poniedziałek, 9 maja 2011

058. łagodność i dyscyplina


Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Dużo czasu zabrało mi wprowadzenie tego zalecenia w życie. Dziś widzę, że o zdrowej dyscyplinie w ogóle niewiele wiedziałam, pominęłam pierwszą część tej desideraty, zupełnie nie zwracając uwagi na słówko „zdrowej”. O dyscyplinie miałam zaś dość specyficzne pojęcie.


*
Dawno temu moja babcia (niby ta lepsza, co mieszkała w blokach, kupowała książki i nie kazała chodzić do kościoła) wpadła na świetny pomysł. Zaczęło się chyba od uschniętego fikusa. Po opadłych liściach został całkiem porządny badyl. Wtedy ta zacna kobieta postanowiła pokazać nam co znaczy dyscyplina. Łodygę wyrwała i zaniosła do szwagra – szewca. Nie wiem jak go przekonała (a może wcale nie musiała, bo miał takie same poglądy na wychowanie dzieci?), żeby do pociętego na poręczne kawałki badyla przymocować gwoździkami po cztery zgrabne rzemienie. Nie wiem też, ile egzemplarzy „dyscypliny” powstało. Do mojej rodziny trafiły dwa. Babunia jeden zostawiła sobie, drugi wręczyła mamie, jako doskonałą pomoc przy wychowywaniu trzech córek. Używały ich często, mam wrażenie, że niekiedy nawet z lubością.
Od tamtej pory dyscyplina kojarzy mi się mało przyjemnie. Ale paradoksalnie, już w tamtym czasie, wyjątkowo mocno przykleiła się do mnie od wewnątrz. Był we mnie taki pierwiastek, który postanowił pozostałą część mojej osoby trzymać w ryzach i raz za razem okładać knutem. Taki mój mały prywatny kat. Skuteczniejszy niż matka z tą swoją dyscypliną, czy ojciec z szerokim wojskowym pasem, bo wykrywał każde moje przewinienie, nawet to nieistniejące – zawsze mógł przecież coś wymyślić, w niewinnym geście dostrzec zapowiedź wielkiego zepsucia i rychłej przewiny. Słysząc więc kilkanaście lat później o dyscyplinie łagodności skupiłam się na tej drugiej, bo właśnie ona było dla mnie pojęciem nieznanym. Ale okazało się, że i tu błądzę, a moje pojmowanie niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, z prawdą. Wpadłam w kolejna pułapkę – jak zdrowa dyscyplina pomyliła mi się kiedyś z karcerem, tak teraz łagodność z folgowaniem sobie. Kiedyś nie umiałam odpoczywać, odpuścić sobie, po „nawróceniu” poszłam na całość. Odpoczynek zamienił się w lenistwo. Dbanie o siebie w zaniedbywanie obowiązków. Nie umiałam (czy teraz umiem?) tego właściwie ocenić. Oceniam po długim czasie – po owocach – i widzę, że to „dbanie o siebie” nie wyszło mi na dobre. Poszłam nie tą drogą.
Od wczoraj testuję zasadę: obok łagodności – zdrowa dyscyplinaMam nadzieję, że uda mi się trzymać jak najbliżej złotego środka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz