie podsunął pomysł na kolejne rejony aktywności; gdy do alkoholizmu dołączyły inne, nie mniej palące problemy społeczne, okazało się, że nie tylko nie idzie świetnie, ale wręcz kurczy się zdolność realizacji pierwotnego celu).

*
Czym jest i jak brzmi owo posłanie? Wszak by coś nieść, warto najpierw wiedzieć, co to ma być. Najprościej rzecz ujmując, posłanie AA to przekaz nadziei: Jest sposób! My, Anonimowi Alkoholicy mamy rozwiązanie problemu i sposób na życie bez alkoholu, w dodatku życie lepsze niż dotychczasowe. Nam się udało.
Kolejne pytanie: Kim jest alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi? Najprościej sprowadzić rzecz do uzależnionych od alkoholu ludzi, którzy nie mogą przestać pić, nie widzą dla siebie szansy. W początkach Wspólnoty jej członkowie wyciągali takich alkoholików z knajp i barów, znajdowali „beznadziejne przypadki” w szpitalach miejskich. Dziś jest łatwiej, wielu alkoholików przychodzi do AA samodzielnie, ale jest wielu takich, do których trzeba dotrzeć z informacją, że jest szansa na zmianę, na wyzdrowienie. Dotrzeć w rozmaity sposób: przez profesjonalistów (lekarzy, policję, pracowników socjalnych, więziennictwa, pedagogów, psychologów, nauczycieli), ulotki informacyjne, ogłoszenia, wreszcie wizyty w izbach wytrzeźwień, na detoksach, szpitalach. Ale cierpiący alkoholik to przecież nie tylko nowicjusz, który nigdy wcześniej nie zetknął się ze Wspólnotą AA i jej Programem 12 Kroków. Coraz częściej cierpiących alkoholików, tyle że już wiele lat niepijących spotykam na mityngach. W ich przypadku często nie chodzi o zaprzestanie picia, bo to już przecież potrafią. Byc może ważniejszy staje się przekaz: Można dobrze, satysfakcjonująco żyć bez alkoholu. Rozwiązanie też mają Anonimowi Alkoholicy, i to od ponad 70 lat!

* 
W grupach wiele się mówi o zdrowieniu, gorzej, gdy to jedynie pusty slogan, za którym nie idzie konkretne działanie. Nie chodzi bowiem wyłącznie o zdrowienie „nasze”, czyli tych, którzy już członkami grupy są, bo doświadczenie AA pokazuje, że „nasze” zdrowienie opiera się wyłącznie na pomocy potrzebującym. Bez „przekazywania dalej” nie ma trzeźwienia. Jeśli grupa nie przyciąga nowicjuszy, nie stara się informować o sobie – sens jej istnienia jest delikatnie mówiąc dyskusyjny. Mało tego – wątpliwe jest jej „uzdrawiające działanie” na własnych uczestników. Nie jesteśmy, jako cała Wspólnota AA i jako jakakolwiek oddzielna grupa, klubem zamkniętym, skupiającym się tylko na własnych członkach. W praktyce to wcale nie musi wyglądać aż tak ewidentnie, to byłoby zbyt oczywiste, zbyt przerysowane. Wystarczy nie być otwartym, czyli wrażliwym na obecność nowicjuszy. Wystarczy ich jedynie „tolerować” i nie robić nic więcej. Można jeszcze przy tym deklarować, że nowicjusz jest tu – na naszym mityngu – najważniejszy, można się ograniczyć do opowieści o własnych początkach, ale jeśli za tym nie pójdzie konkretne działanie, jeśli po mityngu lub w przerwie nowicjusz będzie stał samotny pod ścianą, patrząc jak paczka kumpli z AA świetnie się bawi opowiadając sobie kawały, to… może nie zobaczyć w tym miejscu dla siebie szansy na przeżycie. Ale nawet jeśli jedna osoba na mityngu zajmie się nowicjuszem, ale grupa nie jest na nowicjuszy nastawiona (nie daje rozwiązań problemu alkoholowego, nie mówi o Programie 12 Kroków AA, nie przestrzega pozostałych Tradycji), efekt będzie podobny – nowicjusz nie wróci, zniknie lub zostanie w przekonaniu, że jedyną ofertą AA, jedynym, na co może w AA liczyć jest abstynencja. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, gdy grupa „wysyła” nowicjusza na terapię odwykową, a więc niesie posłanie dość zagadkowe.
Co zatem trzeba by robić, żeby alkoholik dostał to, do czego każda grupa AA jest powołana? Dzielić się doświadczeniem, ale uwaga! doświadczeniem AA, które mówi, że jeśli jeden alkoholik rozmawia z drugim o swojej chorobie (identyfikacja), to istnieje ogromna szansa, że się nie napije, oraz że jeśli postawi (czyli wykona) proponowane przez AA Kroki (opisane dokładnie w Wielkiej Księdze, a także w 12x12), to zostanie uzdrowiony z alkoholizmu.
Przestrzeganie tej zasady – Piątej Tradycji – winno być oczywistością: jeśli nie będziemy pomagać innym cierpiącym na chorobę alkoholową, sami zginiemy. Jednak rozłożenie odpowiedzialności (w grupie są inni alkoholicy, niech oni to robią, ja sam nie muszę się angażować) sprawia, że konsekwencje takiej postawy nie od razu są widoczne i odczuwalne (przez co mogą nie być wprost łączone z przyczyną, a niezdolność łączenia przyczyn ze skutkami jest zdaje się dość częstą przypadłością wielu alkoholików, jeszcze z czasów picia, a nierzadko i uzależnienie poprzedzających). Konsekwencje dla pojedynczego AA, który odpuszcza odpowiedzialność, i dla poszczególnych grup, gdy w mieście/okolicy działa ich więcej. Jakie są te konsekwencje? Jeśli osobiście nie zaangażuję się w przekazywanie rozwiązania problemu alkoholizmu, to moja własna trzeźwość (co rozumiem jako sensowne, dobre, pełne życie) stoi pod wielkim znakiem zapytania.

* 
Tradycja ta podpowiada mi też, jak mogę najlepiej służyć mojemu otoczeniu, społeczeństwu. Skąd mogę czerpać satysfakcję i poczucie pełni życia. Bo już teraz widzę wyraźny związek między poczuciem sensu a byciem potrzebną i pożyteczną/użyteczną. Wystarczy, że wykorzystam moje talenty, zdolności i mocne strony do niesienia posłania AA. Mogę to robić w sposób, jaki potrafię: w relacjach osobistych, jako spiker, mogę o tym pisać, śpiewać, nakręcić film. Ale mogę tę Tradycję potraktować jeszcze szerzej, jako wezwanie do wykorzystania moich zdolności na rzecz mojego otoczenia. Bezinteresownie i najlepiej jak potrafię. 

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

piątek, 10 maja 2013

096. pijackie tourne


Jakiś czas temu odbyłam pijackie tourne. Wiem, brzmi dwuznacznie, ale chodzi o jak najbardziej prozdrowotną, czyli z punktu widzenia wyczulonych na „te tematy” oczu i uszu niewinną podróż z alkoholikami, do alkoholików i w sprawach trzeźwościowych (że posłużę się tym mało zgrabnym żargonowym określeniem). Podróż była intensywna – trzy miasta – wysiłek w „dziele” jeszcze bardziej. Echa odzywają się we mnie do dziś, powoli, przetrawia się doświadczenie i informacje. Znowu w moim życiu potwierdza się to, że po naukę – jakąkolwiek – muszę wyjechać, ruszyć się z mojego wygrzanego, umoszczonego wygodnie miejsca. Podobne do już słyszanych, niekiedy wielokrotnie, treści jakoś są bardziej słyszalne z całkiem obcych ust.

*
Byłam na mityngu na peronie PKP, w knajpie i w pofabrycznym niby-biurowcu. Do piwnic czy kościelnych albo klasztornych katakumb już zdążyłam przywyknąć, podobnie jak do sal w szpitalach, ośrodkach terapeutycznych czy pomocy społecznej. Te nowoczesne rozwiązania bardzo mi się podobają, choć jak sądzę nie mają większego wpływu na przekazywane na spotkaniach treści. Aczkolwiek mogą mieć jedną niepodważalną przewagę nad pomieszczeniami kościelnymi, zwłaszcza w „naszym katolickim kraju”, w którym znaleźć alkoholika o pozytywnym czy choć neutralnym stosunku do Kościoła jest zadaniem niełatwym – właśnie neutralność.

*
Wystarczyły dwa tygodnie, żebym prawie zapomniała o wyjazdowym wyczerpaniu i zapragnęła znowu jakiegoś ruchu. I nie chodzi wcale o ruch na zewnątrz. Otarłam się tam o realną wspólnotę i bardzo mi jej brakuje. I wiem, jak jest cenna i pomocna. I chcę ją taką mieć u siebie, na miejscu. Zadziwiające, że wcale nie jest o nią trudno. Wystarczy tylko… zrobić pierwszy krok, podjąć wysiłek i odezwać się do kogoś. Wyjść z domu, sprzed komputera. Telefon komórkowy potraktować wyłącznie jako narzędzie do umówienia żywego spotkania. Bo wspólnota jest w realu, wtedy gdy jeden alkoholik, jeden człowiek rozmawia z drugim. Siedząc obok, patrząc na niego, czując go.