niedziela, 28 grudnia 2014

137. eksperyment „M” – tydzień 4

Chęć wywiązania się ze zobowiązania doprowadza czasem do sytuacji absurdalnych. Żeby się wyrobić muszę gnać do medytacji, a i sama medytacja powinna być sprawniej i najlepiej szybciej przeprowadzona niż w spokojniejszych momentach. Mogę się tylko z pobłażaniem pochylić nad własnym – okresowym – pogubieniem. Dzięki rozmiarowi absurdu mogę też zobaczyć, że odhaczanie czy zaliczanie medytacji to grube nieporozumienie. I trochę poprawić. Dopiero teraz zaczynam rozumieć zdanie, które wielokrotnie słyszałam i za nic nie mogłam przyswoić: Zacznij, a potem tylko poprawiaj. Dawniej nawet nie tykałam rzeczy/sprawy, jeśli sukces nie był gwarantowany. Dlatego miałam na koncie wyłącznie sukcesy łatwe i tanie albo wybitnie przypadkowe. Teraz mogę zacząć jakkolwiek, nawet niedoskonale (prawdę mówiąc, zwykle tak jest, choć w moim mniemaniu wciąż bywam świetna i niedościgniona, a niezgrabny ruch nowicjusza wprawia mnie w zdumienie i zawstydza, trochę pod publiczkę, jeśli już zdecydowałam się na szczerość).

*

Po czterech tygodniach jest łatwiej. Zmieniłam nieco kolejność porannych czynności – medytacja jest trzecia albo i czwarta w kolejce ważnych spraw. Dzięki temu nie zasypiam w trakcie, nie zsuwam się z mojej ławeczki ani nie męczę się i nie marudzę, że już dłużej nie wytrzymam. Dwa razy zdarzyło mi się skrócić medytację poranną o 5 minut (pozwoliłam sobie zaspać, za długo się guzdrałam, a kolejny, nieodwołalny punkt wypadał tak, że albo kwadrans medytacji albo… można by mówić wyłącznie o medytacji późno popołudniowej.


Proponowana w książce, którą czytam przy okazji eksperymentu „M”, i której fragment już tu cytowałam, mantra Maranatha, bywa dla mnie kłopotliwa. Czasami. Niektórzy zachwalali ją, podając jako główny argument fakt, że brzmienie tego słowa nie budzi w nich żadnych konotacji, że ono dla nich nic polskiego nie znaczy, po prostu jest. Dla mnie to akurat główny argument przeciwko. Szczególnie gdy mój sprawny i bardzo akuratny umysł potrzebuje wyprostować, wyjaśnić i uporządkować cały świat i zamienia mi mantrę Ma-ra-na-tha w marynatę. Nie jest łatwo nawiązać kontakt z marynatą, nie jest wcale łatwo skupić się na tym i tego pragnąć. Gdy słyszę marynatę wiem, że odleciałam za daleko i całkiem nie w tym, co powinnam kierunku. Niekiedy za mantrę przyjmuję bardziej swojskie i naznaczone boskim w moim odczuciu klimatem słowo. I wtedy działa. 

środa, 24 grudnia 2014

136. zwolnienie


W tym roku tak nie będzie. Nie będę stała bożonarodzeniową nocą z głową zadartą do nieba, gapiąc się w czarodziejski taniec białych i srebrnych kropeczek. W dzieciństwie mogłam tak sterczeć i gapić się i łapać płatki szczęścia, jedyne w tamtym okresie. Czas znikał. I to było dobre. W tym roku tak nie będzie. Szczęśliwie, nie muszę znikać już czasu.






Nawet mi się udaje nie uczestniczyć w przedświątecznym szaleństwie. Niestety, nie na szlachetnych – w moim odbiorze – zasadach. Bo bardziej rezygnuję ze spraw ozdobnych (według moich, rzecz jasna, bo i czyich, kryteriów), zostając przy absolutnie niezbędnych, niż mam porobione, gdyż przezornie i mądrze zrobiłam wcześniej. Dlaczego nieszlachetne to? Bo roi mi się, że prawdziwy spokój to działania oparte na trzeźwej decyzji, a nie wynikające z… lenistwa, czyli potrzeby chwili. A może wszystko jest w porządku i tak właśnie to wygląda na jakimś tam etapie rozwoju, tylko ja, nawykła do dawnych przedświątecznych szamotanin, jeszcze się nie zorientowałam? Nie byłoby w tym niczego dziwnego – zmiany w moim życiu rejestruję z dystansu. Po pewnym czasie orientuję się po prostu, że tak już nie mam albo tak mam, a nie miałam.

Jeszcze przez kilka godzin mam ten, powiedzmy, spokój, a potem dam się – z wielką chęcią nawet – wciągnąć w kolorowy wir rodzinnej wigilii. Bo akurat w tym roku nie mam oczekiwań. Że będzie tak, a nie inaczej, że ktoś, że coś, że prezenty, że sprzątanie, że zachowanie, że jedzenie, że spóźnienie… To naprawdę niesamowite, jak przyjemnie i spokojnie jest bez tych durnych, nierealistycznych oczekiwań. 

*


I właśnie tego spokoju i wolności, płynących z braku oczekiwań Wam życzę. Dobrych Świąt!







środa, 17 grudnia 2014

135. eksperyment „M” – tydzień 2 i ½

Podekscytowanie nieco osłabło. Codzienne siadanie do medytacji spowszedniało. No to siup, poprzeczka wyżej. Nieprzewidziane sytuacje: wyjście na imprezę i powrót późną nocą, goście w domu – wieczorem i rano. Trzeba ogarnąć i się wywiązać. Późno-, naprawdę późnonocne medytacje wychodzą lepiej, niż te tylko okołopółnocne. Przede mną jeszcze poważniejsze wyzwania – wyjazd i nocleg gościnny. I organizacja przedsięwzięcia w warunkach mało intymnych, bez oddzielnego pokoju, z maluchami-skowronkami. Może być ciekawie…

*


Ktoś zapytał, jak ja to robię. Prawie tak*:

Na podstawie mojego doświadczenia wiem, że wygospodarowanie pół godziny rano i wieczorem, każdego dnia, stanowi to minimum potrzebne do tego, by medytację potraktować poważnie. Podczas tej półgodziny, codziennie rano i wieczorem, trzymaj się tej samej praktyki. Choć nigdy nie jest tak samo. Wybierz zaciszne miejsce i usiądź wygodnie. Jedyną ważną zasadą jest to, aby siedzieć z wyprostowanym kręgosłupem. Możesz siedzieć na podłodze, na poduszce, na krześle, wybierając taki sposób, który jest dla ciebie najwygodniejszy, pozwalający na to, aby każdy mięsień twojego ciała, łącznie z mięśniami twarzy, w pełni się rozluźnił. Następnie zacznij powtarzać swoje słowo modlitwy (mantry), łagodnie, cicho, spokojnie, ale nieustannie. Jeśli będziesz cierpliwy i wierny (a medytacja nauczy cię zarówno cierpliwości, jak i wierności), medytacja poprowadzi cię w coraz głębsze obszary ciszy.
John Main, Ścieżka medytacji

Tyle przepisu i pobożnych życzeń. Bo moje mięśnie nie są rozluźnione, te na twarzy prawdopodobnie szczególnie. A moja głowa jest metalową puszką i potrzeba niezłego otwieracza, żeby się do niej dobrać. Ja nim nie dysponuję. Wierzę, że jest Ktoś, kto sobie z tym poradzi. Nawet z moją oporną puszką. Książka, z której pochodzi powyższy fragment (choć w całości mnie nie powala, a miejscami irytuje bombastycznym stylem pustych zdań, bo przecież, halo, ja potrzebuję konkretów, a nie bujania w obłokach!), mówi też, w rzadkich momentach bardzo konkretnie, żeby się nie nastawiać, nie oczekiwać, żeby po prostu to robić i być. Uwierzyłam, że to ma sens. Tym bardziej, że na konkretne efekty medytacji nastawiałam się przez długie miesiące, a nawet lata, i mało co z tego wychodziło. Poza rozczarowaniem i zniechęceniem, a czasem żalem. Gdy się wreszcie zorientowałam, co robię – że próbuję dyktować, jak ma przebiegać ten proces, próbuję kontrolować medytację! – nawet się uśmiechnęłam nad własnym… brakiem kontaktu z rzeczywistością.

*


*Prawie, bo: medytuję 20 minut, a nie pół godziny. Mantrę powtarzam w myślach. Mam przymknięte oczy, bo tak radzili.

PS. Dłonie nadal puchną, choć trochę mniej. A może po prostu się przyzwyczaiłam?


poniedziałek, 8 grudnia 2014

134. eksperyment „M” – tydzień 1

Postanowiłam przeprowadzić pewne doświadczenie. Nazwałam je eksperymentem, żeby się nie przestraszyć za bardzo, że to już na zawsze, że już przepadło i mus. Eksperyment to coś zamkniętego, ma ramy czasowe. Zbiegiem okoliczności dzień pierwszy przypadł na pierwszego grudnia, wygodne to, będzie łatwiej liczyć. A że do końca roku został miesiąc, eksperyment ma trwać miesiąc. Tyle wytrzymam. 31 dni. Dam radę. Każdy da. Tylko miesiąc. A skoro już się uspokoiłam tymi tłumaczeniami i wyjaśnieniami, mogłam oddać się przedmiotowi doświadczenia. 
Eksperyment „M” polega na 31 dniach porannej i wieczornej medytacji. Po 20 minut każda. 
Dlaczego w ogóle wpadłam na taki pomysł? Jak zwykle, zlepek kilku wydarzeń, przypadkowych rozmów, lektur, i pewnego doświadczenia, czy też refleksji po wyjściu z uciążliwego stanu ducha (a właściwie również materii, bo duch mój jest mocno sprzęgnięty z ciałem i dość szybko mnie informuje w ten sposób, że źle się dzieje w naszym państwie). 
Medytacja to czynność i narzędzie, którego wagę już znam i to nie tylko teoretycznie i na wiarę. Wiem, że jest dla mojego zdrowia psychicznego i duchowego nawet nie tyle pożyteczne, co niezbędne. Zdarzało się jednak, zbyt często, że mimo tej wiedzy i przekonania, zwyczajnie pomijałam medytację w moim rozkładzie dnia. Nawet nie celowo, po prostu, jakoś tak się działo… W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni nadziewałam się na informacje o tej medytacji, co ciekawe, głównie poza branżowym (AA-owskim) środowiskiem. Potem zdarzyła się historia z bardzo nieprzyjemnym stanem i moja intuicyjna reakcja (jak trwoga to wiadomo gdzie – ech, nic co ludzkie…): codzienna medytacja, już bez uników; codzienna i dwukrotna. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Taka jest mniej więcej geneza mojego eksperymentu „M”

*

A teraz konkrety:
O ile wieczorna jest ulgą i niemal nagrodą, to poranna jest koszmarem. Ledwie wytrzymuję. Mniej więcej w połowie (po 10-12 minucie) zaczyna się najgorsze – walka z ciałem, z myślami, pomysłami, że nie dam już razy, że zaraz się przewrócę, teraz natychmiast muszę skończyć i się położyć. Nie kończę, wytrzymuję, choć to ogromny wysiłek. Tak oto mit doskonałej mnie, która świetnie sobie radzi z życiem duchowym i zarządza nawet komunikacją Bóg–ja, legł w gruzach. Z hukiem legł. 
Wszystko mi przeszkadza, swędzi, boli, drętwieje. Kręgosłup daje mi w kość (czy w co tam może dawać kręgosłup). Mniej więcej drugiego dnia włączyłam do eksperymentu poranne ćwiczenia. Z musu, nie łudźmy się. Dzięki nim przez te 20 minut boli trochę mniej. Ale i tak jęczę wewnętrznie. 
Wieczorem jest dużo lepiej. Nie marzę tak jak rano o miłym sercu dźwięku znaczącym koniec medytacji. Czasem nawet ten dźwięk, delikatny dzwoneczek, mnie zaskakuje, przyłapuje na… hm, chyba jeszcze nie skupieniu, ale jakimś takim rozluźnieniu, wyciszeniu, uspokojeniu. 
Problemem, którego na razie nie rozumiem i nie wiem jak rozwikłać, są puchnące dłonie. Wcześniej, przed eksperymentem „M” nigdy mi się to nie zdarzało. 

Zobaczymy, co będzie dalej… Jestem ciekawa i trochę dumna, że przekroczyłam – już 15 razy – moje ograniczenia. Wcześniej siadałam do medytacji głównie wtedy, gdy mi się chciało. Teraz – siadam, choć głównie mi się nie chce. Ale z każdym dniem jest odrobinę łatwiej. Nie mam pojęcia, dokąd dotrę, bo nigdy tam nie byłam. Dlatego jestem ciekawa.

środa, 3 grudnia 2014

właściwie to techniczny


Dotarła do mnie informacja, że zdarzają się Wam kłopoty z zamieszczeniem komentarzy pod postami (ktoś nawet zapytał, czy go nie lubię! Otóż akurat lubię. I nie mam z blokowaniem nic wspólnego). Ponieważ nie jestem w stanie podążyć w ślad za sposobem rozumowania informatyków z bloggera – takie mam prywatne ograniczenie – nie umiem rozwikłać tej zagadki. Na szybko dostałam podpowiedź, że problem "znika" jeśli jest się niezalogowanym, czyli Anonimowym Użytkownikiem. I widzę, że to działa. Mam tylko prośbę: jeśli ta anonimowość nie wynika z chęci czy potrzeby ukrycia swojej tożsamości, choćby i wirtualnej, podrzućcie w treści komentarza swoje imię czy nick. Zawsze to jakoś raźniej mówić/pisać do człowieka niż do Anonimowego nie-Bytu.


Z poważaniem, 

Mika Dunin