Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstyd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstyd. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2013

112. anonimowi atrakcyjni

Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu; musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy, radia i filmu. Tradycja Jedenasta AA

A w wersji rozszerzonej: Nasze stosunki ze społeczeństwem powinny opierać się na zasadzie osobistej anonimowości. Uważamy, że AA powinno unikać sensacyjnej reklamy. Nasze nazwiska i zdjęcia jako członków AA nie powinny być rozpowszechnione w radiu, w prasie, filmie lub telewizji. Nasze oddziaływanie na zewnątrz powinno opierać się na przyciąganiu a nie na reklamowaniu. Nigdy nie możemy sami siebie zachwalać. Uważamy, że lepiej będzie, gdy będą nas polecać nasi przyjaciele.

Dawno temu usłyszałam zdanie: Trzeźwienie musi się opłacać! Było dla mnie tak samo rewolucyjne jak: Czy korzystam z całej oferty AA? „Oferta”, „opłacalność”?! To brzmi tak… konsumpcyjnie, tak handlowo, a gdzie ta cała duchowość, którą podobno naszpikowany jest Program? Były to jeszcze czasy, gdy moje stare przekonania życiowe hulały na całego i zupełnie zaciemniały mi obraz rzeczywistości, blokując normalne, zdrowe myślenie i funkcjonowanie. Czemu wspominam o opłacalności i ofercie właśnie w tym miejscu? Ano dlatego, że Jedenasta Tradycja dotyczy takiego sformułowania oferty Anonimowych Alkoholików, by była w stanie zainteresować i przytrzymać tych, którzy do AA dopiero trafią. Sprawić, że AA będzie atrakcyjne, jednak nie w sensacyjny sposób. Czym przyciągniemy nowicjuszy do naszej wspólnoty? Makabrycznymi piciorysami? Smutkami i problemami? Poklepywaniem po plecach i powtarzaniem: Fajnie, że jesteś; po prostu tu przychodź, będzie lepiej? Czytaniem całych litanii pseudoduchowych tekstów i płomieniem świecy? Sekciarskimi hasłami, że trzeźwieć można tylko tak i tak, a każdy inny sposób to prosta droga do picia, choćby na sucho? A może obietnicami łatwego życia? Opowieściami, że teraz jest świetnie, nieporównywalnie, po prostu dzień do nocy – tyle że jakoś trudno o konkretne przykłady tych zmian. Bombastyczne wyznania, emocjonalne fajerwerki oczywiście robią wrażenie, a przede wszystkim szum, ale czyż nie są taką samą nadmuchaną reklamą, jak wyznania z cyklu: Żyje mi się świetnie, mam teraz kupę hajsu, który zamiast na wódę mogę przepuszczać na ciuchy i gadżety, a na trzeźwo wyrywam ładniejsze laski niż po pijaku? Jest różnica między komunikatami: AA ma sposób na fajne łatwe życie tanim kosztem – bo tu nic nie trzeba robić; chłopie, to jest AA, tu nic nie musisz! oraz: My w AA mamy sposób na trzeźwe sensowne i pożyteczne życie. I warto mieć świadomość, który komunikat jest bliższy Jedenastej Tradycji (i że to nie zawsze oznacza łatwiejszy i bardziej pociągający przekaz).


 *

Czemu właściwie nie mielibyśmy się reklamować? Pamiętam powiedzenie: Czegoś, co jest dobre, nie trzeba zachwalać. Oraz pewne przekonanie: natrętne zachwalanie samego siebie budzi niechęć i podejrzliwość. Czuję, wiem, że reklama ma w sobie coś pokrętnego. Choć nie raz sama poddałam się jej sile, to tyle samo mam przykładów na to, że to poddanie albo miało w sobie coś z hipnozy, albo oparte było na moich nierealistycznych oczekiwaniach i braku kontaktu z rzeczywistością, choćby niezgodą z realiami, prawami fizyki, natury czy ekonomii. Rzęsy okazywały się nie tak długie i wywinięte, jak przekonywała supermodelka, proszek nie prał sam, a ta świetna lokata w banku… no, lepiej nie wspominać, ile kosztowało kurczowe trzymanie się reklamowego sloganu i pominięcie zdania napisanego drobnym maczkiem na dole strony. Właśnie dlatego reklama kojarzy mi się z czymś nie do końca prawdziwym, szczerym i uczciwym. Z drugiej strony dawne hasło: Dobre sprzeda się samo, dziś, z racji nadmiaru „dóbr”, nie jest takie oczywiste. Nie sprzeda się, jeśli nikt o tym dobrym nie będzie wiedział. Zatem reklama nie, ale rzetelna informacja już tak – to jest kierunek, jaki dla AA wyznacza Tradycja Jedenasta.


 *


Przez długie lata byłam przekonana, że ta Tradycja, szczególnie jej druga część, nie dotyczy mnie i nigdy nie będzie. Nie dlatego, że świat mediów był ode mnie zbyt oddalony (prawdę mówiąc, sama w jakimś stopniu go tworzyłam). Raczej dlatego, że nigdy, przenigdy nie przyznałabym się „wielkiemu światu”, że mam cokolwiek wspólnego z chorobą alkoholową. Ktoś szalony musiał wymyślić, że chciałabym się podczepić pod AA i czerpać jakiekolwiek korzyści z dobrego imienia Wspólnoty. Po pierwsze, nie widziałam niczego pozytywnego i pociągającego w Anonimowych Alkoholikach, niczego, co mogłoby budzić czyjś podziw – zatem ten punkt, według mojej ówczesnej świadomości, był absurdem. Po drugie, uważałam, że uzależnienie, a także wychodzenie z niego, dyskwalifikują mnie (lub mogą) jako obywatela pierwszej kategorii (a żadna inna mnie nie interesowała, tylko pierwsza mogła zetrzeć moje niskie poczucie wartości). Ale czasy, a przede wszystkim moja świadomość się zmieniły, a obydwie moje postawy i moje sądy uległy odwróceniu. Wprawdzie nadal nie mam pomysłu, by podwieszać się pod AA, ale już jak najbardziej widzę, że to ja – w pewnych warunkach, np. puszczając w ruch moje wady charakteru – mogłabym zaszkodzić dobremu wizerunkowi Wspólnoty, a nie odwrotnie. I że to przed moimi postawami Tradycja Jedenasta chroni Wspólnotę AA (a przy okazji także mnie samą).


*

To, co rzuciło mi się w oczy już na samym początku uczestnictwa w życiu polskiego AA, i co chyba najbardziej mnie interesowało, to była kwestia tej mitycznej anonimowości. Czytałam rozstawione na mityngowych stołach kartki z hasłami rodem z terapeutycznych grup: Kogo tu zobaczysz, co tu usłyszysz, niech zostanie w tej sali. Były ważne. Miały mnie chronić. Mnie! Trzęsłam się, że spotkam tam kogoś znajomego. Nie bardzo pomagała czyjaś delikatna sugestia, że ten ktoś, jeżeli już by się nawet pojawił, to raczej z tego samego powodu, co ja. Nie działało, bo w moim pojęciu on mógł być alkoholikiem, ale ja?! W końcu mi przeszło, choć niestety nie zbiegło się to z automatycznym zrozumieniem istoty anonimowości. Wciąż pobrzmiewały atrakcyjne nuty konspiracji (dziś wiem, że chodziło o wstyd, brak akceptacji moich ograniczeń i rzeczywistości oraz utrzymanie jakże wygodnej dla mnie – znowu dla mnie – sytuacji, gdy nikt nic pewnego o mnie nie będzie wiedział, nie będzie w stanie mnie zweryfikować, skonfrontować moich mityngowych opowieści z faktami i moim życiem w realu, poza AA).


*

Zatem, o co chodzi z tą całą anonimowością? Bo chyba musi być ważna, skoro cała wspólnota ma to słowo w swojej nazwie. Dość łatwo orzec, kiedy anonimowości zabraknie – szczególnie na poziomie mediów. Ale problemem jest nie tylko złamanie anonimowości przez publiczne połączenie dwóch faktów – przynależności do AA oraz mojego nazwiska lub wizerunku. Być może nawet większym jest jej… nadmiar. W książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” znaleźć można dokładne wyjaśnienie, precyzyjne wytyczenie granic AA-owskiej anonimowości: Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego, kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoja anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu – podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem. Bill W. też miał swoje zdanie na ten temat: W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną („Jak to widzi Bill”, str. 241). Jesteśmy Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, a nie Anonimową Wspólnotą Alkoholików.


 *

Pewnego razu, tuż po inwenturze grupy, a więc rozważaniach na temat tego, jak grupa AA realizuje swój główny cel – pomoc cierpiącym alkoholikom w wyzdrowieniu z alkoholizmu, byłam świadkiem szczerze zaniepokojonego pytania jednego z uczestników tego spotkania: Jeśli wyjdziemy na zewnątrz, żeby dotrzeć do tych cierpiących alkoholików, to przecież zrujnujemy naszą osobistą anonimowość… Słuszna uwaga, dość logiczna, tyle że… odrobinę absurdalne wydaje się poświęcenie czyjegoś zdrowia i życia dla indywidualnego bezpieczeństwa, a raczej dobrego samopoczucia. 

Czemu więc, skoro już wiadomo, że nie wygodnictwu i utrzymywaniu pijanej fikcji (nikt nic nie wiedział o moim piciu i nie wie o niepiciu – alkoholik? To nie o mnie!), ma służyć osobista anonimowość alkoholików w AA? A na przykład temu, żebym nie karmiła swojej próżności tym, że jako anonimowa alkoholiczka Anka Kowalska* udzieliłam wywiadu lokalnej gazecie lub stacji telewizyjnej, a potem czerpała profity (emocjonalne, ale nie tylko) z tego wystąpienia, z mojej ewentualnej popularności i – kto wie czy nie – lepszości od innych alkoholików, których do telewizji nie chcieli. Ale dużo bardziej szkodliwe dla wspólnoty i oczywiście tych, którzy mogą dzięki niej przestać cierpieć, może być to, że przedstawię się jako członek wspólnoty, naopowiadam niezwykłych historii, i… stanę się dla osób spoza AA jej przedstawicielem, dowodem na skuteczność AA albo jej brak. Szczególnie niebezpieczne, jeśli moje własne życie, zachowania i postawy pozostawiają wiele do życzenia. Kiedy nie są czymś, co warto by naśladować, gdy nie nastąpiły zmiany, o jakie warto by było zabiegać. Niezwykle sugestywnie brzmi dla mnie ta Tradycja w pigułce: O AA mówić, gdy pytają. Żyć tak, żeby pytali.


 *Anna Kowalska to przykładowe, prawdopodobnie jedno z najpopularniejszych imion i nazwisk polskich. 

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

wtorek, 5 stycznia 2010

012. rozstanie z rozsądkiem

Pamiętam, że w pierwszych latach niepicia najbardziej się bałam, że nagle coś przekręci się w mojej głowie i wszystko to, co do tej pory uważam za właściwe, logiczne, prawdziwe zniknie, zamieni się w coś zupełnie innego, całkiem odwrotnego – że zacznę pić i uznam, iż to właśnie jest OK., a całe to gadanie o braku kontroli, bezsilności, trzeźwym życiu, o duchowości to jakiś bełkot i szamanizm.

*

Przeczytałam raz jeszcze przedsylwestrowy wpis o toaście… Chyba odebrało mi rozum. Jak to możliwe? Czytam i nie wierzę. Myślałam, że to brzmi rozsądnie? Że alkohol w moim domu i na moim stole nic mi nie zrobi? Że ten zakaz nie jest najbardziej podstawową formą ochrony mnie samej, tylko wyrazem egoizmu? Oszalałam (na szczęście tylko na chwilę). Przerażające, że stało się to tak łatwo, tak niezauważalnie, tak… skutecznie. 
Jestem w stanie wywrócić do góry każde zdanie, które kilka dni temu uważałam za sensowne. Dlaczego wtedy tego nie widziałam?
Czy zadziałał wstyd, że jestem gorsza, naznaczona wstydliwą przypadłością? Może lęk przed wydumanym wyśmianiem, wyszydzeniem, upokorzeniem i odrzuceniem? A może po prostu pragnęłam tego dreszczu, żeby się choć otrzeć? Rzeczywiście, otarłam się, niebezpiecznie.
Nie chcę robić sobie dodatkowej krzywdy połajankami i wyrzutami, że jestem słaba, głupia i bez zasad. Tak, złamałam swoje zasady. Ale teraz znowu do nich wracam. I przy najbliższej okazji, przy każdej okazji, zadbam o siebie od nowa.
Po krótkiej analizie wiem, że muszę być szczególnie uważna, gdy: zależy mi na czyjejś opinii, w grę wchodzą silne emocje, a temat dotyka najgłębszych kawałków mnie, mojej tożsamości, poczucia wartości. I że zawsze mam prawo odmówić i zmienić zdanie. Nie spieszyć się. I wciąż pamiętać o najważniejszym – co jest dla mnie dobre, a co śmiertelnie niebezpieczne.
Napisałam wtedy, że w trakcie ocenię i zareaguję. Po pierwsze, nie potrafiłam ocenić. Po drugie, nie chciałam zareagować, bagatelizowałam. Dziś to czuję.

*

Żałuję, że nikt nie skomentował, nie potrząsnął mną: to nie brzmi rozsądnie, tylko głupio, oszukujesz samą siebie, to niebezpieczne. Ale szczerze mówiąc, nie wiem czy to by coś dało.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...