środa, 4 grudnia 2013

113. musisz siebie pokochać!

Musisz najpierw siebie pokochać! Musisz być dla siebie dobry, odnaleźć i przytulić swoje wewnętrzne dziecko, zająć się nim. Kochanie siebie jest najważniejsze, to klucz. Pokochaj siebie, a wszystko inne się ułoży! Takie i inne w tym duchu komunikaty słyszałam od terapeutów, psychologów, ale też ich pacjentów oraz uczestników mityngów AA, i prawdę mówiąc wciąż zdarza mi się słyszeć, tym razem już od ofiar tego magicznego zaklęcia. Jest ci źle? Życie się wokół sypie? Widocznie za mało siebie kochasz! Co trzeba zrobić, żeby siebie pokochać? Kupić sobie coś ładnego, coś dobrego. Zapalić świeczuszki i kadzidełka. Przygotować aromatyczną kąpiel. Wreszcie – codziennie rano i wieczorem mówić do lustra: kocham cię! Czy ja podle szydzę z tej metody? Bynajmniej. Przeszłam wszystkie jej stopnie, łącznie z tym nieszczęsnym lustrem. Efekt był, nie wykręcam się, nie przekłamuję wyników doświadczenia. Mniej więcej taki, jak z czteroletnią dziewczynką, która po założeniu szpilek mamy i wymalowaniu się czerwoną pomadką staje się  prawdziwą kobietą.  
Może to i racja, słuszna w dodatku, że żeby dobrze funkcjonować w świecie i być użytecznym, a co za tym idzie czerpać satysfakcję z życia, trzeba najpierw siebie kochać. Tyle że namawianie do tego alkoholików (a sądzę, że generalnie ludzi uzależnionych, czy też z takimi mających zbyt blisko do czynienia, lub w inny jeszcze sposób przekręconych) wydaje mi się nieporozumieniem. Po pierwsze, alkoholik ma wykoślawioną hierarchię wartości, a i same wartości są zwykle jedynie pustymi hasłami, za którymi nic nie stoi, do których nie wiadomo jak doskoczyć, do których zwyczajnie nie ma sił doskoczyć. Nie ma więc pojęcia, co znaczy kochać (choć to akurat okazuje się zagadką dla większości ludzi). Po drugie, uwięziony pomiędzy czarno-białym postrzeganiem świata i siebie, nie jest w stanie przyłożyć realnych ram do swoich zachowań i postaw. W jednej sekundzie jest geniuszem, chwilę później nikim, ostatnim dnem. Cudownym dzieckiem i zerem. Miłość może być w takich ramach jedynie egoistycznym zaklepywaniem niskiego poczucia wartości. Im większe oderwanie od rzeczywistości, tym bardziej egoistyczne robienie sobie dobrze. Powiedzieć alkoholikowi: Pokochaj siebie! ma w sobie sporą dawkę okrucieństwa. Musisz pokochać siebie. Ale to jest poza moimi możliwościami! No, cóż, trudno, twoja sprawa, może nie jesteś gotowy, bardzo nam przykro, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby ci pomóc, ale ty widać tego nie chcesz zrobić, nie chcesz skorzystać z naszych rad… To okrucieństwo dotyka też bliskich alkoholika, który mimo wszystko jednak zechce spróbować siebie pokochać na swój własny sposób. I nie ma co się czepiać, przecież robi to również dla rodziny! Jeśli on będzie szczęśliwy, to i im będzie lepiej, prawda?

*


Pamiętam pierwszą konfrontację z ludźmi trzeźwiej ode mnie myślącymi, również w tym temacie. Ktoś rzucił tekst o kochaniu siebie, a chwilę później rozległy się szydercze – jak mi się zdawało – komentarze. Obraziłam się na nich. Strasznie się obraziłam. Ponieważ to byli mężczyźni, natychmiast wytłumaczyłam sobie, że to gruboskórne tłumoki, które nie mają pojęcia o takich subtelnościach, jak sprawy ducha. Jeden z nich zadał sobie trud zestrojenia definicji. Długo rozmawialiśmy o tym, co dla każdego z nas znaczy „kochać siebie”. Od tamtej rozmowy minęło kilkanaście miesięcy, przez które dorosłam do moich własnych, świetnie dopasowanych szpilek i czerwonej pomadki. Pokochanie siebie naprawdę niewiele miało wspólnego z mało przekonującymi deklaracjami, wygłaszanymi do lustra ściszonym z zażenowania głosem. Pokochanie siebie nie było przede wszystkim celem samym w sobie, było efektem… ubocznym w dodatku, pewnych konkretnych działań. Aha, i żeby zbliżyć się do istoty rzeczy (mając w pamięci i na względzie całkowite pokręcenie pojęć, zwłaszcza z zakresu uczuć wyższych) nie nazwałabym tego „kochaniem siebie”. Już prędzej szacunkiem do siebie, troską o siebie. A i „siebie” rozumiem na kilku płaszczyznach: duchowej, cielesnej, społecznej. Kocham, szanuję i troszczę się o siebie, więc zachowuję się z godnością, jestem jednoznaczna, dotrzymuję słowa, nie palę i nie szkodzę na dziesięć kolejnych sposobów swojemu zdrowiu, dokonuję bardziej przemyślanych wyborów w kwestii dysponowania własnym czasem – nie marnuję go na mało wartościowe sprawy, filmy, książki, spotkania. Kocham siebie, więc mówię nie w sytuacjach, w których kiedyś moje tak wynikało wyłącznie ze strachu. Miłość to wierność, odpowiedzialność, wiara, zaufanie i troska. Dopóki myliła mi się z romansem i namiętnością, dopóty to terapeutyczne zaklęcie nie miało sensu i nie mogło otworzyć żadnych drzwi. 

niedziela, 1 grudnia 2013

112. anonimowi atrakcyjni

Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu; musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy, radia i filmu. Tradycja Jedenasta AA

A w wersji rozszerzonej: Nasze stosunki ze społeczeństwem powinny opierać się na zasadzie osobistej anonimowości. Uważamy, że AA powinno unikać sensacyjnej reklamy. Nasze nazwiska i zdjęcia jako członków AA nie powinny być rozpowszechnione w radiu, w prasie, filmie lub telewizji. Nasze oddziaływanie na zewnątrz powinno opierać się na przyciąganiu a nie na reklamowaniu. Nigdy nie możemy sami siebie zachwalać. Uważamy, że lepiej będzie, gdy będą nas polecać nasi przyjaciele.

Dawno temu usłyszałam zdanie: Trzeźwienie musi się opłacać! Było dla mnie tak samo rewolucyjne jak: Czy korzystam z całej oferty AA? „Oferta”, „opłacalność”?! To brzmi tak… konsumpcyjnie, tak handlowo, a gdzie ta cała duchowość, którą podobno naszpikowany jest Program? Były to jeszcze czasy, gdy moje stare przekonania życiowe hulały na całego i zupełnie zaciemniały mi obraz rzeczywistości, blokując normalne, zdrowe myślenie i funkcjonowanie. Czemu wspominam o opłacalności i ofercie właśnie w tym miejscu? Ano dlatego, że Jedenasta Tradycja dotyczy takiego sformułowania oferty Anonimowych Alkoholików, by była w stanie zainteresować i przytrzymać tych, którzy do AA dopiero trafią. Sprawić, że AA będzie atrakcyjne, jednak nie w sensacyjny sposób. Czym przyciągniemy nowicjuszy do naszej wspólnoty? Makabrycznymi piciorysami? Smutkami i problemami? Poklepywaniem po plecach i powtarzaniem: Fajnie, że jesteś; po prostu tu przychodź, będzie lepiej? Czytaniem całych litanii pseudoduchowych tekstów i płomieniem świecy? Sekciarskimi hasłami, że trzeźwieć można tylko tak i tak, a każdy inny sposób to prosta droga do picia, choćby na sucho? A może obietnicami łatwego życia? Opowieściami, że teraz jest świetnie, nieporównywalnie, po prostu dzień do nocy – tyle że jakoś trudno o konkretne przykłady tych zmian. Bombastyczne wyznania, emocjonalne fajerwerki oczywiście robią wrażenie, a przede wszystkim szum, ale czyż nie są taką samą nadmuchaną reklamą, jak wyznania z cyklu: Żyje mi się świetnie, mam teraz kupę hajsu, który zamiast na wódę mogę przepuszczać na ciuchy i gadżety, a na trzeźwo wyrywam ładniejsze laski niż po pijaku? Jest różnica między komunikatami: AA ma sposób na fajne łatwe życie tanim kosztem – bo tu nic nie trzeba robić; chłopie, to jest AA, tu nic nie musisz! oraz: My w AA mamy sposób na trzeźwe sensowne i pożyteczne życie. I warto mieć świadomość, który komunikat jest bliższy Jedenastej Tradycji (i że to nie zawsze oznacza łatwiejszy i bardziej pociągający przekaz).


 *

Czemu właściwie nie mielibyśmy się reklamować? Pamiętam powiedzenie: Czegoś, co jest dobre, nie trzeba zachwalać. Oraz pewne przekonanie: natrętne zachwalanie samego siebie budzi niechęć i podejrzliwość. Czuję, wiem, że reklama ma w sobie coś pokrętnego. Choć nie raz sama poddałam się jej sile, to tyle samo mam przykładów na to, że to poddanie albo miało w sobie coś z hipnozy, albo oparte było na moich nierealistycznych oczekiwaniach i braku kontaktu z rzeczywistością, choćby niezgodą z realiami, prawami fizyki, natury czy ekonomii. Rzęsy okazywały się nie tak długie i wywinięte, jak przekonywała supermodelka, proszek nie prał sam, a ta świetna lokata w banku… no, lepiej nie wspominać, ile kosztowało kurczowe trzymanie się reklamowego sloganu i pominięcie zdania napisanego drobnym maczkiem na dole strony. Właśnie dlatego reklama kojarzy mi się z czymś nie do końca prawdziwym, szczerym i uczciwym. Z drugiej strony dawne hasło: Dobre sprzeda się samo, dziś, z racji nadmiaru „dóbr”, nie jest takie oczywiste. Nie sprzeda się, jeśli nikt o tym dobrym nie będzie wiedział. Zatem reklama nie, ale rzetelna informacja już tak – to jest kierunek, jaki dla AA wyznacza Tradycja Jedenasta.


 *


Przez długie lata byłam przekonana, że ta Tradycja, szczególnie jej druga część, nie dotyczy mnie i nigdy nie będzie. Nie dlatego, że świat mediów był ode mnie zbyt oddalony (prawdę mówiąc, sama w jakimś stopniu go tworzyłam). Raczej dlatego, że nigdy, przenigdy nie przyznałabym się „wielkiemu światu”, że mam cokolwiek wspólnego z chorobą alkoholową. Ktoś szalony musiał wymyślić, że chciałabym się podczepić pod AA i czerpać jakiekolwiek korzyści z dobrego imienia Wspólnoty. Po pierwsze, nie widziałam niczego pozytywnego i pociągającego w Anonimowych Alkoholikach, niczego, co mogłoby budzić czyjś podziw – zatem ten punkt, według mojej ówczesnej świadomości, był absurdem. Po drugie, uważałam, że uzależnienie, a także wychodzenie z niego, dyskwalifikują mnie (lub mogą) jako obywatela pierwszej kategorii (a żadna inna mnie nie interesowała, tylko pierwsza mogła zetrzeć moje niskie poczucie wartości). Ale czasy, a przede wszystkim moja świadomość się zmieniły, a obydwie moje postawy i moje sądy uległy odwróceniu. Wprawdzie nadal nie mam pomysłu, by podwieszać się pod AA, ale już jak najbardziej widzę, że to ja – w pewnych warunkach, np. puszczając w ruch moje wady charakteru – mogłabym zaszkodzić dobremu wizerunkowi Wspólnoty, a nie odwrotnie. I że to przed moimi postawami Tradycja Jedenasta chroni Wspólnotę AA (a przy okazji także mnie samą).


*

To, co rzuciło mi się w oczy już na samym początku uczestnictwa w życiu polskiego AA, i co chyba najbardziej mnie interesowało, to była kwestia tej mitycznej anonimowości. Czytałam rozstawione na mityngowych stołach kartki z hasłami rodem z terapeutycznych grup: Kogo tu zobaczysz, co tu usłyszysz, niech zostanie w tej sali. Były ważne. Miały mnie chronić. Mnie! Trzęsłam się, że spotkam tam kogoś znajomego. Nie bardzo pomagała czyjaś delikatna sugestia, że ten ktoś, jeżeli już by się nawet pojawił, to raczej z tego samego powodu, co ja. Nie działało, bo w moim pojęciu on mógł być alkoholikiem, ale ja?! W końcu mi przeszło, choć niestety nie zbiegło się to z automatycznym zrozumieniem istoty anonimowości. Wciąż pobrzmiewały atrakcyjne nuty konspiracji (dziś wiem, że chodziło o wstyd, brak akceptacji moich ograniczeń i rzeczywistości oraz utrzymanie jakże wygodnej dla mnie – znowu dla mnie – sytuacji, gdy nikt nic pewnego o mnie nie będzie wiedział, nie będzie w stanie mnie zweryfikować, skonfrontować moich mityngowych opowieści z faktami i moim życiem w realu, poza AA).


*

Zatem, o co chodzi z tą całą anonimowością? Bo chyba musi być ważna, skoro cała wspólnota ma to słowo w swojej nazwie. Dość łatwo orzec, kiedy anonimowości zabraknie – szczególnie na poziomie mediów. Ale problemem jest nie tylko złamanie anonimowości przez publiczne połączenie dwóch faktów – przynależności do AA oraz mojego nazwiska lub wizerunku. Być może nawet większym jest jej… nadmiar. W książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” znaleźć można dokładne wyjaśnienie, precyzyjne wytyczenie granic AA-owskiej anonimowości: Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego, kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoja anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu – podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem. Bill W. też miał swoje zdanie na ten temat: W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną („Jak to widzi Bill”, str. 241). Jesteśmy Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, a nie Anonimową Wspólnotą Alkoholików.


 *

Pewnego razu, tuż po inwenturze grupy, a więc rozważaniach na temat tego, jak grupa AA realizuje swój główny cel – pomoc cierpiącym alkoholikom w wyzdrowieniu z alkoholizmu, byłam świadkiem szczerze zaniepokojonego pytania jednego z uczestników tego spotkania: Jeśli wyjdziemy na zewnątrz, żeby dotrzeć do tych cierpiących alkoholików, to przecież zrujnujemy naszą osobistą anonimowość… Słuszna uwaga, dość logiczna, tyle że… odrobinę absurdalne wydaje się poświęcenie czyjegoś zdrowia i życia dla indywidualnego bezpieczeństwa, a raczej dobrego samopoczucia. 

Czemu więc, skoro już wiadomo, że nie wygodnictwu i utrzymywaniu pijanej fikcji (nikt nic nie wiedział o moim piciu i nie wie o niepiciu – alkoholik? To nie o mnie!), ma służyć osobista anonimowość alkoholików w AA? A na przykład temu, żebym nie karmiła swojej próżności tym, że jako anonimowa alkoholiczka Anka Kowalska* udzieliłam wywiadu lokalnej gazecie lub stacji telewizyjnej, a potem czerpała profity (emocjonalne, ale nie tylko) z tego wystąpienia, z mojej ewentualnej popularności i – kto wie czy nie – lepszości od innych alkoholików, których do telewizji nie chcieli. Ale dużo bardziej szkodliwe dla wspólnoty i oczywiście tych, którzy mogą dzięki niej przestać cierpieć, może być to, że przedstawię się jako członek wspólnoty, naopowiadam niezwykłych historii, i… stanę się dla osób spoza AA jej przedstawicielem, dowodem na skuteczność AA albo jej brak. Szczególnie niebezpieczne, jeśli moje własne życie, zachowania i postawy pozostawiają wiele do życzenia. Kiedy nie są czymś, co warto by naśladować, gdy nie nastąpiły zmiany, o jakie warto by było zabiegać. Niezwykle sugestywnie brzmi dla mnie ta Tradycja w pigułce: O AA mówić, gdy pytają. Żyć tak, żeby pytali.


 *Anna Kowalska to przykładowe, prawdopodobnie jedno z najpopularniejszych imion i nazwisk polskich. 

środa, 6 listopada 2013

111. myślę, więc nie muszę mówić

Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki. Tradycja Dziesiąta AA

 Tradycja Dziesiąta AA wydaje się być najprostszą i najbardziej jasną ze wszystkich Dwunastu Tradycji, szczególnie w jej dłuższej wersji: Żadna grupa ani żaden członek AA nie powinni nigdy wyrażać swoich opinii na temat kontrowersyjnych spraw spoza wspólnoty, a w szczególności na temat polityki, ustawodawstwa alkoholowego lub sekt religijnych, w taki sposób, który mógłby sugerować, że jest to opinia AA. Grupy Anonimowych Alkoholików nie walczą z nikim, a w tego rodzaju sprawach w ogóle nie wyrażają swoich opinii.
AA ma jeden główny cel – nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi – i to na niego powinniśmy wydatkować całą naszą energię (bo działalność na tym polu ratuje życie nam i innym cierpiącym jeszcze alkoholikom). Historia z Towarzystwem imienia Waszyngtona, które straciło zdolność pomagania ludziom uzależnionym od alkoholu, rozproszywszy się w innych, mimo że chlubnych, akcjach, a przede wszystkim uwikławszy w potyczki o sprawy ze zdrowieniem z choroby alkoholowej nie mające niczego wspólnego, stała się dla AA ważną lekcją. W Tradycji Dziesiątej nie chodzi jednak wyłącznie o trwonienie sił. Wypowiadając się w jakiejkolwiek kontrowersyjnej sprawie publicznej: politycznej, religijnej, społecznej, stając po którejkolwiek ze stron, sugerując, że „u nas w AA” tak właśnie się myśli, zamykamy drogę tym, którzy mogą potrzebować naszej pomocy, ale mają inne poglądy od tych, jakoby oficjalnych. Osoby spoza AA nie muszą wiedzieć i najczęściej nie mają pojęcia, że w AA nie ma żadnego oficjalnego stanowiska w żadnej sprawie, nawet w kwestii trzeźwienia i Programu AA (bo nawet tu mówi się raczej o sugestiach, potencjale, o doświadczeniu większości, niż o gwarancjach i „jedynie słusznej prawdzie”). Nie mamy – jako Wspólnota – monopolu na trzeźwienie/leczenie z alkoholizmu, a co dopiero mówić o innych sprawach?


* 

Czy wygłaszanie autorytatywnym tonem przekonań o nieskuteczności rozmaitych metod czy wręcz obśmiewanie ich przyciągnie do AA nowych uczestników, czy może raczej odwrotnie? Może warto, żebym przypomniała sobie, jakie wrażenie na mnie robiły podobne wypowiedzi: im bardziej ktoś szydził z danej opcji, tym ja mniej byłam chętna na skorzystanie z tej, którą reprezentował – wszak przekora jest jedną z cech dobrze znanych prawdopodobnie większości alkoholików. Jeśli pamiętam, że ja mogę się mylić, mogę się rozwijać i zmieniać poglądy, to czy faktycznie ma sens agresywne upieranie się przy moich wizjach? Ale nawet jeśli miałabym taką ochotę i takie zapędy, Tradycja Dziesiąta sugeruje, żebym owe przekonania głosiła we własnym imieniu, a nie całej Wspólnoty. Co do siebie samej mogę mieć rozmaite pomysły, nawet takie, które zrujnują moją reputację, zniechęcą do mnie ludzi, ale nie wolno mi tego samego robić ze wspólnotą – jakąkolwiek zresztą. Moja wolność kończy się wszak tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. Czy mam prawo zawstydzać moje dziecko awanturując się w restauracji albo wygłaszając w jego szkole, na zebraniach, czy w towarzystwie jego kolegów kontrowersyjne poglądy? Czy ono aby na pewno musi ponosić koszty moich kaznodziejskich zapędów albo zwyczajnej chęci udowadniania wszystkim moich racji? 

*

Z jakiegoś powodu na spotkaniach AA nie rozmawiamy na tematy kontrowersyjne i zapalne – to po pierwsze niczemu nie służy, po drugie, odciąga uwagę od spraw najważniejszych, po trzecie, burzy spokój, wprowadza napięcia w relacje, rodzi urazy. Takie podejście więcej ma jednak wspólnego z Tradycją Pierwszą i dbaniem o jedność wspólnoty, mimo że nie jesteśmy w AA wcale wolni od pragnienia dochodzenia własnych racji.Ostatnie zdanie dłuższej wersji tej tradycji przypomina mi zdanie z Wielkiej Księgi, dotyczące Dziesiątego Kroku: Przestaliśmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek, nawet z alkoholem, jako że odzyskaliśmy już rozsądek i poczucie umiaru. Jeśli w moim życiu jestem na tym etapie, to istnieje szansa, że i Dziesiątej Tradycji AA bez problemu dochowam. Bo skoro nie mam już przymusu udowadniania jakichkolwiek racji, skoro nie walczę już prywatnie, to po cóż miałabym to robić ze sztandarem AA w ręku? 

środa, 16 października 2013

110. test na dojrzałość

Podczas jednej z moich lektur (tym razem zupełnie nieprzypadkowych) natrafiłam na bardzo ciekawy zestaw zachowań, cechujących osobę dojrzałą emocjonalnie. Osoba taka:

1. Potrafi przyjąć pełną odpowiedzialność za własne uczynki i decyzje, nie obwiniając innych wówczas, kiedy rezultaty ich nie są dla niej pomyślne.
2. Stara się zachować spokój w sytuacjach nieoczekiwanych, a jednocześnie potrafi rozwiązywać w sposób rozsądny powstałe problemy.
3. Nie reaguje wrogo na krytykę, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że krytyka może zawierać pożyteczne dla niej wskazówki. 
4. Potrafi cierpliwie wysłuchać opinii innych osób, a wówczas kiedy są one odmienne od jej własnych, nie ucieka się do wrogich argumentów bądź agresji.
5. Nie traci panowania nad sobą i nie wybucha gniewem z powodu mało istotnych wydarzeń.
6. Zdaje sobie sprawę z tego, że litość i użalanie się nad sobą są bezsensowne, ponieważ wiążą się z przerzucaniem winy za własne braki i niepowodzenia na innych.
7. Rozumie, że konieczna jest cierpliwość, kiedy rozwiązywanie problemów wymaga długiego czasu, ma także świadomość, że musi dostosowywać się do możliwości innych ludzi.
8. Potrafi przegrywać, a ze stratą umie pogodzić się bez narzekania.
9. Nie martwi się bez potrzeby tym, na co nie ma wpływu i czego nie jest w stanie zmienić.
10. Nie przechwala się ani nie stawia siebie za przykład, natomiast kiedy zasługuje na pochwałę, przyjmuje ją z wdzięcznością, bez fałszywego wstydu.
11. Ponieważ wyrosła już z małostkowej zazdrości, cieszy się osiągnięciami innych ludzi i chwali je z głębi serca.
12. Nie jest drobiazgowa i nie krytykuje ludzi, którzy postępują wbrew jej własnym przekonaniom.
13. Stara się mieć rozsądny plan działania i usiłuje go realizować w możliwie najlepszy sposób, nie działa natomiast pod wpływem chwili, bez należytego rozpoznania sytuacji.
14. Ma świadomość, że jest częścią całej ludzkości, że inni ludzie mają jej wiele do zaoferowania i że sama ma obowiązek dzielenia się dobrem, jakie posiada.
15. Korzysta ze złotej zasady, która mówi: postępuj w stosunku do innych tak, jakbyś chciał(a), aby inni postępowali w stosunku do ciebie.
Uzależnienia. Geneza, terapia, powrót do zdrowia, Bohdan T. Woronowicz

*

Od razu sobie pomyślałam, że taka lista może się przydać jako test na emocjonalną dojrzałość. Wystarczy przy każdym zdaniu, twierdzeniu, opisie postawić pytanie – czy ja tak mam? No, ja nie mam tak całkiem… Ale jakiż to wspaniały przepis, instrukcja postępowania, coś, do czego warto dążyć. 

Zdaję sobie sprawę, że ktoś kto dojrzały nie jest, nie będzie w stanie uczciwie, a więc zgodnie z rzeczywistością odpowiedzieć na te pytania. O tym, że jest się dojrzałym, wie się niejako post factum, po przejściu tej magicznej granicy (przez lata dla mnie nieosiągalnej), a może raczej – granic, bo przecież dojrzewanie to nie jest jednorazowy wyczyn. Przypomina mi to trochę zabawną, mimo wszystko, historię z początków mojego wczesnego małżeństwa. Mięliśmy dwa albumy – wersję dla niej i dla niego – które miały rozwijać nasze małżeńskie życie erotyczne. Choć nie wszystko nam wychodziło, bawiliśmy się z nimi naprawdę dobrze. Na końcu każdej książki był test, mający nam uświadomić, na jakim jesteśmy poziomie erotycznego rozwoju, czyli mówiąc wprost  jakimi jesteśmy kochankami. Byliśmy świetni! Mimo że fakty zdawały się sugerować coś innego. Ale to test w książce był dokumentem, potwierdzeniem, glejtem, a nie jakieś tam „fakty”. Zliczając do kupy nasz wiek, przekraczaliśmy ledwie 40., byliśmy też swoimi pierwszymi partnerami seksualnymi, a mimo to wydawało nam się, ba, byliśmy niemal przekonani, że jesteśmy mistrzami świata w ars amandi. Jak było naprawdę pokazała niedługa przyszłość. Choć ściślej rzecz biorąc – dopiero moje doświadczenia, wynikające zapewne przede wszystkim z trwającego wciąż procesu fizycznego dojrzewania, na przestrzeni kolejnych kilkunastu lat. Ale w tamtym momencie, gdy rozwiązywaliśmy nasze testy, w tamtym miejscu, na naszej miękkiej zielonej kanapie, nie byłam w stanie widzieć inaczej. Po prostu, pewne rzeczy są do pojęcia dopiero wtedy, gdy już je przeżyjesz. Widzę to coraz wyraźniej, może dlatego, że z powodu wieku zgarniam doświadczenia jak żółte liście z trawnika. 

wtorek, 1 października 2013

109. kto tu jest dla kogo?

Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą. Tradycja 9 AA

Co takiego, jakie cechy ma przeciętna organizacja, od czego odżegnuje się AA? W książce Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość wymieniono kilka takich elementów: warunki członkostwa, środki dyscyplinarne wobec swoich członków, presja, aby zapewnić poszanowanie własnych reguł, obdarzanie niektórych członków władzą, aby utrzymywali pozostałych w posłuchu oraz karali, a nawet wyrzucali opornych. Władza, hierarchia, regulaminy są esencją organizacji. Tak jest wszędzie. Wszędzie, poza Wspólnotą AA. W AA nie ma niczego, co działałoby jak zarząd. Nawet BSK czy GSO, ani żadna komisja nie może wydać żadnego polecenia jakiemukolwiek członkowi AA… Dlaczego? Bo nas – alkoholików – nie da się do niczego zmusić! Jak zaobserwowało wielu psychiatrów, przekora jest rzucającą się w oczy cechą znacznej części alkoholików (12x12, s.33). Im bardziej ktoś będzie próbował, tym bardziej to się nie uda… Każdy uczestnik AA może przyjąć radę lub sugestię ze strony bardziej doświadczonych członków, ale z pewnością nie będzie przyjmował poleceń czy rozkazów” (AA wkraczają w dojrzałość, s.155).
Brak zasad? Regulaminów? Środków dyscyplinujących? Czyż to nie raj dla zbuntowanych, niepokornych, niedojrzałych alkoholików? Czy w takich warunkach całkowitej „samowolki” AA miałaby szansę przetrwać choć rok? Jak bez zasad i reguł może funkcjonować tak duży organizm? Na całym świecie! A jednak może. Bo mimo braku regulaminów nie może być mowy o „samowolce”. Brak środków dyscyplinujących oznacza po prostu, że to ja sama jestem odpowiedzialna za moje zachowanie. Nie ma dyscypliny z zewnątrz. Ja mam ją mieć w sobie. Jak dojrzały człowiek. Sama, na każdym kroku, wtedy gdy potrzeba, gdy moje wady próbują przejąć ster, muszę się dyscyplinować. Rzecz trudna – szczególnie dla niepokornej „z natury” alkoholiczki – ale jakże przy tym rozwijająca ducha i siłę charakteru! Wprawdzie mierzę się jednocześnie z moimi kolejnymi wadami – czasem trudno żyć i postępować w sposób, jaki sobie założyłam, zgodnie z pewnymi wartościami, podczas gdy inni (zwłaszcza jeśli robi to większość) tego nie robią i, jak się wydaje, nie ponoszą konsekwencji… Bo przecież nikt ich (a to oznacza, że mnie również) nie może wykluczyć ze Wspólnoty AA ani nałożyć żadnych sankcji (bo niby kto miałby to robić?).
Ale to właśnie konsekwencje – realne, a nie potencjalne groźby – stoją na straży porządku w AA. Konsekwencje jakie każdy pojedynczy alkoholik, a także każda grupa ponoszą, jeśli postanowią działać „po swojemu” (czyli nie biorąc pod uwagę Tradycji Pierwszej oraz Czwartej). Początkowo to są konsekwencje natury duchowej, ale to działa jak domino: obniżenie satysfakcji z życia, brak celu, coraz częstsze konflikty z innymi, pogłębianie się chorego myślenia, samotność, być może powrót do picia, a dalej – wiadomo… Pijaństwo i śmierć nie są wyrokiem wydawanym przez ludzi u władzy, lecz rezultatem nieprzestrzegania zasad duchowych przez samego zainteresowanego (12x12 s. 174). Choćby z tego powodu opłaca mi się podjąć osobisty wysiłek i zachowywać się odpowiednio (czyli na przykład w zgodzie z zasadami dobrego wychowania, normami społecznymi; znajomość 12 Tradycji AA też mi w tym nie zaszkodzi).

*

Ktoś jednak musi wykonywać te wszystkie czynności, które są niezbędne do funkcjonowania AA, również do jego istnienia w szerszym kontekście – miasta, konkretnego państwa. Podejmować decyzje, organizować, zamawiać i drukować literaturę, reprezentować, wystawiać faktury, etc. Po to właśnie tworzone są służby i komisje. Tworzone i powoływane, jednak z pewnym zastrzeżeniem: odpowiedzialności wobec tych, którym służą. Komisje, rady, zarządy, wszystko to kojarzy się, i często łączy, z władzą i prestiżem (w różnych formach i na różnym poziomie), ale alkoholicy mówią: członkowie komisji i służb mają odpowiadać przed tymi, którym służą! To jakiś paradoks, a nawet dwa, zważywszy na fakt, że słowo „służą” nie jest i nie powinno być pustym hasłem. Nie ma w tym AA-owskim założeniu niczego dziwacznego, gdy przypomnimy sobie słowa dr Boba – gdyby ścisnąć program AA do minimum, to zostałaby miłość i służba. Z miłością i duchem służby, darowanymi nam w akcie przebudzenia duchowego, tak właśnie powinno/mogłoby to wyglądać. I wierzę, że często wygląda. Gorzej, gdy do służb i komisji pretendują osoby, nawet z czystymi chęciami i dobrymi intencjami, które jednak nie są w stanie przeskoczyć swoich wad. Służby – szczególnie na wyższych szczeblach wymagają bowiem takiego samego przebudzenia, takich samych postaw, jak praca w ramach 12 Kroku, a ten mówi jasno: przebudzeni w rezultacie tych Kroków… Jeśli tak jest, jeśli najpierw doznam osobistego przebudzenia, jeśli uprzątnę rumowisko przeszłości (naprawię krzywdy, uporządkuję relacje) i zacznę żyć według nowych reguł, które daje mi Program 12 Kroków, a dopiero w wyniku tego podejmę służbę, to i Tradycja Trzecia, a dokładnie jej ostatnia część (nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą) będą zachowane. Potwierdza to zresztą fragment dłuższej wersji Dziewiątej Tradycji: Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą. Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek.

niedziela, 8 września 2013

108. niby-przypadkowe lektury

Bywa tak: włączam sobie jakiś przypadkowy film albo sięgam po całkiem niewinną książkę, a tu… zaraz mi wyskakują z problemem alkoholowym!

* 

W PRL-u piją wszyscy: robotnicy, chłopi, inteligencja. Młodzi i starzy, kobiety starają się dorównać mężczyznom. Pije się z okazji (imieniny, urodziny, Dzień Górnika i Dzień Energetyka, pępkowe, Dzień Kobiet, chrzest, mecz wygrany i przegrany…), ale częściej bez okazji. Nie można odmawiać. Kto nie pije, ten kapuś. (…) W latach 80. milicjanci zatrzymują co roku na ulicach 450-600 tys. pijanych osób. Przy czym mowa tu tylko o tych, którzy dopuścili się zakłócenia porządku publicznego. Na co dzień pod wpływem alkoholu znajduje się około miliona osób! Każdego roku Straż Przemysłowa zatrzymuje 12-13 tys. pijanych pracowników, a kolejnych 20 tys. w ogóle nie wpuszcza do zakładów z powodu nietrzeźwości. Trudno oszacować, ilu Polaków naprawdę pije w pracy. (…) Ilu lekarzy pije? W Europie co piąty lekarz i co dziesiąta lekarka, więc u nas chyba podobnie. Wśród chirurgów jeszcze gorzej – problem z alkoholem ma co szósty lekarz i co czwarta lekarka. W Polsce nie ma takich badań. Śląska Izba Lekarska zatrudnia osobę, która ma pomagać lekarzom w walce z uzależnieniem. Zgłasza się do niej średnio 12 medyków na rok, a w izbie jest ich 15 tys. (…)
Dlaczego nikt przez tyle lat nie reagował na pogłębiający się alkoholizm pani profesor? Dlaczego jej się tego nie wybacza? Czy można było pomóc? Jak? Odpowiada psycholog dr Ewa Woydyłło: 
 Taki skandal jak pokazywanie pijanej lekarki w telewizji prawie nie zdarza się w Niemczech, Francji, Szwecji, a nawet w Czechach. Tam reaguje się szybko na niedopuszczalne lub nieprofesjonalne zachowania. W Polsce pozwalamy ludziom ginąc na naszych oczach, bo zakłamanie Polaków na temat picia sięga Himalajów. Prof. Gierek-Łapińska nie jest jedyna. Kobiet, do których nikt długo nie wyciąga ręki z pomocą, są setki. Albo nie wiemy, co robić, albo z wygody odwracamy się na pięcie. Koimy sumienia stwierdzeniem: „To nie moja sprawa”. Albo siedzimy cicho, bo sami mamy problem z alkoholem.
Alkoholizm jest chorobą umysłu, a nie wątroby. Zaprzeczenie to typowy mechanizm. Umysł alkoholika podsuwa mu wytłumaczenia, dzięki którym człowiek nie musi się z tym rozstawać. Lekarze piją więcej niż inne grupy zawodowe, ale nie są jedyni. Bardzo dużo piją księża, posłowie, dziennikarze, artyści. Lekarze często także nadużywają leków, bo mają do nich łatwy dostęp. Usprawiedliwiają się misją i szczególnym narażeniem na stres.
Dlaczego o istocie uzależnienia, o alkoholizmie jako chorobie całej rodziny, o nowoczesnym leczeniu studentom medycyny nie mówi się nawet przez pięć minut? Dlaczego dopiero na szóstym roku w ramach zajęć z psychiatrii poświęca się ledwie kilka godzin na omówienie skutków zaawansowanego alkoholizmu, a więc o delirium, polineuropatii, psychozach? Dlaczego o tym, jak się uzależnienie rozwija, nie ma ani słowa?
Gdy pani profesor mówi: „Gdyby wszyscy pili tyle co ja, Polska byłaby wzorem trzeźwości”, świadczy to o tym, że to ciężko chora osoba, a jej umysł wciąż pracuje na rzecz jej uzależnienia. Ona nie mówi tego innym. Ona powtarza to sobie. Ja?! Ja nie jestem uzależniona! Może czasem piję, ale przecież nie mieszkam jeszcze na dworcu albo pod mostem.
Kobietom w Polsce nie wybacza się pijaństwa. Polka, która jest tylko troszkę mniej święta niż Matka Boska, uchodzi już niemal za ulicznicę. To dlatego kobiety ukrywają problemy. Piją w samotności. Przelewają alkohol do butelki po coli, żeby dzieci nie widziały. Na matkę, która spóźni się po dziecko, przedszkolanki zawsze krzywo patrzą. Ojciec może przyjść nawet zawiany. Jemu się odpuszcza.
W naszym kraju nie potrafimy powiedzieć: „Masz problem, pijesz”. (…) Uważamy, że mamy w Polsce kulturę miłosierdzia, a uprawiamy kulturę ciemnoty i obojętności wobec cierpiących bliźnich. Gdy słyszę takie historie, serce mi krwawi. Przez hipokryzję i brak odpowiedniej wiedzy krzywdzimy miliony ludzi.


Dariusz Kortko, Judyta Watoła, Czerwona Księżniczka

niedziela, 1 września 2013

107. eskimosi

Przyszła dziś na oddział jakaś dama, aby się zająć duchową stroną naszego życia. Przedstawicielka Ruchu Anonimowych Alkoholików, a może innego podobnego stowarzyszenia. Chciała wzmocnić nas psychicznie i w tym celu opowiedziała kilka naprawdę świetnych historii. Po pierwsze, wyjaśniła, dlaczego ludzi, którzy wprowadzają innych do grup Anonimowych Alkoholików, nazywa się Eskimosami. Prawdopodobnie wszystko zaczęło się od pewnego faceta, który miał na imię Harvey. Otóż kiedy ten Harvey siedział sobie w barze gdzieś na Alasce, wszedł tam jeszcze inny facet, Tony, i zaczął rozmawiać z barmanem o Bogu. Harvey zapytał Tony’ego: „Wierzysz w te rzeczy?”. „Tak, wierzę” – odparł Tony. Wtedy Harvey powiedział: „Eee tam. Osobiście to sprawdziłem. Kupa bzdur, nic więcej”. Zaciekawiło to Tony’ego. „Co masz na myśli? Co się właściwie stało?”. Harvey zaczął więc swoją opowieść: „Zdarzyło się to podczas strasznej, naprawdę strasznej śnieżycy. Zgubiłem się i przez kilka dni nie udało mi się odnaleźć właściwej drogi. Byłem bliski śmierci. Ogarnęła mnie rozpacz. Całkowicie bezradny, padłem w końcu na kolana i zacząłem się modlić: Boże, jeśli jesteś gdzieś tam wysoko, proszę, wydostań mnie stąd, ocal mnie”. Harvey zamilkł na chwilę, więc Tony zaczął go ponaglać: „No i co się wtedy stało?”. A Harvey na to lekceważąco: „Nic takiego. Pojawił się jakiś Eskimos i pomógł mi się stamtąd wydostać”.
 Carrie Fisher, Pocztówki znad krawędzi

środa, 28 sierpnia 2013

106. dlaczego nie warto nieść posłania za pieniądze

W rozważaniach na temat Ósmej Tradycji pojawia się pytanie: Dlaczego tak ważne jest, by nie nieść posłania na pieniądze? Niektórzy bardziej świadomi, a może i bardziej odważni specjaliści/profesjonaliści w dziedzinie uzależnień wiedzą, a nawet mówią na głos, że profesjonalne lecznictwo nie ma spektakularnych sukcesów w leczeniu alkoholizmu (mówiła o tym np. Ewa Wojdyłło: Jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika). Anonimowi Alkoholicy mają rozwiązanie i pewną skuteczność. Jednak jak ona by wyglądała, gdyby za to rozwiązanie alkoholik-nowicjusz miał płacić? Owa skuteczność AA nie polega przecież wcale (albo w głównej mierze) na dostępności „leczenia”, bo w Polsce jak dotąd alkoholicy mają naprawdę doskonały – bezpłatny i bezpośredni – dostęp do profesjonalnej terapii odwykowej. Wic polega na tym, o czym pisał już w Wielkiej Księdze jej autor, że do cierpiącego alkoholika najlepiej, najskuteczniej i najszybciej może dotrzeć inny alkoholik, który miał te same lub podobne doświadczenia choroby, cierpienia, upadku, co jeszcze cierpiący alkoholik, a do tego ma doświadczenie wyjścia z alkoholowego impasu. Wszyscy kompetentni psychiatrzy, którzy zajmują się nami, stwierdzili, że czasami jest niemożliwością skłonienie alkoholika do przedyskutowania bez oporu jego sytuacji, zadziwiające jest również, że ani żony, ani rodzice, ani najbliżsi przyjaciele nie są zazwyczaj w stanie znaleźć lepszego sposobu podejścia do alkoholika niż psychiatra czy lekarz. Natomiast alkoholik, który znalazł dla siebie wyjście z sytuacji, który jest bogato wyposażony w fakty z własnego doświadczenia zdobywa zazwyczaj kompletne zaufanie innego alkoholika w ciągu kilku godzin. (Anonimowi Alkoholicy, str. 15)

Często alkoholicy wspominając swoje pierwsze dni i tygodnie w AA, mówią o podejrzeniu: coś tu nie gra, czegoś ode mnie na pewno będą chcieli w zamian! Jedni – a jest to po części i moje doświadczenie – obawiali się wciągnięcia w sektę lub nakłonienia do głębszego zaangażowania się w życie jakiegoś kościoła (w Polsce chodzi właściwie o jeden konkretny kościół). Drudzy wietrzyli podstęp finansowy. Pamiętam dobrze opowieść przyjaciela, który gdy usłyszał na pierwszym mityngu zaproszenie do Siódmej Tradycji i słowa: „utrzymujemy się z własnych dobrowolnych datków”, pomyślał: „Aha, tu was mam!”. Pomoc – szczególnie natury duchowej – „ofiarowywana” za pieniądze lub jakiekolwiek inne korzyści budzi nieufność i niechęć, zamyka, jest przez to mniej, o ile w ogóle,  skuteczna. Dlatego ważne jest, by Anonimowi Alkoholicy nieśli posłanie w ramach Dwunastego Kroku za darmo, bezinteresownie – by jak najlepiej realizować nasz główny cel, o którym mówi Tradycja Piąta.
Istnieje też pewna zależność natury, powiedzmy, psychologicznej, dość powszechna, dotykająca czy też zdarzająca się nie tylko alkoholikom: płacę, więc wymagam! Takie podejście – w przypadku płacenia za posłanie – może rodzić absurdalne sytuacje, kiedy potrzebujący pomocy chory (czasami ta choroba osiąga przecież wymiar wręcz szaleństwa, nie bez powodu mówi się o pijanym myśleniu) człowiek stawia warunki komuś, kto tę pomoc ma nieść, zatem komuś przynajmniej w pewnym obszarze zdrowszemu. Sens i celowość całej operacji stanęłyby wówczas pod znakiem zapytania, bowiem jej efektem z założenia powinny być przebudzenie duchowe oraz przemiana myślenia i postaw nowicjusza, nie zaś powrót na stare tory pijanego myślenia aowca, który niesienia posłania się podjął.

W tym miejscu warto jeszcze dopowiedzieć, że relacja udzielającego pomoc i tę pomoc przyjmującego, a dokładniej rzecz ujmując, intencje tego pierwszego powinny być jak najczystsze, jak najbardziej bezinteresowne. Korzyści nie oznaczają wyłącznie pieniędzy! Nie muszę żądać zapłaty za „pomoc”, żeby zrobiło się niejednoznacznie, żeby zniszczyć duchowy potencjał tej relacji i co za tym idzie naprawdę nie pomóc. Jeśli pozwalam – albo nakłaniam czy wręcz wymuszam, choćby sugestią, emocjonalnym naciskiem – by nowicjusz woził mnie swoim samochodem (nie dokładam się do paliwa), płacił za moją kawę, gdy łaskawie się z nim spotkam na omówienie jego wątpliwości, trudności, Programu, gościł w swoim domu, kupował jedzenie, pożyczał mi pieniądze, brał na siebie umowę za mój telefon komórkowy, wspierał mnie swoimi biznesowymi znajomościami i załatwiał moje prywatne sprawy to… w którymś momencie może się okazać, że z całej tej relacji nowicjusz wyniesie tylko jedno wrażenie – zostałem wykorzystany! A jeśli uzna, że ja z tymi moimi zachowaniami i postawą „reprezentuję” całe AA, że wszyscy anonimowi alkoholicy tak robią (a niby dlaczego miałby myśleć inaczej, skoro ma takie właśnie doświadczenie?), to nie tylko nie pomogłam. Być może zniszczyłam jedyną szansę tego człowieka na wyzdrowienie! A to już „przewinienie” dużo cięższego kalibru. Oczywiście, nikt mnie z tego nie rozliczy, bo AA nie ma narzędzi, które by to regulowały. Zostanę ze swoim sumieniem.
Podobnie, jeśli moje korzyści będą natury emocjonalnej: mam oto kogoś, kto ode mnie całkowicie zależy, jestem dla kogoś guru, ileż to ja robię dla tych alkoholików… Te kwestie oczywiście najskuteczniej reguluje sam program AA – nie bez powodu w Dwunastym Kroku napisane jest: Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków staraliśmy się nieść posłanie… Przebudzenie duchowe jest przed niesieniem posłania. I to ono właśnie chroni nowicjuszy przed moimi wadami.

piątek, 23 sierpnia 2013

105. honorowo, czyli jak?

Działalność we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza sie jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA. Tradycja 8 AA

*

Treść Ósmej Tradycji już na samym początku rodzi kilka pytań. Przy tej okazji zrozumiałam, dlaczego przez dłuższy czas Tradycje AA nie były w stanie przebić się do mojego, ogarniętego hasłami “zdrowego egoizmu” umysłu: Jaka działalność? Przecież to wszystko, to całe AA, jest dla mnie! Nie odwrotnie. To jednoznacznie mi pokazywało, że Tradycje nie dotyczą mnie, tylko jakichś tam działaczy. Przecież ja nie zamierzałam na tym polu działać. Nawet nie byłam tu w AA „na stałe”. No dobrze, dość tych anegdot (bo dziś tylko w takich kategoriach mogę traktować moją niedojrzałość i ignorancję). O co zatem chodzi z tą honorową działalnością i jakie działania wchodzą w jej zakres? Jacy pracownicy są AA niezbędni?
Nie chodzi tu raczej o honor rozumiany słownikowo, jako godność czy dobre imię. Choć za pożądane uważam, byśmy w rezultacie przebudzenia duchowego stawali się ludźmi honoru, czyli po prostu porządnymi ludźmi. W amerykańskim oryginale Ósmej Tradycji widnieje słowo nonprofessional. To znaczy “nie zawodowy”, “nieporfesjonalny”. Jak rozumiem, w naszym tłumaczeniu honorowa miała oznaczać non-profit (a nie odwoływać się do “honoru”), czyli wykluczyć przyjmowanie za tę działalność gratyfikacji. Zresztą, na pierwsze (i częściowo drugie) pytanie odpowiada rozszerzona wersja tej Tradycji: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się zawodowcami. Przez zawodowstwo rozumiemy pomoc udzielaną alkoholikom za opłatą lub na etacie. Możemy jednak zatrudniać alkoholików do świadczenia takich usług, do których musielibyśmy najmować niealkoholików. Tego rodzaju prace powinny być należycie wynagradzane. Nigdy natomiast nie powinno się płacić za realizację Dwunastego Kroku.
Kim są pracownicy AA? To pracownicy Fundacji Służb Krajowych i obsługa BSK: dyrektor, księgowa, sekretarka i prawdopodobnie kilka innych osób, niezbędnych do funkcjonowania biura i Fundacji, która jest podmiotem prawnym, co narzuca pewne określone uwarunkowania. Ciekawe jest zastrzeżenie zawarte w tej Tradycji, mówiące o niezbędnych pracownikach – w BSK potrzebny jest dyrektor, ale już vice dyrektor niekoniecznie…  Dlaczego te osoby – pracownicy AA – mają dostawać wynagrodzenie? Bo, po pierwsze, za pracę należy się wynagrodzenie. Ale są jeszcze co najmniej dwa praktyczne powody: jeśli ktoś ma dobrze wypełnieć swoje obowiązki w pełnym wymiarze godzin nie będzie w stanie gdzie indziej zarobić na życie – to chyba logiczne. I drugi, oczywisty dla tych, którzy mieli do czynienia z wolontariatem i ochotnikami, przerobiony też na własnej skórze AA – ochotnicy, szczególnie niecierpliwi alkoholicy, często i szybko tracą ochotę i… znikają z pola działania. Mogą, nic ich nie wiąże, nic nie podpisywali. To szczególnie dokuczliwe, a nawet kłopotliwe, gdy pewne prace muszą być wykonywane stale, w określonym czasie, bez względu na chęci czy zachcianki (ktoś musi odbierać telefony od alkoholików, przyjmować zamówienia na literaturę, ktoś musi wysyłać zamówioną literaturę, ktoś musi podpisywać faktury). Pobranie wynagrodzenia zobowiązuje mnie do wykonania pracy, na którą się ze zleceniodawcą umówiłam. Będę z tego rozliczona. Gdy w grę wchodzą kwestie prawne, finansowe taka odpowiedzialność jest niezbędna.

O tym, dlaczego tak ważne jest, by nie nieść posłania za pieniądze, już wkrótce...

sobota, 10 sierpnia 2013

104. my wiemy! (bo musimy, bo… się boimy)

Byłam jakiś czas temu na warsztatach sponsorowania AA. W części dyskusyjnej padło w kierunku spikera pytanie: A jak się zachowujesz wobec podopiecznych jeśli masz nawrót, czujesz się koszmarnie sam ze sobą, żyć ci się nie chce? Nie boisz się, że przekażesz im coś skażonego, niewłaściwego? Po sali przeszedł szmerek. Szmerek pobłażliwych, ukrytych za chrząknięciami, uśmiechów. Tych, co wiedzą! Spiker, z tym samym uśmieszkiem, powiedział: Nie rozumiem, o czym mówisz. Zaraz jednak się zorientował, że ironia może nie być właściwie albo w ogóle odczytana (bo pytanie zadane było zduszonym i dość zdesperowanym głosem, co sugerowało, że w tym wypadku może zabraknąć dystansu niezbędnego do czytania jakichkolwiek pozawerbalnych niuansów), i dodał: To znaczy wiem, ale to mi się nigdy nie zdarzyło. Pobłażliwym uśmieszkom zaczęło towarzyszyć porozumiewawcze kiwanie głowami. To się nie zdarza! My wiemy! My, na Programie znamy odpowiedź. Jeśli jesteś na Programie to wszystko gra, wszystko jest jasne i proste. A nawet jeśli zdarzają się kłopoty, to wiadomo jak je rozwiązać! OK., powierzamy się, ale i tak wiemy. Przyjmujemy wolę, ale… zaradzamy.
*
No dobrze, to teraz się przyznam: i ja tam byłam, i kiwałam. Może i najbardziej ze wszystkich. Wtedy tak właśnie wiedziałam. Skąd ta żarliwość w uśmiechaniu i kiwaniu? Za taką postawą mocno chronionej pewności czai się strach – że coś jednak pójdzie nie tak, że może ta metoda, ta ostatnie deska ratunku, w moim przypadku nie zadziała. Muszę więc przed sobą trzymać, niczym tarczę z godłem, przekonanie, że jeśli będę robić wszystko, jak przykazano, to nic złego mnie nie spotka, Program mnie ocali, to już tylko samo dobro, duchowa błogość. Jeśli będę robić wszystko… W pewnej starej księdze jest opowieść o bogatym człowieku, który stawiał spichlerze i krzątał się wokół swojej przyszłej, jeszcze większej niż dotychczasowa, pomyślności, całkiem zresztą rozsądnie i logicznie – skoro szykował mu się urodzaj stulecia. Jednak Historia czy Los (jakkolwiek je rozumiał) obeszły się z nim nienajlepiej. Mimo że się tak rozsądnie starał. Że zabiegał. W starej księdze nie piszą, że coś zaniedbywał, że robił coś wbrew. A jednak go zmiotło, zanim ujrzał pierwszy złoty kłos nowego zbioru.
* 
W Drogowskazach Wiktora Osiatyńskiego jest rozdział poświęcony jednej z książek Scotta Pecka, ważnego dla mnie autora i człowieka. Przeczytałam tam: Coś takiego („ciemna noc zmysłów”) przydarzyło się samemu Peckowi. Gdy miał 50 lat, w czasach największego sukcesu i powodzenia, zawładnęła nim na wiele miesięcy depresja. (…) Przez półtora roku było coraz gorzej, Pecka nie opuszczała depresja, nachodziły go myśli samobójcze, aż w końcu skończyło się to równie nagle, jak przyszło. Przeczytałam i zrzedła mi mina. Jak to? On? Przecież on wiedział! Wiem, że wiedział, bo napisał fantastyczną książkę (Droga rzadziej wędrowana; The Road Less Traveled), w której to wszystko jest! Jak to możliwe, że te przepisy, które jak się zdaje – i jak sam pisał – wprowadzał w życie, teraz nie poskutkowały? Ziarno niepokoju zostało zasiane, tym bardziej, że sama od jakiegoś już czasu odczuwałam zdecydowany spadek witalności, sił, chęci i towarzyszący im dyskomfort, że coś mi się rozłazi, nie nadążam, że to nie tak ma być. Nosiłam ten niepokój, to nierozwiązane równanie, przez dłuższy czas, a witalność, siły i chęci coraz bardziej nikły, co wywoływało natychmiastową reakcję: coś z tym zrobić, koniecznie! Zaradzić, rozwiązać, naprawić. Im bardziej chciałam zrobić, tym bardziej linka się zaciskała. Jak we wnykach – szarpiesz się rozpaczliwie i jest coraz gorzej, ranisz się coraz mocniej i tylko sił ubywa. Aż ubędzie ich na tyle, by móc się poddać, ogłosić bezsilność (na szczęście wciąż dzieje się to przed śmiercią nadziei).
*
Wiem, o czym mówił człowiek z sali. Bardzo mocno to odczuwam na własnej skórze. Pytanie "głupca" zamieniło się w zagadkę filozofa. Rozpaczliwe szukanie – i stosowanie – rozwiązań nie jest dla mnie dobrą metodą, bo tylko oddala od istoty. Ale to nie znaczy, że mam porzucić wszelkie rozwiązania i podpowiedzi. Są trzy, które zresztą dobrze znam: Tylko jedna rzecz na raz, Najpierw sprawy najważniejsze i Działaj tak, jakby… Aowskie mądrości, z których kiedyś tak szydziłam i nadal stosuję wyłącznie z odpowiednim komentarzem, to nic innego, jak zamknięte w skondensowanej formie hasła, sloganu konkretne rozwiązania. Krótko, żeby było łatwiej zapamiętać. Może i topornie, ale finezja nie jest kluczowa w ratowaniu życia, również duchowego… 

poniedziałek, 22 lipca 2013

antyporadnik



Wszystko zaczęło się od pewnej wymiany maili. Ktoś zapytał, czy mogłabym napisać tekst na nieco przewrotny temat:
jak wychować sobie męża. I w związku z tym, czy ja w ogóle mam męża? Wypaliłam wtedy, że mogę co najwyżej napisać, jak męża stracić, bo tu mam kompetencje niepodważalne! Straciłam skutecznie jednego. Nie jestem wcale z tego dumna. Ale przyglądając się z perspektywy czasu tamtej sobie, moim przekonaniom, pomysłom na życie i konkretnym zachowaniom wiem, że inaczej po prostu nie mogło być. Wypunktowałam wszystkie moje przewinienia, jednocześnie obserwując je u zaprzyjaźnionych lub zupełnie przypadkowych par. To było niesamowite! Mnóstwo ludzi na moich oczach popełniało te same błędy i wydawali się ślepi na to, co robią. Zachowywali się wybitnie nielogicznie, a przy tym jakby nie mieli świadomości własnych działań, a zwłaszcza ich – oczywistych wydawałoby się – efektów. Ale przecież i ja, kiedyś, nie miałam pojęcia, że postępuję nierozsądnie (a czasem wręcz głupio) i poniekąd na własną zgubę. W dodatku nie tylko własną, bo przecież w małżeństwo zamieszanych jest więcej osób.
Wkrótce pojawiło się zapotrzebowanie na drugą część: skoro kobiety mają już przepis na „utratę męża”, czemu skąpić analogicznej wiedzy mężczyznom? Zaraz potem okazało się, że w podobnie nierozsądny sposób niszczymy inne ważne relacje i tracimy bardzo istotne w życiu rzeczy.

niedziela, 21 lipca 2013

o sztuce tracenia


Tracić i rujnować w życiu można dużo i na dowolnym gruncie. Marnować relacje, znajomości, przyjaźnie, miłości. Talenty, możliwości, szanse i okazje. Na różne sposoby. Połowicznie i ostatecznie. W rujnowaniu i traceniu można się wręcz zatracić. Stworzyć z niego sposób na życie.
Niekiedy utrata się przydaje. Uwolnieni od ciężaru możemy pójść do przodu, ujrzeć rzeczy w nowym świetle, rozwinąć się. Choć dziwnym trafem znikanie z życiowej orbity właśnie tych największych, najbardziej męczących i rujnujących spokój ducha „ciężarów”, wydaje się najbardziej bolesne, rodzi największy opór. Jakim prawem mi to odbierają! Nie zgadzam się! Nie bardzo przy tym wiadomo, jacy „oni” tak krzywdzą oraz co niby ten brak zgody miałby zmienić, ale opór jest i nikt nie zarzuci, że łatwo się poddajesz.
Częściej jednak podkopywanie, czy niszczenie więzi i niewykorzystywanie okazji odbywa się nieumyślnie, nieświadomie i niezauważalnie. A gdyby jeszcze ktoś zasugerował, że te nieszczęścia i przykrości „zdarzają się” za naszą sprawą i na nasze własne życzenie… Oj, mogłoby mu się dostać! Można, rzecz jasna, ciągle trwać w pretensjach do losu, obrażać się na cały świat i żyć w przekonaniu, że to „ich” wina. Można z całych sił nie chcieć zobaczyć swojego udziału. Nie ma sprawy, każdy sam wybiera, każdy ponosi konsekwencje. Nawet wtedy, jeśli się na to nie godzi. Albo… przyjąć ewentualność, że sprawy mogą wyglądać trochę inaczej, niż zawsze się wydawało. A potem przeprowadzić mały eksperyment: zmienić, na jakiś czas, swoje postępowanie i po prostu sprawdzić, jak to działa.

*
A jeśli już tracić, to świadomie i z wyboru. Na tym polega ta sztuka.

poniedziałek, 8 lipca 2013

103. sponsor – moja wizytówka, mój sztandar

Od pewnego czasu obserwuję swoisty zwyczaj chwalenia się sponsorem. A także podopiecznym, choć ta pierwsza opcja występuje zdecydowanie częściej (nic dziwnego, łatwiej wszak mieć sponsora niż podopiecznego, do posiadania sponsora nie trzeba właściwie nic, do posiadania podopiecznego przydaje się choćby minimum, na przykład zrobiony własnoręcznie program). Słyszę zatem: moim sponsorem jest Iks, a moim Zet, a ja mam sponsora z miasta Igrek…
Być może nie ma w tym niczego dziwnego, może nikogo poza mną to nie razi, może to znak nowych czasów, ale… zwyczajnie się zastanawiam, czy chodzi wyłącznie o różnice w sposobie wychowania. Kiedyś (przed nową falą sponsorowania w polskim AA) nikt nie miał pomysłu brać potencjalnego sponsora w krzyżowy ogień pytań z gatunku: kto jest twoim sponsorem, czy twój sponsor ma sponsora i skąd, jaką metodą twój sponsor robił program oraz jak długo. Czasy się jednak zmieniły, wzrosła świadomość, w tym świadomość konsumencka – w końcu sponsor ma mi coś dać, a ja zasługuję na najlepszy produkt, w najlepszym opakowaniu! Ale czy dawniej tych pytań nie zadawano wyłącznie z powodów braku światowości? Bo nie wiedziano, że tak można? Nie do końca mnie zadowala takie wytłumaczenie. Z tych dawnych przedpotopowych czasów pamiętam radę: patrz na efekty, na postawę człowieka, którego mógłbyś poprosić o pomoc. Jeśli ma to, co ty chciałbyś mieć – a to również było definiowane: spokój, pogoda ducha, uczciwość, miłość, troska o dobro innych ludzi – poproś. Do dziś uważam, że to najlepszy sposób weryfikacji. Czasem wystarczy rozmowa, niekiedy trzeba poprzyglądać się dłużej.
Dziś, gdy program robi się zdecydowanie szybciej, a więc i do podopiecznych dochodzi się prędzej, być może zanim (i o ile) efekty własnej pracy będą widoczne, imię własnego sponsora i miasto, z którego pochodzi mogą być jedyną podpowiedzią, „reklamówką” moich możliwości jako sponsora, obietnicą tych potencjalnych efektów (jestem z linii Igreka, to powinno wam powiedzieć, na co mnie stać). Tylko czy faktycznie jest – miarodajną – podpowiedzią? Czy można powiedzieć: model toruński, tarnowski, gdański, wrocławski, warszawski, poznański? Czy to czasem nie grozi sprowadzeniem tematu do poziomu stereotypów: niemiecki porządek, pije jak Rusek, kradnie jak Polak czy Cygan?* Bo to by znaczyło, że wszyscy sponsorzy z danego miasta robią to samo, tak samo, używają tych samych słów, i takich samych przebudzeń duchowych doznają. A to przecież niemożliwe! Każdy z nas jest inny, mimo tej samej choroby, każdy ma swoje własne uwarunkowania, możliwości, gotowość. Znaczyłoby to, że jeden sponsor wypuszcza, jak z produkcyjnej taśmy, swoje klony, a to również nieprawda. Choćbym się bardzo starała – jeśli by mi przyszedł taki pomysł do głowy – moje podopieczne i tak mówią własnym językiem, i mają swoje drogi dojścia do pewnych, nawet zbieżnych z moimi (choć tak naprawdę programowymi) konkluzji.
*
Mam nadzieję, że przetrwam najazd barbarzyńców, zachowując własny poziom wrodzonej (a miejscami na własnych plecach wyuczonej) dyskrecji. Mam nadzieję, że nie jestem w tym sama. Ale też niczego nie neguję i nie zwalczam.
Ja patrzę na efekty i postawy, na zbieżność lub rozbieżność słów i czynów (a od pewnego czasu, odkąd mam zdecydowanie lepszy niż dawniej kontakt z rzeczywistością, mocno wyostrzył mi się „wzrok”), i tym się w życiu kieruję.


*Uprzejmie przepraszam wszystkich Niemców, Rosjan, Polaków, Romów, którzy mogli poczuć się w jakikolwiek sposób dotknięci – to wyłącznie losowo wybrane przykłady znanych autorce stereotypów, niemających wszakże wiele wspólnego z jej osobistymi przekonaniami i doświadczeniami.

poniedziałek, 1 lipca 2013

102. jeszcze o pieniądzach, współpracy i powiązaniach

Pieniądze zawsze wywołują emocje i spory. Zdarza się, że jakiś klub czy stowarzyszenie trzeźwościowe, by otrzymać dotacje na swoją działalność, powołuje się na Wspólnotę AA (a zatem wykorzystuje dobre imię AA, jej znak firmowy, jako wspólnoty o wysokiej skuteczności działania w obszarze radzenia sobie z uzależnieniem od alkoholu). Być może nazwa ta pada „przez przypadek”, „mimochodem”, ale AA jest odpowiednio kojarzone, a osoby z AA nie związane/urzędnicy/profesjonaliści naprawdę nie muszą mieć wielkiego rozeznania w temacie, nie muszą wiedzieć czy dana inicjatywa to AA czy klub abstynenta, nie muszą znać naszych Tradycji, zasad i wiedzieć, że my nie przyjmujemy dotacji z zewnątrz. Zatem zadbanie o dobre imię Wspólnoty, uczciwe rozdzielenie działalności AA i organizacji trzeźwościowych leży raczej w gestii członków-alkoholików  tej organizacji, szczególnie, jeśli jednocześnie są członkami Wspólnoty AA.
Poza wszystkim innym, działania powyższe, próby – często naprawdę podejmowane w dobrej wierze i z jak najlepszymi intencjami – połączenia AA z czymkolwiek, powodowały i powodują niezgodę i kłótnie w AA, a zatem rozłam, czyli godzą w jedność naszej Wspólnoty (Tradycja Pierwsza).

Powiązanie AA z jakąkolwiek inną, choćby cenną inicjatywą zawsze rodzi niebezpieczeństwo rozłamu – bo nie każdemu ta inicjatywa może wydawać się cenna; bo skoro z jednymi się związaliśmy, to czemu nie z drugimi, z tymi też możemy; wreszcie – bo w razie przemiany/ewolucji tej inicjatywy w coś odbiegającego od charakteru AA, jej ośmieszenia (za co przecież nie możemy odpowiadać, bo nie my, jako AA, ją tworzymy i o niej decydujemy) Wspólnota AA zostaje wciągnięta w rozgrywkę, połączona z czymś, co może być co najmniej dwuznaczne, „skażona” skandalem czy zwykłą niejasnością. A to wszystko już bardzo szkodzi najważniejszemu naszemu celowi. Powinniśmy być jako Wspólnota AA nieskazitelni i neutralni, by jak najwięcej cierpiących alkoholików mogło skorzystać z naszego sposobu, z tej wspaniałej możliwości osiągnięcia trzeźwego życia, z jakiej i my mięliśmy szansę skorzystać. Im mniej punktów zapalnych, tym większa szansa, że cierpiący alkoholik przyłączy się do Wspólnoty. I nie chodzi o to, by rozściełać czerwone dywany, ale by nie rzucać dodatkowych kłód pod i tak niezbyt stabilnie stąpające nogi.
*
A jak mogę wykorzystać Szóstą Tradycję w życiu osobistym? Widzę jedno podstawowe podobieństwo – żyć swoim życiem, a nie życiem innych ludzi, co grozi brakiem czasu i energii na własne zadania i refleksję nad własnym postępowaniem. Nie włączać się do zadań, które nie są zbieżne z moimi zadaniami, z moimi celami. Na pewno – i to mam dobrze przećwiczone – nie angażować się w spory i nieporozumienia bliskich i znajomych, którym mój autorytet, moje zdanie czy też moje poparcie jest potrzebne do własnego celu. Cena dla mnie, a raczej dla idei, którą wyznaję i w imię której działam, ale też dla wagi moich wartości, może być nieadekwatna do jednorazowego efektu. A z pewnością nie włączać się w te spory bez wyraźnego zaproszenia. 

niedziela, 30 czerwca 2013

101. współpraca – tak, spółka – nie

Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu. Tradycja 6 AA
*
Nie będę w tym miejscu powtarzać opowieści o doświadczeniach początkującego AA z nieudanymi próbami powiązania Wspólnoty z medycyną (szpitale) czy inną okołotrzeźwościową działalnością (kluby, ośrodki). O tych doświadczeniach można przeczytać w książkach 12 Kroków i 12 Tradycji i Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość. Osobiście miałam styczność z dwoma „problemami”: zbyt bliskimi powiązaniami AA z Kościołem katolickim oraz urzędami państwowymi: samorządowymi, gminnymi, miejskimi, dzielnicowymi, czyli próbą umoszczenia AA gdzieś pomiędzy wójtem a plebanem. Zdaje się, że w polskich realiach AA (czy to z powodów ekonomicznych, czy może pewnej niechęci i braku świadomości, czy wreszcie uwarunkowań gospodarczych i ustrojowych) ciągle jeszcze np. w kwestiach wynajmu sal na swoje spotkania musi korzystać z pomocy czy też dobrej woli przedstawicieli władz miasta, gminy, dzielnicy, zarządców/kierowników ośrodków terapeutycznych, szpitali, przychodni oraz Kościoła katolickiego (rzadziej innych wyznań). I wszystko mogłoby być w porządku (realne koszty utrzymania i kwestie faktycznej niezależności finansowej AA to już temat kolejnej, Siódmej Tradycji), gdyby na ustaleniu jasnych zasad, uwzględniających nasze Tradycje, się kończyło. Gorzej, gdy komuś się nagle zacznie wydawać, że skoro użycza Wspólnocie sali na spotkania, to członkowie Wspólnoty w sposób oczywisty i poza umową (bo udział w pewnych działaniach, np. remoncie może być wcześniej ustaloną przez strony formą „odpłatności” za salę) włączą się np. w remont budynku (fizycznie lub finansowo), będą chodzić z petycją w jakiejkolwiek sprawie czy też opowiedzą się po którejś (oczywiście tej jedynej właściwej) stronie w jakimś sporze. Gorzej, gdy niektórym członkom Wspólnoty AA zacznie się wydawać, że nie ma w tym niczego złego. No, bo czy to by komuś zaszkodziło? Nie, pomoc przy remoncie sali, z której korzystamy niemal za darmo albo wsparcie społeczności, z którą się znamy i czujemy się z nią związani nie jest niczym złym, a wręcz może być pożyteczne i rozwijające, pod warunkiem wszakże, że to wszystko będzie robił „cywilny” człowiek, a nie członek Wspólnoty AA. Jan Kowalski tak, ale już Janek, alkoholik z AA niekoniecznie. Z bardzo prostej przyczyny – jeśli jako cierpiąca alkoholiczka przychodzę na mityng, który ma ratować mi życie, i słyszę tam, że muszę dać pieniądze na kościół, muszę poprzeć lokalnego kandydata na stanowisko burmistrza, a ja nie mam zamiaru nikogo i niczego popierać, tym bardziej, że chwilę wcześniej przeczytano mi Preambułę AA, która mi to gwarantuje, to zaczynam się zastanawiać, czy chcę tu należeć, czy to naprawdę miejsce uczciwe, czy też kolejne takie, w którym głoszone zasady to jedno, a realne czyny – coś zupełnie innego. Przecież powiedzieli, że za swoją pomoc niczego ode mnie nie będą chcieli, że to bezinteresowne. I naprawdę nie interesuje mnie czy ksiądz tej parafii jest dobroczyńcą dla alkoholików albo czy kandydat na burmistrza zafundował alkoholikom z grupy wyjazd do Lichenia, Częstochowy czy nad Solinę. Poza tym, ja naprawdę mam prawo mieć resentyment do kościoła katolickiego oraz do konkretnej opcji politycznej, reprezentowanej przez owego kandydata. Bo moje poglądy nie mają absolutnie żadnego wpływu na moją przynależność do AA (gwarantuje mi to przecież Trzecia Tradycja).
*
Jest jeszcze jedna sprawa, która może być równie istotna – wizerunek Wspólnoty (a co za tym idzie – jej skuteczność) w społeczeństwie. Powiązanie z jakąkolwiek opcją polityczną, religijną, filozoficzną i ideologiczną powoduje, że przeciwnicy tej opcji (a zawsze są jacyś przeciwnicy każdej opcji) być może nigdy nie skorzystają z pomocy AA, nie będą Wspólnoty brać pod uwagę. Ale to nie wszystko. Kojarzy mi się pewien obrazek: huczne obchody okrągłej rocznicy powstania pewnej grupy AA; po uroczystej mszy i czymś w rodzaju mityngu rocznicowego pełnego podziękowań lokalnym działaczom miejskim, członkom/pracownikom urzędu gminnego, burmistrzowi i dyrektorowi miejscowego ośrodka leczenia uzależnień, wszyscy obecni, członkowie Wspólnoty AA oraz goście, są proszeni na skromny poczęstunek (wcześniej, w podziękowaniach dowiadują się, że poczęstunek sponsorowany jest przez urząd gminy), przechodzą do części ogrodu, gdzie pod białymi parasolami czekają już zastawione jedzeniem i napojami stoły. Czy na pewno nikogo nie zdziwią i nie będą razić reklamowe napisy na białych parasolach? Napisy, będące przypadkiem logo jednego z większych w kraju browarów. Być może alkoholicy to przełkną bez większego problemu, ale… czy naprawdę warto ryzykować, by jakiś niezwiązany z problemem alkoholowym człowiek, z natury trzeźwo myślący nie zaczął się zastanawiać, czy ci alkoholicy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi, kierującymi się zasadami, jak sami głoszą w swoich gorących opowieściach o zmianie, jaka zaszła dzięki AA w ich życiu? Czy zjedzenie kiełbasy i wypicie oranżady pod reklamą alkoholową jest grą wartą świeczki? Czy to aby na pewno nie szkodzi wizerunkowi AA? Owszem, każda grupa jest niezależna, co gwarantuje jej Czwarta Tradycja, ale z tym drobnym zastrzeżeniem, które w tej konkretnej sytuacji jest chyba przekraczane – bo to jednak dotyczy AA jako całości.

wtorek, 25 czerwca 2013

100. zupełnie nie wiem, jak to się stało

Przestałam pić w 26 roku życia. To wiek, gdy spora część alkoholików zaczyna się na dobre rozkręcać. Przestałam pić zanim w pełni zdałam sobie sprawę z mojego stanu i zanim faktycznie go odczułam. Przy okazji, to było dość dawno. Może dlatego nie potrafię sobie przypomnieć niektórych stanów – trudno, gdy nie osadziły się wtedy w mojej świadomości, jeśli przepływały niezauważone (fakt, że włożyłam w to „niezauważenie” mnóstwo wysiłku wcale nie zmniejsza braku kontaktu ze świadomą częścią mnie). Trudno mi było na przykład zlokalizować w sobie, po latach, obsesję picia – być może była ukryta pod moim perfekcyjnym make-up’em samozakłamania – choć inne obsesje z tamtego okresu namierzałam bezbłędnie. Z głodem alkoholowym poszło łatwiej – pokojarzyłam pewne stany, o których dowiedziałam się od specjalistów, że są elementami głodu, z moimi dawnymi zachowaniami i mogłam to sobie odhaczyć. Był jeszcze jeden czynnik, nieco bardziej tajemniczy, trudnonamierzalny. Czynnik z gatunku: zupełnie nie wiem, jak to się stało. W pierwszych miesiącach niepicia, po jakimś zawodowym evencie, poszłam ze znajomym do knajpy, w której kiedyś zwykle pijałam, w której w moim mieście zwykle pili wszyscy (których warto było znać – jak mi się wtedy wydawało). Usiedliśmy przy stoliku, ja z herbatą, on z piwem. Ja z wyjątkowo jasnym przekonaniem i poczuciem, że nie piję, jestem od miesięcy osobą niepijącą. On – nie mający pojęcia o moich myślach i lękach, i napięciu, że ktoś mógłby się dowiedzieć i co ja bym wtedy zrobiła. Gaworzyliśmy sobie dość miło, aż tu nagle… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z jego szklanką w mojej dłoni, tuż przy twarzy. Gotową do użycia, do przechylenia. Równie tajemnicza rzecz zaszła pewnego razu między mną, moją wolą i telefoniczną słuchawką. Sprawa dotyczyła pewnego narzeczonego sprzed stu lat (a dokładniej dziesięciu), który miał stać się zdecydowanie byłym narzeczonym, ale coś z tym czasem przeszłym nie wychodziło. Na aparacie telefonicznym przykleiłam kartkę: pod żadnym pozorem nie dzwoń! Wiedziałam, że nie mogę dzwonić. Nie miałam po co dzwonić. Nie chciałam dzwonić i… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale ocknęłam się z telefoniczną słuchawką wypełnioną jego głosem przy uchu, a dwa kwadranse później dokładnie w tym miejscu, które cofnęło całą operację rozstawania do linii startu.

Dawno już nie myślałam o tych dziwacznych, trudnych do wytłumaczenia zachowaniach. Nie zdarzają się przecież zbyt często. Ale dziś… od rana czekam na możliwość dopięcia pewnego projektu. Z mojej strony rzecz dawno skończona, potrzebna tylko weryfikacja klienta, a później mój podpis. Czekam na możliwość złożenia tego podpisu. Z tego powodu musiałam przesunąć wyjazd i wyjątkowo mi się to nie podoba. I dzisiaj też się nie doczekałam, pewnie jutro. Złość. I stan zawieszenia. Wieczór w takim stanie zawieszenia to bardzo nieprzyjemna sprawa. Takie niedokończenie, rozgrzebanie źle na mnie wpływa. Zaraz dołączyło doń niezdecydowanie w kwestiach wieczornych planów i nieszczęście gotowe. Weszłam do sklepu do którego wcale nie miałam wchodzić. I… zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale wyszłam z niego (nie, no oczywiście, że nie z butelką wódki!) z lodami, których ani nie planowałam kupić, ani nie chciałam jeść, ani nawet – i to chyba kluczowe – nie powinnam jeść, jeśli chcę się dobrze czuć we własnym ciele, co podpowiadał mi od kilku dni rozsądek (podpowiadał w formie specjalistycznych i poważnych wykładów). Co mną kierowało? Bo to przecież nie byłam świadoma ja? Jak to wytłumaczyć? Czy zadecydował moment, w którym zobaczyłam w lodówce właśnie te lody (kiedyś chciałam spróbować), czy rozmowa z ekspedientką (dopytanie o cenę i smak)? Kiedy mogłam się zatrzymać? Tuż przed zapłaceniem? A może zaraz za drzwiami, kiedy powiedziałam sobie: halo, po co je kupiłaś, przecież nie masz ochoty na lody?!
* 
I wreszcie: czy obrazek z zakupami, których się nie potrzebuje, nie chce, o których się nawet nie myślało, a jednak dokonało, byłby czytelną ilustracją zachowań osoby uzależnionej. Modelem stworzonym dla ludzi, którzy z uzależnieniami nie mają nic wspólnego, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie jak tak w ogóle można? Bo dzisiaj też się trochę naczytałam bezsensownych komentarzy w Internecie… które właściwie mnie nie dotyczą i mogłyby mnie nie obchodzić. A jednak, jeśli ten brak zrozumienia nie jest wynikiem ignorancji, to jednak trochę obchodzi, bo jakoś tak… obchodzą mnie ludzie. Ci, którzy piją, którzy przestali, i ci, którzy obok nich i z nimi chcą być.

czwartek, 13 czerwca 2013

099. gdzie ta nagroda? (do jasnej cholery!)

Przyłapuję się jeszcze czasem na dawnych nawykach myślowych, na przykład oczekiwaniu nagrody za pracę i rozwój na poziomie 180 procent normy (tak skromnie to sobie wyliczyłam). A tu guzik, nul, dupa, zero! Wiercę się troszkę, bo odkrywam, że nie jest jeszcze super ekstra, że pogoda ducha mnie nie unosi nad ziemią szarym pyłem pokrytą. Czekam, aż będzie, aż zacznie. Boczę się nawet odrobinę, że zwleka. Zastanawiam, co poszło nie tak, co zaniedbałam, gdzie mogę jeszcze wrazić łapkę i przykręcić, pokierować. No, i wtedy nadchodzi otrzeźwienie. A kto powiedział, że będzie lepiej? A skąd pomysł, że to, co teraz nie jest właśnie tym najlepszym? A może jutro albo za miesiąc czy rok zdarzy się coś, co każe wspominać ten czas jako cudowny? Może pora pożegnać się z wizją szczęśliwości, opartej na dolce far niente?

Od kilkunastu miesięcy sprowadzam się na ziemię, prostuję powykrzywiane przekonania, zapoznaję z rzeczywistością. Prawie każdy dzień przynosi nową naukę w temacie „Bo mi się wydawało…”. Lubię, gdy przestaje się wydawać. Choć czasem to wybicie ze snu rozczarowuje. Fakt, nierealistyczne oczekiwania rodzą rozczarowania. Tyle że kiedyś rozczarowania spotykały mnie (były przeze mnie perfekcyjnie organizowane, ale mój udział był przede mną samą - przeze mnie samą - skrzętnie ukrywany) na każdym kroku. Często te same, na ten sam temat. Nie wyciągałam wniosków. Myślałam: może tym razem albo tym razem już na pewno. Nic z tego! Mówią, że objawem obłędu jest oczekiwać odmiennych rezultatów przy tych samych działaniach. Co z tego, skoro uważałam, że ja żyję na innych prawach. Mi się uda! Tak, byłam szalona. Ale nadszedł czas pobudki z tego szalonego snu. Z przewietrzonymi przekonaniami życie wydaje się zdecydowanie prostsze i zdecydowanie mniej boli. Może to jest ta nagroda? Pewnie nie będzie piętrowego tortu bezowego z różowym kremem. Ale coś chyba będzie???

środa, 22 maja 2013

098. warto wiedzieć, co się nosi


Napisałam niedawno o Piątej Tradycji AA, ale wyszło mi dość… ciężko. Postanowiłam więc trochę rzecz skrócić i uprościć. Bo chodzi w tym przecież o sprawy bardzo proste i realne sytuacje, a nie żadne wydumane teorie czy abstrakcyjne historie.

Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. 
Tradycja Piąta AA

* 
W skrócie, tradycja ta określa zakres działalności Anonimowych Alkoholików. Dlaczego mówi tylko o jednym celu? Bo lepiej robić jedną rzecz dobrze niż zaledwie jako tako działać na wielu frontach. Tylko jeden cel, by nie rozpraszać się i nie tracić z pola widzenia tego, co najważniejsze. (Tego akurat Anonimowi Alkoholicy nauczyli się z historii i na błędach Towarzystwa Waszyngtona: wszystko szło dobrze, póki Towarzystwo skupiało się na pomocy osobom uzależnionym od alkoholu, ale sukces w jednej dziedzinie podsunął pomysł na kolejne rejony aktywności; gdy do alkoholizmu dołączyły inne, nie mniej palące problemy społeczne, okazało się, że nie tylko nie idzie świetnie, ale wręcz kurczy się zdolność realizacji pierwotnego celu).

*
Czym jest i jak brzmi owo posłanie? Wszak by coś nieść, warto najpierw wiedzieć, co to ma być. Najprościej rzecz ujmując, posłanie AA to przekaz nadziei: Jest sposób! My, Anonimowi Alkoholicy mamy rozwiązanie problemu i sposób na życie bez alkoholu, w dodatku życie lepsze niż dotychczasowe. Nam się udało.
Kolejne pytanie: Kim jest alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi? Najprościej sprowadzić rzecz do uzależnionych od alkoholu ludzi, którzy nie mogą przestać pić, nie widzą dla siebie szansy. W początkach Wspólnoty jej członkowie wyciągali takich alkoholików z knajp i barów, znajdowali „beznadziejne przypadki” w szpitalach miejskich. Dziś jest łatwiej, wielu alkoholików przychodzi do AA samodzielnie, ale jest wielu takich, do których trzeba dotrzeć z informacją, że jest szansa na zmianę, na wyzdrowienie. Dotrzeć w rozmaity sposób: przez profesjonalistów (lekarzy, policję, pracowników socjalnych, więziennictwa, pedagogów, psychologów, nauczycieli), ulotki informacyjne, ogłoszenia, wreszcie wizyty w izbach wytrzeźwień, na detoksach, szpitalach. Ale cierpiący alkoholik to przecież nie tylko nowicjusz, który nigdy wcześniej nie zetknął się ze Wspólnotą AA i jej Programem 12 Kroków. Coraz częściej cierpiących alkoholików, tyle że już wiele lat niepijących spotykam na mityngach. W ich przypadku często nie chodzi o zaprzestanie picia, bo to już przecież potrafią. Byc może ważniejszy staje się przekaz: Można dobrze, satysfakcjonująco żyć bez alkoholu. Rozwiązanie też mają Anonimowi Alkoholicy, i to od ponad 70 lat!

* 
W grupach wiele się mówi o zdrowieniu, gorzej, gdy to jedynie pusty slogan, za którym nie idzie konkretne działanie. Nie chodzi bowiem wyłącznie o zdrowienie „nasze”, czyli tych, którzy już członkami grupy są, bo doświadczenie AA pokazuje, że „nasze” zdrowienie opiera się wyłącznie na pomocy potrzebującym. Bez „przekazywania dalej” nie ma trzeźwienia. Jeśli grupa nie przyciąga nowicjuszy, nie stara się informować o sobie – sens jej istnienia jest delikatnie mówiąc dyskusyjny. Mało tego – wątpliwe jest jej „uzdrawiające działanie” na własnych uczestników. Nie jesteśmy, jako cała Wspólnota AA i jako jakakolwiek oddzielna grupa, klubem zamkniętym, skupiającym się tylko na własnych członkach. W praktyce to wcale nie musi wyglądać aż tak ewidentnie, to byłoby zbyt oczywiste, zbyt przerysowane. Wystarczy nie być otwartym, czyli wrażliwym na obecność nowicjuszy. Wystarczy ich jedynie „tolerować” i nie robić nic więcej. Można jeszcze przy tym deklarować, że nowicjusz jest tu – na naszym mityngu – najważniejszy, można się ograniczyć do opowieści o własnych początkach, ale jeśli za tym nie pójdzie konkretne działanie, jeśli po mityngu lub w przerwie nowicjusz będzie stał samotny pod ścianą, patrząc jak paczka kumpli z AA świetnie się bawi opowiadając sobie kawały, to… może nie zobaczyć w tym miejscu dla siebie szansy na przeżycie. Ale nawet jeśli jedna osoba na mityngu zajmie się nowicjuszem, ale grupa nie jest na nowicjuszy nastawiona (nie daje rozwiązań problemu alkoholowego, nie mówi o Programie 12 Kroków AA, nie przestrzega pozostałych Tradycji), efekt będzie podobny – nowicjusz nie wróci, zniknie lub zostanie w przekonaniu, że jedyną ofertą AA, jedynym, na co może w AA liczyć jest abstynencja. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, gdy grupa „wysyła” nowicjusza na terapię odwykową, a więc niesie posłanie dość zagadkowe.
Co zatem trzeba by robić, żeby alkoholik dostał to, do czego każda grupa AA jest powołana? Dzielić się doświadczeniem, ale uwaga! doświadczeniem AA, które mówi, że jeśli jeden alkoholik rozmawia z drugim o swojej chorobie (identyfikacja), to istnieje ogromna szansa, że się nie napije, oraz że jeśli postawi (czyli wykona) proponowane przez AA Kroki (opisane dokładnie w Wielkiej Księdze, a także w 12x12), to zostanie uzdrowiony z alkoholizmu.
Przestrzeganie tej zasady – Piątej Tradycji – winno być oczywistością: jeśli nie będziemy pomagać innym cierpiącym na chorobę alkoholową, sami zginiemy. Jednak rozłożenie odpowiedzialności (w grupie są inni alkoholicy, niech oni to robią, ja sam nie muszę się angażować) sprawia, że konsekwencje takiej postawy nie od razu są widoczne i odczuwalne (przez co mogą nie być wprost łączone z przyczyną, a niezdolność łączenia przyczyn ze skutkami jest zdaje się dość częstą przypadłością wielu alkoholików, jeszcze z czasów picia, a nierzadko i uzależnienie poprzedzających). Konsekwencje dla pojedynczego AA, który odpuszcza odpowiedzialność, i dla poszczególnych grup, gdy w mieście/okolicy działa ich więcej. Jakie są te konsekwencje? Jeśli osobiście nie zaangażuję się w przekazywanie rozwiązania problemu alkoholizmu, to moja własna trzeźwość (co rozumiem jako sensowne, dobre, pełne życie) stoi pod wielkim znakiem zapytania.

* 
Tradycja ta podpowiada mi też, jak mogę najlepiej służyć mojemu otoczeniu, społeczeństwu. Skąd mogę czerpać satysfakcję i poczucie pełni życia. Bo już teraz widzę wyraźny związek między poczuciem sensu a byciem potrzebną i pożyteczną/użyteczną. Wystarczy, że wykorzystam moje talenty, zdolności i mocne strony do niesienia posłania AA. Mogę to robić w sposób, jaki potrafię: w relacjach osobistych, jako spiker, mogę o tym pisać, śpiewać, nakręcić film. Ale mogę tę Tradycję potraktować jeszcze szerzej, jako wezwanie do wykorzystania moich zdolności na rzecz mojego otoczenia. Bezinteresownie i najlepiej jak potrafię. 

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

piątek, 10 maja 2013

096. pijackie tourne


Jakiś czas temu odbyłam pijackie tourne. Wiem, brzmi dwuznacznie, ale chodzi o jak najbardziej prozdrowotną, czyli z punktu widzenia wyczulonych na „te tematy” oczu i uszu niewinną podróż z alkoholikami, do alkoholików i w sprawach trzeźwościowych (że posłużę się tym mało zgrabnym żargonowym określeniem). Podróż była intensywna – trzy miasta – wysiłek w „dziele” jeszcze bardziej. Echa odzywają się we mnie do dziś, powoli, przetrawia się doświadczenie i informacje. Znowu w moim życiu potwierdza się to, że po naukę – jakąkolwiek – muszę wyjechać, ruszyć się z mojego wygrzanego, umoszczonego wygodnie miejsca. Podobne do już słyszanych, niekiedy wielokrotnie, treści jakoś są bardziej słyszalne z całkiem obcych ust.

*
Byłam na mityngu na peronie PKP, w knajpie i w pofabrycznym niby-biurowcu. Do piwnic czy kościelnych albo klasztornych katakumb już zdążyłam przywyknąć, podobnie jak do sal w szpitalach, ośrodkach terapeutycznych czy pomocy społecznej. Te nowoczesne rozwiązania bardzo mi się podobają, choć jak sądzę nie mają większego wpływu na przekazywane na spotkaniach treści. Aczkolwiek mogą mieć jedną niepodważalną przewagę nad pomieszczeniami kościelnymi, zwłaszcza w „naszym katolickim kraju”, w którym znaleźć alkoholika o pozytywnym czy choć neutralnym stosunku do Kościoła jest zadaniem niełatwym – właśnie neutralność.

*
Wystarczyły dwa tygodnie, żebym prawie zapomniała o wyjazdowym wyczerpaniu i zapragnęła znowu jakiegoś ruchu. I nie chodzi wcale o ruch na zewnątrz. Otarłam się tam o realną wspólnotę i bardzo mi jej brakuje. I wiem, jak jest cenna i pomocna. I chcę ją taką mieć u siebie, na miejscu. Zadziwiające, że wcale nie jest o nią trudno. Wystarczy tylko… zrobić pierwszy krok, podjąć wysiłek i odezwać się do kogoś. Wyjść z domu, sprzed komputera. Telefon komórkowy potraktować wyłącznie jako narzędzie do umówienia żywego spotkania. Bo wspólnota jest w realu, wtedy gdy jeden alkoholik, jeden człowiek rozmawia z drugim. Siedząc obok, patrząc na niego, czując go.

wtorek, 9 kwietnia 2013

095. wolnoć tomku

Każda grupa powinna być niezależna we wszystkich sprawach z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości. Tradycja Czwarta AA
* 
Wydawałoby się, że Czwarta Tradycja broni przede wszystkim niezależności i autonomii pojedynczej grupy AA (wolnoć Tomku w swoim domku), ale… im bardziej się przyglądam grupom i funkcjonowaniu Wspólnoty AA, im bardziej zgłębiam treść tej Tradycji, tym bliżej mi do przekonania, że (jak i w przypadku pozostałych Tradycji) broni ona raczej Wspólnoty przed nieodpowiedzialnością, egoizmem, egocentryzmem poszczególnych anonimowych alkoholików, którzy (bywa, że w dobrej wierze) tworzą, (równie często używając manipulacji), jakieś konkretne zasady na spotkaniach swojej grupy i konkretny wizerunek grupy (co niekiedy i dla niektórych nowoprzybyłych niestety oznacza wizerunek całego AA).
O Tradycji tej zwykle słyszałam w mało przyjaznych okolicznościach. Pojawiała się jako odbicie piłeczki na jakiekolwiek pytania, niepokoje, sugestie, dotyczące sposobu prowadzenia mityngów i podjętych przez grupę decyzji w kwestiach np. urządzania świąt, zapraszania gości (np. księży) czy finansów. Miało to znaczyć mniej więcej: każda grupa może robić co chce, więc wara wam od naszych pomysłów. Faktycznie, to może zamknąć i zwykle zamykało usta. Nawet tym, którzy do grupy należą. Tyle że… jakoś dziwnie, jakby zapominano, że za zdaniem o wolności pojedynczej grupy jest umieszczony bardzo istotny warunek! Jeśli to nie dotyczy innych grup lub AA jako całości. Warto by się więc zastanowić, co może dotyczyć innych grup i AA jako całości. Ano, na przykład to, że sposób prowadzenia mityngów przez grupę X dla właśnie przybyłego na taki mityng nowicjusza Zet będzie wyznacznikiem funkcjonowania całego AA. Bo niby dlaczego Zet miałby myśleć, że inne grupy działają inaczej? Skąd miałby wiedzieć, że może pójść na mityngi różnych grup i wybrać tę, która mu pasuje? Jeśli grupa X będzie niezbyt odpowiedzialnym reprezentantem całej Wspólnoty AA, nowicjusz Zet nie otrzyma w niej pomocy albo odejdzie, odstręczony niezgodnymi z Tradycjami AA oraz z Preambułą zachowaniami i postawami.
Jak to wygląda w życiu? Powiedzmy, że grupa ustala swój własny scenariusz mityngu i własny kanon literatury. Wolno jej? No, wolno! Czytać Dezyderaty, Orędzia Serca, medytacje 24 Godziny na dobę czy Dzień po Dniu. Pracować na „programie smutków i radości” zamiast na Programie 12 Kroków AA. Wprawdzie cierpiący alkoholik zamiast rozwiązania swojego problemu dostaje co najwyżej możliwość wysłuchania frustracji innych alkoholików oraz ładnie brzmiące i naprawdę wzruszające teksty literackie, ale…
Albo powiedzmy, że grupa postanawia urządzić na swoim mityngu którekolwiek ze świąt (wiele grup już tego nie robi, ale zdarzają się bastiony „tradycji”, które sądzą, że właśnie Czwarta Tradycja wspiera je w tym działaniu), rocznic, niekiedy huczniej obchodzonych niż wesele. Wolno jej? No, wolno, skoro tak ustaliło sumienie grupy, skoro ma prawo do niezależności… Powiedzmy, że na taki mityng trafia człowiek, który bardzo chce przestać pić, ale oprócz „zwykłego” alkoholizmu ma jeszcze jedną przypadłość (obawiam się, że charakterystyczną dla większości polskich, a może i nie tylko polskich alkoholików): niechęć do wszystkiego co religijne, i co bardzo często w naszym kraju oznacza po prostu – katolickie. Być może ta niechęć jest nawet silniejsza niż potrzeba ratowania życia (tym bardziej, że nowicjusz nie dostaje nadziei na wyzdrowienie, bo grupa zajęta jest raczej dzieleniem się jajkiem, opłatkiem lub tortem, niż nadzieją). Taki alkoholik nie zdąży się dowiedzieć, że w AA Bóg nie jest przypisany do konkretnej religii i dzięki temu we Wspólnocie jest miejsce dla wszystkich. Co oczywiste, nie zdąży odnaleźć tego swojego Boga, który jako jedyny może mu uratować życie.
Ktoś może powiedzieć: jeszcze nikomu to nie zaszkodziło, ten opłatek, to jajeczko, ta świeczka, te rozczulające liryczne teksty, te zgaszone światła! Być może, ale czy na pewno? Przecież powiedzieć tak mogą tylko ci, którzy zostali. Tych, których to odstręczyło lub zwyczajnie wystraszyło, w grupie nie ma. Może nie ma ich nigdzie. Być może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ów wspomniany już warunek, ograniczający niezależność każdej grupy do… Piątej Tradycji. Ale również Pierwszej, do której odwołuje się zresztą rozszerzona wersja Czwartej Tradycji AA: Gdy jednak jej plany dotyczą również dobra innych grup, powinny zostać z nimi uzgodnione. Żadna grupa, żadna intergrupa czy rada regionalna ani żaden pojedynczy członek AA nigdy nie powinni podejmować działań, które mogłyby wpłynąć na AA jako całość bez uprzedniego porozumienia się z powiernikami. W takich sprawach nasza wspólna pomyślność jest absolutnie nadrzędna.
Niezależność jest przywilejem. Ale jest też odpowiedzialnością. Póki swoją postawą i decyzjami nie krzywdzę innych, póty mogę robić co chcę. Problem pojawia się wtedy, gdy to ja (sama albo z paczką kolegów) chcę decydować, czy to co robię lub robimy wyrządza komuś krzywdę.
*
A co z przypadkami łamania Tradycji? Czy grupie grozi za to jakaś kara? Anonimowi Alkoholicy nie są organizacją ani instytucją, nie posiada zarządu ani żadnej „władzy”, w związku z tym nikt nie może nałożyć na nikogo żadnych sankcji. Może warto by było mieć świadomość, że każde naruszenie Tradycji AA godzi w dobro grupy i w dobro oraz bezpieczeństwo innych alkoholików, szczególnie tych, którzy się dopiero w AA pojawią. A przecież to dla nich właśnie istniejemy – dla alkoholików, którzy wciąż jeszcze cierpią.
Każdy aa w grupie, każda grupa w strukturach ma prawo do popełniania błędu. Nie można nikomu niczego zabronić ani nakazać, bo niby kto by miał to robić? Może to zrobić tylko nagle przebudzone sumienie grupowe, pobudzone pytaniem: czy nasze działania, nawet dokonywane w dobrej wierze, nie wpływają negatywnie na wizerunek AA jako całości?
* 
Jak tę Tradycję mogę wykorzystać w codziennym życiu? Kierując się radą św. Augustyna: Kochaj i rób co chcesz. Ponieważ miłość, podobnie jak wolność, oznaczają przede wszystkim odpowiedzialność, a nie samowolę i dążenie do zaspokajania własnych zachcianek.
Jeśli należę do jakiejkolwiek grupy, wspólnoty, rodziny to moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna wolność innego człowieka. Nie oznacza to, że moja wolność przestaje się liczyć. Oznacza, że wolność innej osoby czy grupy liczyć się zaczyna i muszę ją brać pod uwagę w moich pomysłach i decyzjach. Tradycja Czwarta jest w tym wypadku bardzo zbieżna z Tradycją Pierwszą i moją uważnością na „nasze wspólne dobro”.