środa, 12 września 2012

083. naturalny stan nienormalny


Wytrącona z błogostanu, który od jakiegoś czasu nierozsądnie zaczęłam traktować jako stan naturalny (i niejako mi należny! Za co? To chyba oczywiste – za moją wyjątkowość, a także wykonaną wreszcie metodą 12 Kroków AA pracę nad własnym rozwojem!) zaczynam wpadać w panikę i uruchamiać akcję ratunkową już przy pierwszych chmurach na do tej pory niebieściutkim niebie. Byle tylko nie powalać bucików, byle się nie spocić. A już myślałam, że skończyłam z użalaniem się nad sobą…
Niestety, ciągle traktuję siebie zbyt serio, bez zbawczego dystansu. Ciągle jestem Makową Panienką. A przecież wiem, do czego to prowadzi, już to przerabiałam. Lata całe chodziłam nadąsana, że głupi świat się na mnie nie poznał, że nie rozesłał czerwonego dywanu, nie posypał ziemi płatkami złotych róż. Że się nie układa. Bo wydawało mi się, że właśnie ja wiem, jak ma się układać. Ale przecież wcale nie wiedziałam. Nie tylko nie miałam pojęcia, co tak naprawdę jest ważne i mi potrzebne. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, nie umiałabym nawet odpowiedzieć, czego właściwie chcę. Wybierałam na oślep. I ciągle na ślepo usiłowałam wydrzeć dla siebie, to co wyznaczyłam za cel.
*
No dobrze, trochę się jednak zmieniło. Patrzę trochę realniej na świat. Ale jak widać, tylko trochę. Bo znów wyłożyłam się na nierealistycznych oczekiwaniach: że ciągle będzie super, łatwo, przyjemnie. Że już nie będę się bać, że sobie ze wszystkim poradzę. Teraz już przecież wiem…
No to wiem tyle, że mam się jak najszybciej (z miejsca najlepiej) przestawić na bliższe rzeczywistości myślenie. Więc: mam dwie ręce i nogi obydwie. W ogóle wszystkie członki na miejscu i sprawne. Nic nie boli, a w każdym razie nie na tyle dotkliwie, by uniemożliwić normalne funkcjonowanie. Mam dach nad głową – obecnie nawet całkiem luksusowy – jestem goszczona niczym księżniczka. Jedzenie – świetne – z cyklu: w domu tego nie masz. Warunki do pracy, myślenia, odpoczynku – pełen komfort. Świeże powietrze, słońce, widoki, góry, las i rzeka na wyciągnięcie ręki. Przyjaciele i znajomi – są, dzwonią, troszczą się. Czy naprawdę co chwila muszę sobie przypominać, że mi się to wcale nie należy jak psu zupa? Że to gigantyczny bonus? I że właśnie ja mam fart?
Po tym przeglądzie stanu faktycznego ten mój prywatny błogostan mogę przywołać od ręki. Byle tylko nie zapomnieć, że to nie jest na stałe. I że czasem może być gorzej. I właśnie to jest naturalne.

poniedziałek, 10 września 2012

082. wydawało mi się


Że sobie poradzę. Że szczęście jest mi potrzebne i mi się należy, bo każdemu się należy. Ale najbardziej mi przecież. Że są ludzie, którzy wszystko mają. Że ja wszystko mogę. A jeśli teraz nie mogę, to przez coś. Ale mogłabym. Gdybym tylko. Że uratuje mnie miłość i dlatego jest niezbędna. Czyjaś miłość. Mężczyzny. Że jest gdzieś ktoś, kto mnie stworzy, ukształtuje, pokieruje mną, uszczęśliwi, że to jego zadanie. A moje – znaleźć tego kogoś. I sprawić, żeby chciał. Zachęcić. Że sens musi przyjść z zewnątrz. Że wiem, co jest dla mnie najlepsze. Że siebie znam. Że wszystko ode mnie zależy. Wydawało mi się. Właśnie. Wydawało.
Nie przyznawałam się do niewiedzy. Wydawało mi się, że nie mogę, że muszę trzymać fason, że wszyscy inni wiedzą. Więc udawałam, że i ja wiem. Nie pytałam, żeby się nie wydało. Ze wszystkich sił ukrywałam zmieszanie. Puste miejsca, białe plamy wypełniałam po swojemu, jak umiałam i tym, co miałam pod ręką, czyli zlepkiem pobożnych życzeń i przypadkowych, zasłyszanych, ale nieprzemyślanych i niesprawdzonych poglądów. Byle się nie zgubić tak do końca. Brak pewności nadrabiałam fantazjami i wyobrażeniami. Wydawało mi się, że tak jest dobrze, że nikt nie zauważy, że to się sprawdzi.
Dbałam o dobre samopoczucie. Żeby niewygodny fakt, uwaga, nie zniszczyły kruchej podstawy mojego świata i rozpaczliwie sklejanej z wciąż rozbijanych skorup złudy pewności siebie. Nie pytałam, żeby nie usłyszeć odpowiedzi innej, niż chciałam usłyszeć. Karmiłam moją samowolę. Wydawało mi się, że jestem zdana wyłącznie na siebie. Więc byłam. Sama się tak ustawiłam. Kierowałam się moimi wierzeniami i przekonaniami. Wydawało mi się, że są odwieczne, słuszne i moje. Wydawało mi się. Że są rzeczywistością. Że właśnie ja widzę prawdziwie. Wydawało mi się…