środa, 27 kwietnia 2011

057. 24 godziny


Kiedyś usłyszałam, że polscy anonimowi alkoholicy, którzy przenosząc na nasz grunt Wspólnotę AA ograniczyli się właściwie do mityngów, gubiąc gdzieś po drodze to, co najważniejsze, a w każdym razie niezbędne: istotę Programu 12 Kroków i osobę sponsora, wypaczyli też ideę 24 godzin. Bo przecież Amerykanie wymyślili tę technikę dla ratowania się przed realnym i bezpośrednim zagrożeniem zapiciem – jeśli masz przymus picia nie myśl o całym życiu, o tym, że nie możesz już nigdy przenigdy się napić, myśl tylko o jednym dniu, masz wytrzymać tylko 24 godziny, a jeśli doba wydaje ci się kosmosem nie do przebrnięcia, podziel ją na mniejsze odcinki, nawet na kwadranse, to dużo łatwiej znieść. Logiczne. A my co? Huzia po bandzie i całości, 24 godziny i 24 godziny. Życzę ci 24 godzin. A co to za życzenia, skoro ja nie mam obsesji picia i akurat dla mnie to niewiele znaczy? Do czego mam to zastosować?
*
Mam czasem takie sekundy tuż po przebudzeniu, właściwie jeszcze na granicy snu i jawy, kiedy wypływa jakaś myśl, niezwykle klarowna, jasna, przemądra, po prostu kwintesencja, odpowiedź na trapiące mnie problemy. To tylko przebłysk, jeśli nie zdążę uchwycić – zniknie, może na zawsze. W jednej z takich sekund zrozumiałam, w jaki sposób mogę zastosować technikę 24 godzin, jak mi to może pomóc. Że tu przecież chodzi o coś większego. Na przykład o stosowanie Programu dzień po dniu, we wszystkich naszych poczynaniach. Co wcale nie jest łatwe. Wymaga uwagi i cholernego wysiłku. Bo znajomość 12 Kroków sama z siebie niczego nie załatwia, oprócz tego, że bezpowrotnie odbiera komfort nieprawego, nieuczciwego życia. Po pierwszej odwykówce nigdy już nie uda ci się beztrosko napić. Po pierwszej przymiarce do Programu nie uda ci się być sukinsynem bez emocjonalnych konsekwencji.
*
Ale odkryłam jeszcze jedno wykorzystanie techniki 24 godzin, bardzo podobne do ratowania się przed obsesją picia. Tyle że ja potrzebuję się ratować przed czymś innym – przed byciem nieszczęśliwą. Już wiem, że ten stan niespełnienia, niezadowolenia, braku satysfakcji to wyłącznie sprawka mojego umysłu. Całe 24 godziny bez frustracji, smutku, cierpienia są dziś dla mnie kosmosem. Muszę je dzielić na mniejsze odcinki, czasem nawet na kwadranse. Wtedy jest lżej. Ci, co się na tym znają, mówią, że z czasem obsesja picia znika. Może w takim razie obsesja nieszczęścia też?

2 komentarze:

  1. W zeszłym tygodniu w pracy okazało się, że z braku pracy (sic!) zajmę się czymś na co zdecydowałbym się dobrowolnie w ostatniej kolejności, czyli nigdy. Dziś robiłem to coś drugi dzień, nadal nie chcę tego robić, mimo iż szło mi zdecydowanie lepiej i kolega pokazał mi jak robić resztę czynności do tego elementu. Nie chcę, bo za minimalną stawkę po prostu wolałbym poudawać, że robię cokolwiek. Już widziałem w oddali jak to cokolwiek też mi się wkrótce skończy i wtedy będę siedział z założonymi rękami lub mażąc paluchem po smartfonie. W duchu prosiłem Boga o rozwiązanie tej sytuacji, a kiedy mi je zesłał zacząłem grymasić i się użalać.
    Dziś trafiłem w to miejsce i już wiem jak sobie na początek podzielić czas na godziny, kwadranse. Z czasem dojrzeję do przekonania, że w ostatecznym rozrachunku jestem pożyteczny.

    Krzysiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie tego życzę. Potrzeba bycia użytecznym to jedna z podstawowych potrzeb wyższego rzędu. Przekładając na konkrety: bardzo poprawia jakość życia, daje sens i poczucie celowości, co dość skutecznie wypełnia pustkę. A jeśli ktoś się zetknął z pustką, wie, że to może być wręcz kwestia ratowania życia...

      Usuń