czwartek, 30 czerwca 2011

061. list pożegnalny

Zauważyłam w statystykach mojego bloga, że sporo ludzi trafia tu szukając… szablonu czy wzoru pożegnalnego listu do alkoholu. Ja wiem, że my ludzie, a tym bardziej my – alkoholicy, jesteśmy leniwi do szpiku kości, ale jaki sens ma odpisywanie tej pracy domowej? Spojrzałam do statystyk właśnie dziś, po rozmowie z moją sponsorką, która, tak, właśnie dziś, zadała mi taki list. Przecież mogę go „zgapić”. Nie będzie nawet kradzieży dóbr intelektualnych, bo to moje własne dobro (choć nie jestem pewna, czy tamta ja, sprzed niemal 12 lat, to ciągle ja), ale ten pomysł wydaje mi się idiotyczny. Ja przede wszystkim jestem ciekawa, co dziś mam mu do powiedzenia na do widzenia.  Mu – znowu personifikacja. Ale obędzie się tym razem bez tanich chwytów i efekciarstwa, bez emocjonalnej epilepsji.

piątek, 10 czerwca 2011

060. małe kłamstewka


Zbierają się latami. Odkładają, rosną w sterty i hałdy. Nie tykane, nie wietrzone, niezauważane  – przecież są takie małe, takie niewinne… Kłamstwo lub podłość wielkiego kalibru strasznie uwiera, choćby tylko dla własnego komfortu i spokoju trzeba się z nim rozprawić. Ale małe niewinne kłamstewka? Nawet nie kłamstewka przecież, ot, przemilczenia, małe przebarwienia rzeczywistości, niezrozumienie tematu…

*

Nie wynikały z celowego ordynarnego mijania się z prawdą, z chęci zatajenia czegoś. Nie, były jedynie systematycznym, metodycznym wręcz przetrącaniem definicji, myleniem pojęć. Przy okazji niezwykle skutecznym, misternie zawoalowanym mechanizmem obronnym. Czy umyślnym? Na poziomie świadomości nie miałam takiej intencji. Ja – ta codzienna, zdrowiejąca, mocno stąpająca po gruncie teraźniejszości (albo choć próbująca się do tej wizji zbliżyć) – nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć, że to robię. Wolałam się za bardzo nie wgłębiać w pojęcia, które nagle zaczęły mnie dotyczyć. Stworzyłam własne ich definicje (oparte na stereotypach, wykoślawionych, niesprawdzonych informacjach, plotkach, braku wiedzy, czyli po prostu ignorancji) – bezpieczne dla mnie zakłamanej i dla mojej choroby zakłamania – i przez lata ich się trzymałam. „Trzymałam się” to mało precyzyjny opis. Ja do nich w ogóle nie zaglądałam, nie wietrzyłam przekonań, nie weryfikowałam. Bo i po co? Żeby odkryć coś dla mnie niewygodnego? Coś, co może zacząć uwierać moją dobrze odżywioną tożsamość świetnie trzeźwiejącej alkoholiczki (jeśli już musiałam mieć przylepione do siebie słowo „alkoholiczka”, to tylko osłodzone jakimś wzorowym epitetem).Sporo przekonań na temat mojego picia odkłamałam dosyć szybko, w pierwszych tygodniach i miesiącach niepicia. Ale kilka czekało na sprostowanie wiele lat.

*

Pierwsze małe kłamstewko. Nie wynosiłam z domu. Wynoszenie z domu łączyło się dla mnie z następującym obrazkiem: sprzęt grający, biżuteria zastawione w lombardzie, książki oddane do antykwariatu, cenne przedmioty wysprzedawane po to, by mieć pieniądze na alkohol. To oczywiste, że nie mogę się z tym identyfikować. Koniec, kropka! Ale nie przyszło mi do głowy, że kupowanie sobie drinków za jedyne dostępne pieniądze – które zarabiał mój mąż – jest… tak, właśnie tym. Pomniejszaniem domowego budżetu. Czyli okradaniem najbliższych. A moje pierwsze zarobione pieniądze? Uznałam, że są moje właśnie i mogę z nimi robić co chcę. Mogę je przepić. Tych nie musiałam wynosić, bo ich do domu nawet nie przynosiłam. Więc chyba się nie liczy?Drugie małe kłamstewko. Nie piłam alkoholi niekonsumpcyjnych. Naturalnie, że nie! Wody brzozowej, denaturatu czy płynu Borygo nie miałam nigdy w ręku. Cóż za pomysł, żeby zadawać mi takie pytanie. Mi! Nie budziło za to moich zastrzeżeń to, że tak chętnie brałam się za wzmacnianie organizmu Biovitalem (który nie wiedzieć czemu serwowałam sobie zawsze w kieliszku do likieru) albo że buteleczka Neospasminy (ulubionej od dzieciństwa i zażywanej obficie) starczała mi na dwa „użycia”, rzecz jasna bez konsultacji z lekarzem. W dalszej kolejności jest bimber (odpowiednio doprawiony smakował prawie jak winiak, no, w każdym razie na pewnym etapie „prawie” nie robiło specjalnej różnicy). Można się oczywiście upierać, że syropy są przecież przeznaczone do spożycia. Tak, ale jako leki, w ściśle określonych – i przepisanych! – dawkach.Trzecie małe kłamstewko. Nie piłam ciągami. Cóż to jest ciąg, cug, korek, kocioł? To wielodniowe patologiczne picie, od rana do wieczora, a właściwie od świtu do świtu, bez przerw, bez powrotów do domu. Przepraszam bardzo, do takich rzeczy proszę mnie nie mieszać! To, że każdego wieczoru wypijam kilka lampek wina, ale przecież nie każdego się upijam, to że po „ciężkim wieczorze”, takim z gatunku już nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust, do obiadu wypijam ożywcze, orzeźwiające piwo, to chyba jeszcze nie tragedia? Jaki to ciąg? Nie docierało do mnie, że każda definicja ma wersję minimum, w tym przypadku chodzi o codzienne przyjmowanie dawki alkoholu. Przyjmowałam? Przyjmowałam!Czwarte małe kłamstewko. Nie piłam w miejscach, które uważałam za nieodpowiednie dla mnie i z ludźmi, z którymi w innym wypadku nigdy bym nie utrzymywała relacji. Och, oczywiście, że piłam, ale nie dlatego, że musiałam. To był mój wybór. Bo ja robiłam taki eksperyment! Ja – kobieta nowoczesna, wykształcona, feministka i buntowniczka mogę robić co chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Miałam taki kaprys, żeby wejść do jakiejś spelunki. To była ciekawość człowieka poszukującego… takie zbieranie materiałów. Z pewnością nie miało wiele wspólnego z tym, że w okolicy nie było innego lokalu o nieco wyższym standardzie obsługi, że akurat na droższy lokal niekoniecznie starczyłoby funduszy albo że z jakiegoś powodu bałam się do tego „lepszego” wejść (a z mordowni mnie chyba nie wyproszą?)Wylazły na powierzchnię w idealnym momencie – gdy Pierwszy Krok zaczął mi się nieznacznie zacierać. Gdy zaczęłam gubić granice, być może szykować się na dopuszczenie jakichś wątpliwości i głupich nadziei, że może ja jednak więc zobaczyłam, że jednak nie.