poniedziałek, 8 grudnia 2014

134. eksperyment „M” – tydzień 1

Postanowiłam przeprowadzić pewne doświadczenie. Nazwałam je eksperymentem, żeby się nie przestraszyć za bardzo, że to już na zawsze, że już przepadło i mus. Eksperyment to coś zamkniętego, ma ramy czasowe. Zbiegiem okoliczności dzień pierwszy przypadł na pierwszego grudnia, wygodne to, będzie łatwiej liczyć. A że do końca roku został miesiąc, eksperyment ma trwać miesiąc. Tyle wytrzymam. 31 dni. Dam radę. Każdy da. Tylko miesiąc. A skoro już się uspokoiłam tymi tłumaczeniami i wyjaśnieniami, mogłam oddać się przedmiotowi doświadczenia. 
Eksperyment „M” polega na 31 dniach porannej i wieczornej medytacji. Po 20 minut każda. 
Dlaczego w ogóle wpadłam na taki pomysł? Jak zwykle, zlepek kilku wydarzeń, przypadkowych rozmów, lektur, i pewnego doświadczenia, czy też refleksji po wyjściu z uciążliwego stanu ducha (a właściwie również materii, bo duch mój jest mocno sprzęgnięty z ciałem i dość szybko mnie informuje w ten sposób, że źle się dzieje w naszym państwie). 
Medytacja to czynność i narzędzie, którego wagę już znam i to nie tylko teoretycznie i na wiarę. Wiem, że jest dla mojego zdrowia psychicznego i duchowego nawet nie tyle pożyteczne, co niezbędne. Zdarzało się jednak, zbyt często, że mimo tej wiedzy i przekonania, zwyczajnie pomijałam medytację w moim rozkładzie dnia. Nawet nie celowo, po prostu, jakoś tak się działo… W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni nadziewałam się na informacje o tej medytacji, co ciekawe, głównie poza branżowym (AA-owskim) środowiskiem. Potem zdarzyła się historia z bardzo nieprzyjemnym stanem i moja intuicyjna reakcja (jak trwoga to wiadomo gdzie – ech, nic co ludzkie…): codzienna medytacja, już bez uników; codzienna i dwukrotna. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Taka jest mniej więcej geneza mojego eksperymentu „M”

*

A teraz konkrety:
O ile wieczorna jest ulgą i niemal nagrodą, to poranna jest koszmarem. Ledwie wytrzymuję. Mniej więcej w połowie (po 10-12 minucie) zaczyna się najgorsze – walka z ciałem, z myślami, pomysłami, że nie dam już razy, że zaraz się przewrócę, teraz natychmiast muszę skończyć i się położyć. Nie kończę, wytrzymuję, choć to ogromny wysiłek. Tak oto mit doskonałej mnie, która świetnie sobie radzi z życiem duchowym i zarządza nawet komunikacją Bóg–ja, legł w gruzach. Z hukiem legł. 
Wszystko mi przeszkadza, swędzi, boli, drętwieje. Kręgosłup daje mi w kość (czy w co tam może dawać kręgosłup). Mniej więcej drugiego dnia włączyłam do eksperymentu poranne ćwiczenia. Z musu, nie łudźmy się. Dzięki nim przez te 20 minut boli trochę mniej. Ale i tak jęczę wewnętrznie. 
Wieczorem jest dużo lepiej. Nie marzę tak jak rano o miłym sercu dźwięku znaczącym koniec medytacji. Czasem nawet ten dźwięk, delikatny dzwoneczek, mnie zaskakuje, przyłapuje na… hm, chyba jeszcze nie skupieniu, ale jakimś takim rozluźnieniu, wyciszeniu, uspokojeniu. 
Problemem, którego na razie nie rozumiem i nie wiem jak rozwikłać, są puchnące dłonie. Wcześniej, przed eksperymentem „M” nigdy mi się to nie zdarzało. 

Zobaczymy, co będzie dalej… Jestem ciekawa i trochę dumna, że przekroczyłam – już 15 razy – moje ograniczenia. Wcześniej siadałam do medytacji głównie wtedy, gdy mi się chciało. Teraz – siadam, choć głównie mi się nie chce. Ale z każdym dniem jest odrobinę łatwiej. Nie mam pojęcia, dokąd dotrę, bo nigdy tam nie byłam. Dlatego jestem ciekawa.

8 komentarzy:

  1. zainspirowałaś mnie:)
    kiedy przed laty kiedy praktykowałem Zen, z dumą i ochotą siedziałem rano i wieczorem, choć bez nadziei na kontakt z osobowym bogiem, za to z wiarą w uwolnienie mnie ode mnie samego, może spróbuję posłuchać teraz systematycznie i zdyscyplinowanie z Siłą Wyższą jakkolwiek jej nie pojmuję:)
    hmm choć wtedy byłem młodszy, mniej zmęczony, nie było córki, kotów, psa... stop, oczywiście że zacznę:)
    od dziś:)
    to byłem ja Artur:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, Arturze! A jeśli się przyłączysz, będzie mi nie tylko miło, ale też... wierzę po prostu, że jeśli więcej osób robi coś wspólnie, to to intensywniej działa i nie chodzi o banalne dodawanie. Napisz, jak Ci idzie czy nie-idzie :-) Powodzenia.

      Usuń
  2. Ja mialam chyba latwiej bo mieszkam sama i nikt mi nie przeszkadzal oprocz......mnie.Bo przeciez ja wiem,ze to dla mnie dobre ale najlepiej, zeby sie wszystko stalo samo bez mojego wysilku.Pomogla mi choroba,mialam kilka operacji stop i dosc dlugo uwieziona w gipsach siedzialam sama w domu.Cos musialam zrobic,zeby nie zwariowac.Zaczellam haftowac.Haft krzyzykowy jest fantastyczny,mnie uwalnia od zakreconych mysli,od mysli wogole. Tak odkrylam zalety medytacji,skupiona na wyczarowywaniu igla pejzazy,kwiatow,zwierzat....przenosze sie w inny wymiar.Odkrylam,ze medytacja daje mi odpoczynek,oddech,powoduje,ze robi mi sie luzniej w duszy,potrafie medytowac w roznych miejscach,medytacja przenosi mnie w inny wymiar.Mysle tez,ze ogromna bezsilnosc jaka przezywalam podczas choroby,to, ze bylam zmuszona prosic o pomoc wielu ludzi bardzo mi pomogly w poddaniu sie,w ukorzeniu mojego JA.Jak widac sama nie potrafilam sie zmobilizowac "zycie" mnie zmusilo.Usmiechnietego dzionka zyczy Basia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Medytacja w ruchu trochę mi nie wychodzi. Za bardzo odlatuję. Ale mechaniczne, powtarzalne czynności odkryłam kiedyś jako świetną metodę wymiatającą z głowy durne, męczliwe myśli. Zazdroszczę krzyżykowego haftowania – doceniam. Bardzo lubię medytować nad wodą. I wśród drzew. Ciepło pozdrawiam, Basiu.

      Usuń
    2. A co do tego "ukorzenia mojego JA" – dostaje MU się, bo okazuje się, że nie jestem świetna, nie jestem mistrzem świata, że nie wychodzi mi tak, jakbym sobie życzyła. To, czego całe życie nienawidziłam i unikałam: przyznać się, że jednak nie umiem, że jestem nowicjuszką, że dopiero raczkuję. Teraz to robię. I sama się dziwię, to musi być jakiś podstęp ;-)

      Usuń
    3. "Nic dwa razy sie nie zdarza i zapewne z tej przyczyny zrodzilismy sie bez worawy i pomrzaemy bez rutyny....." niewazne w jakim tempie,idac na wlasnych nogach,na czworakach,czy tez czolgajac sie,wazne zeby do przodu,droga jest najwazniejsza,codzienny wysilek.No i mysle,ze ja Basia nowicjuszka bede do konca zycia.Pozdrawiam cieplutko.

      Usuń
  3. To mi do głowy nie wpadło... Żeby dwa razy. Muszę przemyśleć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się kiedyś wydawało, że raz na tydzień będzie dobrze :-) Z pełnym przekonaniem o tym mówiłam. Ale życie pokazało co innego :-) Teraz sprawdzam taką opcję. Zobaczymy.

      Usuń