czwartek, 30 kwietnia 2015

147. szczyt intymności

Czasem, trochę niechcący, wypuszczę słowo Bóg i naprawdę nie wiem potem, co z tym zrobić. Po czasie, gdy już się zorientuję, że posunęłam się za daleko. Że wywołałam coś. A przecież nie chciałam. Bo z tym wywołanym też nie wiem, co robić. Zawstydza mnie, że mogę być opacznie zrozumiana. Tłumaczenie się w tych kwestiach uważam za tym bardziej deprymujące, więc odpada. 
W pewnej rozmowie padło kiedyś zdanie: Mówienie o Bogu i wierze jest bardziej intymne niż o seksie. Spodobało mi się, zaintrygowało. Nie było prawdziwe. W odniesieniu do mnie. Do tamtej mnie. Wtedy nie umiałam nawet o seksie i bliskości. Odkąd jednak nie powtarzam lukrowanych fraz albo choćby mądrych i suchych, ale nie moich, nie przetrawionych, cudzych przekonań, tylko naprawdę coś sądzę, bo myślę i rozważam, czuję, że to zdanie jest coraz prawdziwsze. 
Mówienie o Bogu jest jak pisanie wierszy. Prawdziwe pisanie prawdziwych wierszy. Poezji, znaczy się. A ja z poezji nie jestem najlepsza. Nawet w okresach największych uniesień, durnej młodości buzującej hormonami pisanie wierszy było bardzo ryzykowne. Wino, namiętność i naiwność były w stanie zamaskować leciutki wstyd ocierania się o kicz. Zwłaszcza, że obiekty tych namiętności zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pamięć, nie mogąc za nimi nadążyć, odpuszczała i gubiła dowody. Dziś już nic tej nieporadności zamaskować nie może. Więc może zamilknę, żeby się nie pogrążać.  

niedziela, 26 kwietnia 2015

146. nie zawsze się chce

Rano zaczęłam przymierzać się do wpisu o tym, jak to jest za szybą. Za brudną szybą. Bo wiadomo, bywają czasem dni, których wcale nie powinno być. Chciało by się je przespać, przekręcić zegarek do przodu albo zastosować jakiś inny trick, jak większość nierealny i nieskuteczny, ale w fantazjach wszystkie chwyty dozwolone. Tyle że właśnie po kilku dniach pobytu za taką szybą zaczęłam zza niej wychodzić – akurat teraz, w tej chwili – i już prawie nie pamiętam, co miałam zamiar napisać rano. I cieszę się bardzo, bo ten stan bywa naprawdę podły i bardzo nie polecam, i trochę boleję, bo chciałam wpis dokończyć, a tu nagle nie mam nic do powiedzenia. Rozpacz, wiadomo, bardziej jest romantyczna i widowiskowa. Można pisać i pisać, o ile rzecz jasna jest się w stanie zwlec z łóżka albo z siebie. A o takim dobrym stanie to co właściwie pisać? To nudy są i kicz. Ale chociaż – jakiś pożytek będzie – napiszę, co zrobiłam (bo może to nie tylko zjazd hormonów był, ale i konkretne działanie pomogło).
Poszłam na dywanik do Pana Boga i się przyznałam, że sobie rady już nie daję ze sobą. Że bardzo przepraszam, iż w ogóle mam takie myśli i odczucia, ale wcale mi się nie podoba, że nie mam kasy i muszę się bać o jutro (no dobra, o jutro może nie, ale o czerwiec to już bardzo realnie, wyprostowałam – w końcu ma wgląd we mnie to i w moje konto pewnie też). I jeszcze – ciągnęłam – mi się nie podoba, że sobie nie mogę kupić nowych butów, a na stare już patrzeć nie mogę, wiosna przyszła, dziewczyny chodzą pięknie ubrane, a ja w starych łachach. Ja wiem, że nie szata etc., ale może bez przesady. I że komputer zaczyna szwankować, a na nowy to nawet pół cienia szansy nie ma, a przecież On chyba wie czym ja zarabiam na życie, więc bez jaj. I jeszcze, że najmocniej przepraszam, ale nabrałam na łeb tyle rzeczy, że płakać mi się chce, również ze strachu, że zawalę, a przecież ja nie mogę zawalić, a wzięłam to wszystko na siebie w ramach walki z lenistwem, bo ono też przesadza i odziera mnie ze wspaniałych owoców tych wszystkich szans, które dostaję. Chcę je wykorzystać, a lenistwo nieugięte. A może wcale nie lenistwo, tylko te ograniczenia, z którymi to ponoć miałam się pogodzić, uprzednio je zauważając. No, to jeszcze się z nimi nie pogodziłam. Bo nawet jeszcze nie rozgryzłam, czy to faktyczne ograniczenia czy też ordynarne wady. I wreszcie, na sam koniec, poprosiłam grzecznie, żeby może jednak coś zrobić ze mną i tą szybą, bo tak długo nie pociągnę.
Jak zeszłam z tego dywanika, to akurat trzeba było komuś trochę czasu poświęcić i porozmawiać z nim sensownie. Skupić się. Ileż to siły nagle napłynęło po tym poświęcaniu czasu i skupieniu!
Potem jeszcze zaufanej osobie opowiedziałam o tych strachach, wypuściłam je z szafy i zrobiło się jakby trochę luźniej, spokojniej, lżej.
Wykonałam dwie czynności z długaśnej listy spraw, które wzięłam sobie radośnie na głowę, a one wdzięcznie mnie przygniotły.

I przez to wszystko nie mogę się teraz uczciwie poużalać nad losem biednym swym. Nie mogę napisać porządnego tekstu o przygnębieniu, beznadziei i szarości. Trudno. Może uda się następnym razem…

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

145. pokonferencyjne refleksje


Wzięłam udział w ciekawej konferencji. Od momentu, gdy tematyka alkoholowa szczególnie mnie interesuje było to może czwarte moje spotkanie zorganizowane przez i dla profesjonalistów w dziedzinie leczenie uzależnień. A więc o alkoholizmie do niealkoholików mówili niealkoholicy. Oczywiście, nic w tym złego, wręcz przeciwnie. W każdym razie – ciekawe doświadczenie. Mnie szczególnie zafrapowała jedna rzecz. Otóż na siedmiu prelegentów co najmniej pięcioro wypowiadało się – i to zdecydowanie pozytywnie – o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. W tym troje profesjonalistów mających szerokie doświadczenie i praktykę w kontaktach z alkoholikami (to istotne, bo – co wydaje się absurdalne – zdarzają się „specjaliści”, którzy opowiadają, piszą coś o alkoholizmie i nawet próbują alkoholików leczyć, choć nigdy wcześniej nie spotkali się z żywym okazem trzeźwiejącego alkoholika. Z pijanym zresztą też mogli nie mieć styczności. Tak, wiem, sama bym w to nie uwierzyła, ale widać nie tylko alkoholicy mają patent na dziwactwa. Szkoda tylko, że niektórych kosztuje to życie, a ci drudzy biorą za to kasę).
Skąd moje zdziwienie wobec tych pozytywnych głosów o AA? Bo ostatnio zetknęłam się z wieloma opowieściami, które początkowo traktowałam ze sporym dystansem. Opowieściami o wyraźnie niechętnym stosunku terapeutów i lekarzy do AA. Niektóre opowieści wręcz nie mieściły mi się w głowie. No, bo jak to, jaki sens miałoby zniechęcanie pacjentów – których dobro i zdrowie jest przecież celem naczelnym lekarza – do korzystania z narzędzia, w dodatku bezpłatnego i nieograniczonego w swoim zasięgu terytorialnym i czasowym, ułatwiającego utrzymanie trzeźwości? Czy to możliwe, żeby psychologowie i terapeuci uzależnień zabraniali wręcz uczestnictwa w spotkaniach AA? W realizacji Programu 12 Kroków ze sponsorem? Trudno uwierzyć! A jednak… Potwierdzenie tych już nie jednostkowych doniesień dostałam z ust znanej i uznanej w dziedzinie lecznictwa odwykowego osoby. Kto, po co i dlaczego. Śmieszne, choć przede wszystkim bardzo smutne, że dzieje się to z pobudek, które są tak bardzo jaskrawe u alkoholików (aż mi się naiwnie wydawało, że są dla nich zarezerwowane, bo przecież nikt normalny tak by się nie zachowywał) i które właśnie Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików jest w stanie z uzależnionego człowieka wytrzebić. To znaczy, człowiek uzależniony jest w stanie sam wytrzebić, dzięki konkretnym zaleceniom, dzięki wskazówkom zawartym w 12 Krokach, dzięki pomocy Siły Wyższej nade wszystko. Alkoholicy mogą stać się uczciwymi ludźmi. Terapeuci natomiast mogą kierować się pobudkami mało humanistycznymi. I nie, nie chodzi wyłącznie o kasę, nie tylko o to, że nie opłaca się, żeby pacjent wyzdrowiał (żeby poszedł swoją drogą, wyposażony w pakiet wskazówek, z jedną naczelną – na terapii dostałeś bazę, w AA ci pomogą na stałe!) i nie wracał już nigdy na terapie poszerzone, pogłębione, kolejne warsztaty, nawroty, głody i złości… Ludzi chorych na alkoholizm jest naprawdę tyle, że starczy na obsadzenie terapeutycznych turnusów na długie dziesięciolecia.
Wystąpieniu jednego z prelegentów towarzyszyła prezentacja multimedialna – na wielkim ekranie bezpardonowo wypunktowane motywy lekarzy, psychologów, terapeutów, którzy chyba pomylili się z powołaniem albo mają problem z przerostem ego – tak, to zostało nazwane po imieniu. Byłam zdumiona odwagą i bezkompromisowością takiego ujęcia. Lekarz/terapeuta/psycholog, który w ogromie swego poczucia mocy, w swej arogancji skazuje pacjenta na brak pomocy, ze strachu, że jego metody okażą się niewystarczające, może nie-jedyne, nie jest dobrym lekarzem/terapeutą/psychologiem. Jest egoistą i egocentrykiem. Nie ważne, czy robi to dla zysku czy z powodu przerostu ego. Raz jeden spotkałam się ze stwierdzeniem – równie odważnym – że jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika z alkoholizmu. Ale udało się to Wspólnocie AA. Porażające, szczególnie, że stwierdzenie to padło z ust profesjonalisty! Wycinanie tego narzędzia (AA), odcinanie pacjentów od informacji o tym jest nie tylko ignorancją (poziom kształcenia przyszłych profesjonalistów od uzależnień jest w Polsce katastrofalny, wiedza na temat zasad i istoty działania AA zerowa – to również opinia zainteresowanego tematem specjalisty w dziedzinie leczenia uzależnień), arogancją (nikt nie może mieć większej wiedzy w dziedzinie leczenia uzależnień niż pan doktor! A już na pewno nie banda byłych pijaków! Co oni mogą wiedzieć… – faktycznie, trudno to sobie wyobrazić, szczególnie jeśli się nigdy w życiu nie pofatygowało na otwarty mityng AA). Jest też skazaniem wielu ludzi na śmierć!

*

Pamiętam zupełnie inny modus operandi. Już na pierwszym spotkaniu z terapeutą w ośrodku leczenia uzależnień pacjent dowiadywał się o warunkach (nie, nie o możliwościach, nie o ofercie – jeśli alkoholik ma być skutecznie leczony nie może być traktowany jak klient, który płaci, więc wymaga, który może sobie wybrać, to co mu pasuje), w tym o warunku wstępnym, bez którego nie było mowy o przyjęciu na terapię: musiał iść na pięć-dziesięć mityngów AA. W trakcie terapii udział w mityngach był również obowiązkowy – widniały one w planie zajęć i nie były punktem fakultatywnym. Pod koniec terapii pacjent zobowiązywał się do kontynuowania pewnych działań, w tym – zawsze – do uczestnictwa w mityngach AA. To była podstawa i nikt nie wnosił sprzeciwów. Jedni pacjenci z tego korzystali, podobnie jak z dostępnej dodatkowej oferty terapeutycznej, inni nie i najczęściej – pozostawieni sami sobie, na własne życzenie – wracali do picia. Nikt nie dyskutował, a już na pewno nie terapeuci. Oni doskonale wiedzieli, że bez AA pacjent ma nikłe szanse na sukces, czyli życie bez alkoholu. Ale wtedy, w tamtych czasach, to znaczyło, że to terapeuci nie zadbali o pacjenta. Może czasy zmieniły się tak bardzo – choć tych lat aż tyle nie minęło – że niektórzy specjaliści nie biorą odpowiedzialności za swoją pracę. Brak informacji, gdzie szukać pomocy w nagłym wypadku (nagły wypadek głodu alkoholowego to nie jest w przypadku świeżo suchego alkoholika znowu taki wyjątek), zwłaszcza w czasach i warunkach, gdy ośrodki leczenia nie są dostępne w każdej porze dnia i nocy, gdy czekać na wizytę trzeba coraz dłużej, to moim zdaniem, co najmniej nieetyczne działanie.

*

Na koniec jedno: naprawdę bardzo się cieszę, że spotykam mądrych, świadomych, odpowiedzialnych i etycznych profesjonalistów, bo wcale nie podoba mi się świat podzielony na zwalczające się frakcje: leczenie profesjonalne i AA*. Ja naprawdę wierzę, że tylko współpraca ma sens, bo ona pozwala osiągać dobre cele. Nie wiem jak to jest z profesjonalistami, ale czytałam, że Wspólnota AA nie rości sobie żadnych praw i nie ma monopolu na leczenie alkoholizmu, a ponadto, z nikim i niczym nie walczy. Ja też nie. Czasem tylko nie zgadzam się na promocję głupoty, ignorancji i arogancji. Gdziekolwiek, również na spotkaniu AA.


*Swoją drogą, sama nazwa „lecznictwo profesjonalne” jest niesprawiedliwa i mocno myląca, ponieważ sugeruje, że wszystko, co nie mieści się w jej obrębie jest… nieprofesjonalne. A więc, amatorskie? Nie takie? Nie działa? Partanina? Cóż, znowu semantyka. Profesjonalne, czyli zawodowe. Nie ma to nic wspólnego z jakością.