czwartek, 23 lutego 2017

178. to w końcu co kieruje moim życiem?


Ostatnia smużka snu ścigała się z budzikiem. Wstałam wzburzona, totalnie rozbita, z zamętem w głowie i ciele. Tak, ciało doskonale wyrażało mój stan. Nawet gdybym niczego nie pamiętała, jasno komunikowało, że stało się coś złego. No, to szukam, cóż takiego się zdarzyło.
Zdarzyło się oto, że byłam w towarzystwie znajomej w studiu telewizyjnym czy radiowym. Oprócz nas i prowadzącego był jeszcze jeden rozmówca. I nagle ta znajoma zaczyna opowiadać jakieś bezsensowne rzeczy o AA, próbuję oponować i prostować, ale ona miażdży mnie szyderczo mityngową zasadą: Nie przerywa się, prawda?! Krótkim zdaniem usadza mnie na miejscu, choć fizycznie nie zdążyłam się jeszcze poderwać, ośmiesza mnie i cała ideę. Przed tymi dwoma mężczyznami, przed całym tłumem odbiorców pokazuje, że można mnie nie szanować, nie liczyć się ze mną. Sucz jednak!
No dobra, tyle sen, ale co to ma wspólnego z rzeczywistością? Otóż to. Ja wiem, że nic! Może poza małą faktyczną niechęcią do znajomej, żalikiem, że jest, jaka jest, a nie taka, jak by było miło, snującą się przez lata znajomości. Ja wiem, rozumem ogarniam, że nic, ale moje ciało mówi coś innego. To wręcz niesamowite, jak bardzo moje ciało jest w innej historii. Tu poranek, słońce, yerba, porywające plany i zadania, a ono buzuje. Tłumaczę sobie i jemu: Ej, to nie działo się naprawdę, wyluzuj, to tylko sen! Niby mnie słyszy, ale za kwadrans znowu widzę, że złe. I oby nikt nie zadzwonił, nie pojawił się w zasięgu, bo mu się oberwie za… za mój sen.

Po godzinie do dwóch pacyfikuję się ostatecznie i stawiam do trzeźwego pionu, rysując swoiste memento z tych wszystkich razów, gdy tłumaczyć i pacyfikować nie mogłam, bo nawet nie miałam świadomości, co się we mnie i ze mną odbywa, z tych wszystkich razów, gdy ruszałam w świat hojnie rozdając każdej napotkanej osobie moje niezadowolenie, naburmuszenie, złość, zohydzenie. Ach, te wszystkie pomysły, że jestem panią swego życia – ja tu rządzę i zarządzam... 

wtorek, 7 lutego 2017

177. uwierzyć, że można



Odkąd zrozumiałam, że moim problemem jest brak siły duchowej i to on powoduje, że cierpię, moim nadrzędnym celem jest zadbanie o stały dopływ tej siły. 

Czasami, szczególnie podczas rozmów z podopiecznymi, przychodzą mi do głowy dziwne, zupełnie nie moje, porównania (niekiedy zaskakują mnie swoją przyziemnością, ale też trafnością i już się nauczyłam, żeby nie oceniać ich przez pryzmat mojego „twórczego ego”, bo ono i jego satysfakcja są tu najmniej istotne), jakby się same wymyślały dla objaśnienia jakiegoś konkretnego problemu. Najważniejsze: mają być zrozumiałe. 

*

Zadzwoniła przyjaciółka i pod koniec rozmowy, z lekkim oporem mówi: Rozmawiałam z koleżanką, zdeklarowaną ateistką, i tak mi się przykro zrobiło, gdy powiedziała, że nawracanie się czy zwracanie do Boga w chwili nieszczęścia, choroby to nic innego niż wyraz ogromnej słabości…
Ciekawe, zwłaszcza, że wczoraj dokładnie ten sam temat poruszyła znajoma z AA. Czy to nie żałosne i słabe iść do Boga po latach olewania go i teraz nagle prosić o pomoc, bo jest się w potrzebie? Przecież gdyby była na jego miejscu to by to oceniła naprawdę… słabo. 
Ta dziwna koincydencja (przyjaciółka – znajoma – a i ja sama, to przecież tak bliskie mi myślenie) sprowokowała mnie do przytoczenia porównania, które przyszło mi do głowy podczas wczorajszej rozmowy. Może jest nas więcej tak komplikujących sprawy.

*

Powiedzmy, że istniał kiedyś kran (tak, kran; wiem, sama jestem zaskoczona, ale właśnie to chciało być powiedziane). Rodzice przynosili do niego nowonarodzone dzieci, a potem przyprowadzali maluchy. Te, gdy podrosły, przybiegały przed szkołą same, a całkiem już dorosłe przyprowadzały własne dzieci. Codziennie każdy przychodził do kranu, odkręcał go i pił. Kran istniał po to, by z niego pić. Dostępny dla każdego. Bez nadzorców i strażników, decydujących o dostępie do kranu, bez ogrodzeń i opłat. Picie z kranu było naturalne i neutralne. Jak chodzenie, jedzenie i oddychanie. I jak oddychanie i jedzenie – potrzebne.
Kran istnieje nadal, nadal neutralny. A my odstawiamy cyrki: czy można się z niego napić, kiedy i pod jakimi warunkami. I co kran na to. Otóż, widzi mi się, że z kranem nic się nie zmieniło: istnieje wciąż po to, żeby z niego pić. Poza ocenami i wartościowaniem, kto pije i czy mu się należy. Cała reszta, te wszystkie wątpliwości to już nasza specjalność.