Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krok 7 AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krok 7 AA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2015

156. dwanaście kroków instant - 4

Oto kroki, które mi uświadomiły, kim naprawdę jestem i co mogę. Piąty Krok był w pewien sposób łatwy – dotyczył przeszłości, którą bardzo potrzebowałam uporządkować. Ale nagle okazało się, że ja w teraźniejszości też wymagam uporządkowania, po to choćby, żeby za jakiś czas nie musieć powtarzać inwentury i kolejnego wyznania istoty moich błędów.  Świetne, trudne kroki, które z jednej strony budują mój charakter, z drugiej – nie pozwalają odlecieć w pychę. Mechanizm samoregulujący działa z odroczeniem, ale jest niezawodny (ile upokorzeń muszę sobie zafundować zanim spokornieję?). 

Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.

Mam przed sobą całą listę moich wad i wypaczeń, które odkryłam w kroku IV i wyznałam w V. Większość z nich mnie zasmuca i nie chcę nimi więcej krzywdzić innych i siebie. Co mogę zrobić, żeby zbudować gotowość i pragnąć pozbyć się wszystkich wad, a nie tylko tych, które teraz mi przeszkadzają? Żeby zobaczyć wady takimi, jakie są, w prawdzie, by nie chcieć zostawić już żadnej z nich, nie chcieć ich używać? Mogę powiększać moją świadomość, odpowiadając na pytania: w jaki sposób tą wadą krzywdzę, jakie straty ponoszę ja i inni z faktu, że jej używam? Ale też: jakie mam korzyści – trudniej mi będzie zapanować nad sobą, jeśli nie będę świadoma, kiedy i z jakiego powodu/po co korzystam z jakiejś wady. A także – co mogę zrobić, jakie konkretnie stosować metody, żeby nie używać wad. 

Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.


Wykonałam i wykonuję moją część zadania – czyli staram się nie używać wad – ale wciąż skazy charakteru tkwią w mojej „torbie podręcznej”. Nad wieloma, mimo starań, nie udaje mi się zapanować. To nie ja zlikwiduję moje wady, choć tylko ja mogę przestać ich używać, tylko ja mogę zacząć być porządnym człowiekiem. Do likwidowania, a więc usuwania wad z „torby podręcznej” potrzebna jest Siła potężniejsza niż moja własna – Bóg. Muszę się jednak do Niego zwrócić w pokorze, czyli ze świadomością własnych ograniczeń. Widzieć, czego już sama nie zrobię, gdzie jest granica. I pogodzić się z tym. Poprosić o pomoc to znaczy: nie wysługiwać się. Swoją część – to co naprawdę jestem w stanie – muszę wykonać uczciwie.  


wtorek, 23 marca 2010

022. krok za krokiem


Przez pierwsze kilka lat niepicia Kroki AA były dla mnie czymś zamglonym, nie do dotknięcia, czymś na później. Zawsze na później. Słyszałam, gdy czytali, sama czytałam, ale przepływały przeze mnie nic nie zostawiając, albo tyle, co woda czerpana sitem – ledwie mokry ślad minionej obecności. Nigdy nie pracowałam nad nimi solidnie i systemowo – nie winię się, systematyczność to po prostu nie mój styl – ale przychodziły chwile, że złapane gdzieś w locie Kroki wpasowywały się idealnie w mój aktualny fragment życia, odpowiadały i prowadziły. Czasem wzajemnie się przenikały, przepływały, przechodziły jedne w drugie, uzupełniały się i tworzyły coś tak oczywistego i jednocześnie tak nowego.
Kroki trzeci, szósty i siódmy.
Powierzenie woli, zauważenie i nazwanie wady, pokorna prośba o jej usunięcie. Takie proste, a tak wiele pułapek po drodze. Definiujesz wadę i prosisz. I nic się nie dzieje. Dlaczego? Czy Bóg ma to gdzieś? Możesz tak prosić i prosić, ale póki nie upadniesz tak naprawdę na kolana, póki nie dotkniesz prawdziwej pokory – nic się nie stanie. Prawdziwa pokora. Co ja mogę o niej wiedzieć… Otarłam się o nią zaledwie kilka razy. Prawdziwa pokora jest wtedy, gdy widzę i dogłębnie, do bólu odczuwam, że ja nic tu nie zdziałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie dam rady. Sama nie podołam. Nie wiem nawet od czego zacząć. Albo może i mam jakieś pomysły, lecz tylko kręcę się w kółko, bo nic nie działa, nic się nie zmienia. Próbuję i staram się (nie wystarczy po prostu chcieć: „chciałabym nie ranić ludzi” to zbyt ogólnikowe), ale nic się nie zmienia. I dopiero wtedy, umęczona i zrezygnowana, oddaję. Może nawet, nim oddam, przez krótką chwilę, godzę się na siebie taką. Taką, czyli nie-doskonałą. O, to już prawdziwy wyczyn, porzucić marzenie o wielkości, o pomniku.
Dobrze, przecież nie chodzi tylko o to, że jestem złośliwa, że sprawiam przykrość innym. To wierzchołek. To skutek. A co pod tym? (Zazdroszczę ludziom, którzy w prostocie oddają, nie zagłębiając się szczególnie w co, i dlaczego, i po co. Ale chyba mogłabym zaakceptować, że ja mam inaczej, że mimo przesadzonego rozrostu procesu myślowego mam szansę na uzdrowienie). Dlaczego tak się zachowuję, czego się boję, co chcę zyskać, jaką się pokazać? Bo chyba o takie rzeczy chodzi. To do nich ma dobrać się mój Bóg, to je uzdrowić. A ja mam tylko pozwolić i ufać, że On to zrobi.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...