poniedziałek, 30 maja 2011

059. spotkanie z pustką


Weszłam dziś wieczorem do galerii handlowej. Co za brak roztropności! Galerie handlowe są straszne – w godzinach szczytu oblepiają hałaśliwym szumem i bezładnym kategorycznym pośpiechem. Ale w niedzielę tuż przed zamknięciem jest jeszcze gorzej – zieje z nich jakaś przeraźliwa pustka i smutek. Wyludnione udziwnione korytarze i klatki ze szkła i stali działają na mnie jak wrak kosmicznego statku – czuję, że coś się w nich czai, coś niepokojącego. Nie potrzeba mi nawet kapiącej wody, snującej się pary i dźwięku jakiegoś niezidentyfikowanego oddechu. Napięcie i tak podąża za mną.
*
Szłam więc, prawie biegłam, przez wyludnione, częściowo wygaszone jarzeniowe tunele, próbując udawać, że wszystko jest ze mną ok., że nic złego się nie dzieje, niczego nie zauważam i że płacz wcale nie podchodzi mi do gardła. I nagle usłyszałam ten głos, a może raczej poczułam go gdzieś w trzewiach. Zawołała mnie moja dobra znajoma – czarna dziura. Moja rozpacz. Jeszcze próbowałam się ratować, szukać racjonalnych wytłumaczeń, wybiec stamtąd, gdzieś dzwonić. Jedyny telefon pozostał głuchy na moją rozpaczliwą pustkę.
Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, myślałam, bardzo w to wierzyłam, że jest jedna taka rzecz, która może mnie uratować, nie tylko pocieszyć. Znałam nawet adres. Ale dziś już wiem, że nie ma pomocy. Że nikt i nic. Tylko ja i ona. Jestem na nią skazana. A może – jesteśmy na siebie skazane?
*
Nie mam już dokąd uciekać, już to sprawdziłam, nie działa. Zabrałam więc moją smutną pustkę, zapakowałam do samochodu i przywiozłam do domu. Posiedzimy sobie we dwie, pogapimy się na jakiś film, może zrobię jej herbatę. Czy nie o to jej właśnie chodziło? Bo już mnie tak nie szarpie od środka.

poniedziałek, 9 maja 2011

058. łagodność i dyscyplina


Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Dużo czasu zabrało mi wprowadzenie tego zalecenia w życie. Dziś widzę, że o zdrowej dyscyplinie w ogóle niewiele wiedziałam, pominęłam pierwszą część tej desideraty, zupełnie nie zwracając uwagi na słówko „zdrowej”. O dyscyplinie miałam zaś dość specyficzne pojęcie.


*
Dawno temu moja babcia (niby ta lepsza, co mieszkała w blokach, kupowała książki i nie kazała chodzić do kościoła) wpadła na świetny pomysł. Zaczęło się chyba od uschniętego fikusa. Po opadłych liściach został całkiem porządny badyl. Wtedy ta zacna kobieta postanowiła pokazać nam co znaczy dyscyplina. Łodygę wyrwała i zaniosła do szwagra – szewca. Nie wiem jak go przekonała (a może wcale nie musiała, bo miał takie same poglądy na wychowanie dzieci?), żeby do pociętego na poręczne kawałki badyla przymocować gwoździkami po cztery zgrabne rzemienie. Nie wiem też, ile egzemplarzy „dyscypliny” powstało. Do mojej rodziny trafiły dwa. Babunia jeden zostawiła sobie, drugi wręczyła mamie, jako doskonałą pomoc przy wychowywaniu trzech córek. Używały ich często, mam wrażenie, że niekiedy nawet z lubością.
Od tamtej pory dyscyplina kojarzy mi się mało przyjemnie. Ale paradoksalnie, już w tamtym czasie, wyjątkowo mocno przykleiła się do mnie od wewnątrz. Był we mnie taki pierwiastek, który postanowił pozostałą część mojej osoby trzymać w ryzach i raz za razem okładać knutem. Taki mój mały prywatny kat. Skuteczniejszy niż matka z tą swoją dyscypliną, czy ojciec z szerokim wojskowym pasem, bo wykrywał każde moje przewinienie, nawet to nieistniejące – zawsze mógł przecież coś wymyślić, w niewinnym geście dostrzec zapowiedź wielkiego zepsucia i rychłej przewiny. Słysząc więc kilkanaście lat później o dyscyplinie łagodności skupiłam się na tej drugiej, bo właśnie ona było dla mnie pojęciem nieznanym. Ale okazało się, że i tu błądzę, a moje pojmowanie niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, z prawdą. Wpadłam w kolejna pułapkę – jak zdrowa dyscyplina pomyliła mi się kiedyś z karcerem, tak teraz łagodność z folgowaniem sobie. Kiedyś nie umiałam odpoczywać, odpuścić sobie, po „nawróceniu” poszłam na całość. Odpoczynek zamienił się w lenistwo. Dbanie o siebie w zaniedbywanie obowiązków. Nie umiałam (czy teraz umiem?) tego właściwie ocenić. Oceniam po długim czasie – po owocach – i widzę, że to „dbanie o siebie” nie wyszło mi na dobre. Poszłam nie tą drogą.
Od wczoraj testuję zasadę: obok łagodności – zdrowa dyscyplinaMam nadzieję, że uda mi się trzymać jak najbliżej złotego środka.